Cenzura po polsku

Słowo może być równie silnym argumentem, jak oręż czy siła fizyczna. Dopóki nie było druku, słowo pisane nie posiadało większego oddziaływania, ponieważ dostęp do niego miało bardzo niewielkie grono ludzi. Wynalazek Gutenberga znacznie rozszerzył jednak krąg odbiorców. Gwałtowny rozwój druku nastąpił podczas reformacji, kiedy to został wykorzystany zarówno przez katolików, jak i protestantów do propagowania swych poglądów. Książki, druki ulotne, paszkwile, panegiryki oraz karykatury wychodzące spod prasy drukarskiej, stanowiły idealny nośnik treści, który ze względu na ilość, kolportowany był wśród znacznej rzeszy odbiorców. Warto dodać, że nakłady ówczesnych druków nie były zbyt duże, jednak pamiętać trzeba, że były one „głośno” czytane przez osoby posiadające umiejętność czytania dla tych, którzy tego nie potrafią. Z drugiej strony następował ciągły proces alfabetyzacji społeczeństw.

Biblioteka wilanowska.

O tym, że słowo pisane jest niebezpieczne, przekonywał już Kościół katolicki, eliminując poprzez zakazy nieprawomyślne księgi i traktaty. Po wynalezieniu druku władze kościelne szybko zaczęły ingerować w treść materiałów wychodzących spod drukarskiej prasy. Przeciwko niebezpiecznej literaturze heretyckiej już w latach osiemdziesiątych XV wieku powstał urząd kontroli druku. Przełomowe okazało się tu utworzenie Świętej Inkwizycji, która wykazała sporo energii, by ograniczyć wolność słowa nie tylko w sferze spraw religijnych. W 1559 roku, z polecenia papieża Pawła IV, sporządzono Indeks Ksiąg Zakazanych. Karą za czytanie tych ksiąg miała być ekskomunika. Ostatnie wydanie indeksu miało miejsce w 1949 roku. Podobnie było w krajach protestanckich. Co prawda nie powstał tam żaden indeks, ale cenzura i tak  skutecznie eliminowała nieodpowiednie druki.

Obowiązek ścigania nieprawomyślnych, wyławianie druków, ich niszczenie i wykonanie wyroku na autorze, kolporterze lub czytelniku spoczywał na władzy świeckiej. Nie inaczej było w Polsce. Tu także istniał spis ksiąg zakazanych „luterskich” i „lubieżnych”. Z tym zastrzeżeniem, że w XVI wieku taka praktyka była skuteczna jedynie tam, gdzie biskup był w stanie wymóc na władzy, by ścigała heretyckie druki. Warto przytoczyć tutaj przykład jednego z największych polskich humanistów − Andrzeja Frycza Modrzewskiego i jego dzieło „Commentariorum de Republica emenanda libri quinque”. Prewencyjna cenzura kościelna była na tyle skuteczna, że wbrew tytułowi w 1551 roku ukazało się nie pięć, ale tylko trzy księgi. Zabroniono drukowania dwóch ksiąg: „De ecclesia” i „De schola”. Trzy lata później dzieło zostało wydane drukiem w całości, tyle że w Bazylei.

Sytuacja zmieniła się jednak w następnym stuleciu, ale wobec spadku produkcji książek cenzura druku nie była zbyt odczuwalna. Czasem wręcz nie chciano nawet do niej dopuścić. Tak było w przypadku „Muzy polskiej na triumfalny wjazd... Jan III po dwuletniej elekcyjnej na szczęśliwą koronacyją” (1676) Wacława Potockiego. Zakazania tego utworu domagali się posłowie rosyjscy, którzy uważali, że „Muzy” i inne utwory ośmieszają ich państwo. Polskie władze jednak nie uległy presji i nie zakazały kontrowersyjnego dzieła. Rosjanie zresztą interweniowali nie tylko w sprawie literatury. Starali się doprowadzić także do usunięcia plafonów Tomasza Dolabelli z Sali Senatorskiej Zamku Królewskiego w Warszawie.

Sytuacja zmieniła się w drugiej połowie XVIII stulecia, kiedy to nastąpił znaczny rozwój produkcji drukarskiej, w tym prasy. Rozwój słowa drukowanego nieodzownie był związany z ideologią oświecenia, która zagrażała nie tylko dominującej roli Kościoła, ale także i państwa, podważając istniejące stosunki polityczno-społeczne.

Rolę propagatora idei oświeceniowych spełniała prasa. Nic więc dziwnego, że było wiele głosów, by ograniczyć i kontrolować produkcję „literatury periodycznej”. Oskarżano ją i jej autorów o burzenie umysłów, wywoływanie poruszeń i zamieszek oraz demoralizowanie społeczeństw. Kontroli dokładnej nie udało się jednak wprowadzić. Uczyniła to dopiero konfederacja targowicka.

Wolność słowa w Rzeczpospolitej miała swoich obrońców, ale także wielu chciało ją ograniczyć. Co ciekawe, ograniczenia wolności druku domagali się zarówno zwolennicy, jak i przeciwnicy zmian w państwie. Czynił to np. oświecony ksiądz Jan Albertrandi. W broszurze „Uwagi nad wolnością drukowania i przedaży ksiąg” twierdził: „Wolność druku, przedania i powszechnego czytania rozciągać się nie może do ksiąg, które religię w powszechności chrześcijańską, jej zasady, jej nauki wyszydzając lub burząc, pośmiewiska ją lub wzgardy celem czyniła...”. Oskarżał  wiele pism o „rozpustę i wszeteczność wszelką”. Dlatego też domagał się, by kontrola druku należała do władz kościelnych, a władza świecka powinna ją wspierać wszystkimi dostępnymi środkami.

