Atlas roślin rodzimych i obcych: doktor de Bernitz o widłaku goździstym (łac. muscus terrestris) i jego zastosowaniu w lecznictwie siedemnastowiecznym

W 1595 roku w Herbarzu polskim Marcin z Urzędowa opisał jeden z gatunków widłaka: „W Polszce tego ziela dosyć przy borzech, przy lugach […]. Rozmaicie je zowią, jedni Widłak, drudzy Wroniec, Aptekarze z Wenecyiey Spicam sarmaticam […]. To ziele bardzo dobre przeciw truciznom, warząc w piwie, a pijąc wymiecie wszelaka truciznę, rzecz doświadczona”. Także w Zielniku (1613) Szymona Syreniusza zauważono, że „pas Świętego Jana, babi mur, Muscus terrestris, Muscus clavatus, Pes leonis […] przy borach, na mokradłach, kępiasto w naszej Sarmacyey rośnie, i stąd go niektórzy […] Spicam sarmaticum nazywają”.

Widłak - ilustracja do tekstu de Bernitza, zbiory Uniwersytetu Complutense w Madrycie

W 1672 roku na łamach czasopisma „Miscellanea Curiosa” polski przyrodnik i chirurg królewski Marcin de Bernitz wychwalał przymioty tej rośliny, informując o sposobach jej użyciu przez Polaków, Rusinów i Litwinów, którzy chętnie stosowali mech do terapii powszechnego wśród ludu kołtuna. Działo się tak dlatego, że, jak zaznaczał przyrodoznawca, dorodne widłaki rosły nie tylko w Polsce, lecz również na piaszczystych oraz kamienistych stepach Ukrainy, osiągając zazwyczaj długość od siedmiu do dziesięciu łokci, czyli od czterech do sześciu metrów. W lipcu mech zaczynał kwitnąć, a jesienią z jego stwardniałych kwiatostanów uzyskiwano proszek, który używano w terapii chorób nagminnych. I tak, dla przykładu, już Syreniusz informował: Kamień w nyrkach kruszy, y moczem wywodzi, w winie go białym warząc, y na czczo y na noc ciepło po kieliszku pijąc. Nyrkom zapalonym bywa lekarstwem po pas kopanie z niego czyniąc, y także go trunkiem używając […]. Upławy białogłowskie zaswiciąga, także pomieniony proch z czerwonym winem cierpkim pijąc. Abo też warzony w tymże winie trunkiem biorąc. Dziąsła z wilgotności zbytniej osłabiałe wysusza. Zęby chwierocące utwierdza, w winie czerwonym cierpkim warząc, a tym często przez dzień ciepło usta płucząc, y długo w nich trzymając etc.

W terapii kołtuna, jak podkreślał de Bernitz, mech preparowano jednak w inny sposób. Widłaki zbierano latem i cięto ostrym nożem ku górze. Następnie kępki mchu wrzucano do gorącej wody, w której wcześniej gotował się barszcz zwyczajny (łac. branca ursina); później rośliny gotowały się wspólnie, na końcu zaś dodawano do nich trochę zaczynu chlebowego, zdejmowano z ognia i czekano aż mikstura zacznie „pracować”.

Drugi sposób preparowania leku „przeciwkołtunowego” różnił się od pierwszego tylko nieznacznie. Mech zbierano latem, cięto na grube paski i gotowano w równych proporcjach z suszonymi liśćmi barszczu w wodzie rzecznej, aż ta stawała się ciemnożółta. Następnie cedzono płyn przez lnianą szmatkę, później zaś mieszano go ze zwykłym albo ze specjalnym zakwasem chlebowym. W tym ostatnim przypadku zaczyn sporządzano ze zwykłego kwasu chlebowego, sucharów i sproszkowanego ziela barszczu zwyczajnego. Wszystko leżało w garnku jeden dzień obok pieca, aż stało się w smaku nieco kwaśne. Później cierpiący na kołtun zaczynał pić miksturę w nadziei, że choroba niebawem zniknie.