Kontroli druku domagał się także długoletni dziennikarz i redaktor „Gazety Warszawskiej” ksiądz Łuskina. Może to dziwić, ponieważ jemu właśnie cenzura mogła wiele zaszkodzić w dziennikarskiej pracy. Konserwatywny ksiądz wyżej jednak przedkładał zwalczanie różnorakich „farmazonii” i „burzycielów porządku” niż swobodę wolnego słowa. W czasie trwania Sejmu Czteroletniego argumentował, że: „Lepiej jest znosić nawet najsurowszą i niesprawiedliwą kontrolę druku, niż pozwolić na jego zupełną wolność”.

Wobec zaostrzenia cenzury w Polsce w 1784 roku wystąpił redaktor „Pamiętnika Politycznego i Historycznego” Piotr Świtkowski. W artykule „Wolność drukowania i cenzura”, który notabene został przez cenzurę zakwestionowany i zdjęty z numeru. Zamiast niego ukazała się tylko niewielka notka. Ksiądz Świtkowski także później wielokrotnie będzie się domagał wolności drukowania.

Dyskusja nad wolnością słowa rozgorzała w okresie obrad Sejmu Wielkiego. Było to o tyle zasadne, że spod prasy drukarskiej wychodziło mnóstwo druków, pism ulotnych, mów sejmowych oraz różnorakiej satyry i panegiryków. W tym okresie cenzura prawie zupełnie ustała, czego dowodzi chociażby fragment „Pamiętnika” Jana Ursyna Niemcewicza, który pisał: „wolność druku tak święcie zachowywaną była, iż pisma, a raczej paszkwile szkalujące sejm, publicznie nawet na schodach zamkowych przedawanymi były”.

Mimo faktycznej wolności słowa, zwolennicy wolnego druku domagali się jej ustawowego zagwarantowania. Domagał się jej wydawca i drukarz Piotr Dufour, a także Stanisław Staszic, Hugo Kołłątaj czy Gabriel Taszycki. W dyskusji o granice wolności słowa dyskutowano także w sejmie. Ważny głos w tej sprawie zabrał również generał ziem podolskich Adam Kazimierz Czartoryski. Dowodził on, że wolność słowa powinna mieć swoje granice. Nie powinno się podawać informacji opartych na pogłoskach i nie popartych dowodami. Uważał także, że nie można oceniać zamysłów i intencji. Ten szczytny ideał nie miał jednak szans na realizację. Walczono więc na paszkwile i pomówienia, które, jak się okazało, nie przytaczały dowodów, ale jakże trafnie oceniały postępowanie niektórych osób powiązanych z carską ambasadą.

Niejako ukoronowaniem tej dyskusji był zapis zawarty w prawach kardynalnych z dnia 5 stycznia 1791 roku. Gwarantował on „głos wolny każdemu obywatelowi (...) czy to pismem, czy to drukiem”. Zniesiono kontrolę druku, obrony swych praw można było dochodzić przed sądem. Jedyny wyjątek zachowano w sprawach religii; tu cenzura została zachowana.

Wolne słowo zamiera pod panowaniem konfederacji targowickiej. Już 9 czerwca 1792 roku Szczęsny Potocki w wydanym przez siebie dekrecie groził wszystkim wydawcom, którzy wydawaliby druki przeciwne konfederacji, a następnie zagroził sankcjami karnymi wydawcom „Gazety Narodowej i Obcej”. Słowa targowickich przywódców weszły w życie wraz z wkroczeniem wojsk rosyjskich do Warszawy. „Gazeta Narodowa” przestała się ukazywać, a do drukarzy wystosowano pismo, by „pism buntowniczych, obyczajność i moralność zarażających, a tym bardziej paszkwilów, jako też po gazetach fałszywych wiadomości nie ważyli się”. Druk mógł być dopuszczony do obrotu dopiero po przejrzeniu i akceptacji przez cenzora, którym mianowano księdza Gawrońskiego, kanclerza katedralnego krakowskiego. Nie był on jednak w stanie samodzielnie podołać zadaniu, toteż zdecydowano, że cenzurze prewencyjnej podlegać będą jedynie materiały krajowe. Jednocześnie zezwolono na przedruk z zagranicznych gazet bez żadnej kontroli.

Okazało się jednak, że ten system kontroli jest niesprawny. Toteż 1 lutego 1793 roku wydano „Instrukcję dla drukarzy”, wprowadzającą całkowitą i szczegółową kontrolę. Zatwierdzany miał być nie tylko materiał rękopiśmienny, ale także i ten już wydrukowany. Zwiększono także liczbę cenzorów. Sztuki teatralne od tej pory kontrolował Stanisław Trembecki, książki ksiądz Ignacy Raczyński, a pisma periodyczne ksiądz Jan Dorau. Ale i tak wzmocniona cenzura nie była do końca skuteczna, czego dowodzi chociażby dopuszczenie na scenę „Krakowiaków i Górali”, w których Wojciech Bogusławski przemycił aż nazbyt widoczne aluzje do aktualnej sytuacji w kraju.