Co warto dodać, zdaniem de Bernitza, tego typu naparów używano wśród średniej szlachty, mieszczan i chłopów codziennie jako „prostego napitku przy stole” oraz wtedy, gdy gotowano rosoły albo inne potrawy na bazie kapłonów, kur czy jagniąt. Napar nie pojawiał się natomiast na stołach wielkich polskich panów, gdyż jego wypicie mogło powodować… wymioty i niedyspozycje żołądkowe. Ci jednak, którzy byli trapieni i osłabieni kołtunem, bez względu na to, do jakiego stanu należeli, zaraz po przebudzeniu pili na czczo czysty wywar widłakowy albo spożywali go pod postacią pożywnej zupy (nierzadko wymieszanej ze świeżymi jajami).

Co ważne, cierpiący na kołtun stosowali napar także zewnętrznie: podgrzewali go i dwa razy w tygodniu obmywali nim głowę. Przy czym mech gotowano wówczas po to, aby pomnożyć jego cnoty i siły, dodając za drugim, trzecim i kolejnym razem do mikstury coraz to więcej świeżego widłaka, żeby wyciąg nabrał w końcu barwy ciemnoczerwonego ługu. Po umyciu głowy chory nie używał nigdy grzebienia, czekając, aż włosy zaczną się plątać i skręcać w spirale. Po pewnym czasie przypominały one „węże na głowie Meduzy”. Wówczas zgodnie stwierdzano, że jest to doskonała forma kołtuna, który „pięknie dojrzał”.

De Bernitz donosił również, że pewien anonimowy ksiądz grecki ze Lwowa, sam cierpiąc na kołtun, zapewniał go, iż w ten sposób uleczył ponad sto osób. Jednocześnie paroch mówił, jak stwierdzano w raporcie, że w terapii kołtuna użyteczne są także wszelkie rodzaje roślin pnących przypominających włosy (winorośl, bluszcz, przestęp, kolcorośl, powój itp.). Działo się tak dlatego, że skoro np. kolcorośl i kolcowój lekarski miały zastosowanie w leczeniu choroby francuskiej, to musiały być równie skuteczne w przypadku kołtuna, gdyż ten posiadał „podobne cechy ukryte, co syfilis”. Niemniej zdaniem przyrodnika był to środek tak samo bezużyteczny jak… rtęć powodująca ślinotok i silne zatrucia.

„Przeciwkołtunową” maść z widłaka stosowała natomiast pani Tarłowa, kobieta „poważna wiekiem i otyłością”. Dzięki niej pozbyła się w końcu plicae polonicae, choroby, która ją męczyła przez wiele miesięcy. Co ciekawe, de Bernitz donosił w raporcie, że tajemnicę lekarstwa odkrył przed niewiastą przez trzydziestu dwu laty niejaki Pan Zirowski, wdowa zaś była tak wspaniałą uczennica, że dzięki użyciu smarowidła uleczyła z kołtuna kilkaset osób.

Recepturę specyfiku poznał także doktor Andreas Knoeffel, który zapoznał z nią de Bernitza. I tak, zgodnie z jego doniesieniami, brało się mech i korzeń przestępu w równych proporcjach oraz „tyle tłuszczu jeża, ile trzeba”. Następnie wszystko mieszano i preparowano przez godzinę w balneum marie. Co ciekawe, tłuszcz jeża potrzebny jako składnik mazidła należało przez użyciem przetrzymać w specjalnym garnku z dziurkami, postawić na ogniu i wydestylować. Widłakowym unguentum dwa razy dziennie smarowało się korzenie skołtunionych włosów i bolące członki. W ten oto sposób, zdaniem Tarłowej, pozbywano się kołtuna raz na zawsze, w co de Bernitz szczerze wątpił.

Natomiast w zupełnie inny sposób mchu używały chłopki z Ukrainy. Kiedy męczyły je ciężkie miesiączki czy bóle macicy, plotły z widłaka grube pasy, które kładły wprost na ciele. Także przy cieczeniu krwi z nosa okalały go mchem niczym wiankiem. I stąd właśnie, zdaniem de Bernitza, pochodziła nazwa niemiecka i łacińska babimoru – Gürtel-Kraut oraz cingularia

Logo POIiŚ