„Cud” elekcji Michała Korybuta Wiśniowieckiego

W wielu relacjach z elekcji w 1669 r. pojawia się motyw cudownego rozwoju wypadków. Oto nagle i niespodziewanie pojawiająca się kandydatura księcia Wiśniowieckiego godzi zwaśnione stronnictwa, pozwalając na unikniecie wojny domowej i rozlewu krwi bratniej. Tymczasem była to znakomicie przemyślana i precyzyjnie zrealizowana operacja, która pozwoliła na wyprowadzenie w pole większości uczestników elekcji i jej obserwatorów. Lecz po kolei...

Portret Michała Korybuta Wiśniowieckiego, po 1699; Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie, fot. Zbigniew Reszka

Ostatnie lata panowania Jana Kazimierza pełne były intryg i korupcji na niespotykaną dotąd skalę. Towarzyszył temu kryzys obejmujący większość dziedzin życia. Wśród szlachty istniała silna nieufność do elit politycznych uwikłanych w prowadzoną przez dwór akcję na rzecz elekcji vivente rege i w znacznej części skorumpowanych pieniędzmi znad Sekwany. Wzrastał opór przeciw cudzoziemskim intrygom destrukcyjnie oddziałującym na życie polityczne i zmierzającym do pozbawienia społeczeństwa szlacheckiego wpływu na losy państwa. Próbą oczyszczenia przestrzeni publicznej z korupcji było ustalenie na sejmie konwokacyjnym tekstu przysięgi, którą musiał złożyć każdy elektor króla w 1669 r. Stwierdzała ona: „Przysięgam Panu Bogu wszechmogącemu w Trójcy Św. Jedynemu na to, iż nie tłumacząc żadnym przeciwnym ani wymyślnym sposobem tej przysięgi mojej w obieraniu Pana, tego będę mianował za Pana, od którego i na którego imię nic nigdy nie wziąłem, ani obietnicy otrzymałem, anim praktykował sam przez się, ani przez kogokolwiek i nie dla moich prywatnych respektów, ale względem całej Rzeczypospolitej wszystko czyniąc”. Rzecz jasna większość magnatów nie wzięła sobie zbytnio do serca tej przysięgi. Wyrazem nieufności do elit politycznych było postanowienie, że na elekcję szlachta stawi się pospolitym ruszeniem – tak jak na wojnę – aby przypilnować właściwego przebiegu elekcji.

W klimacie nieufności, wręcz wrogości, zwłaszcza do stronnictwa francuskiego, doszło 6 czerwca do oficjalnego wykluczenia przez sejm elekcyjny Ludwika de Bourbon Condé (Kondeusza) z grona pretendentów do korony. W szrankach pozostali: książę neuburski Filip Wilhelm, za którym opowiedziało się stronnictwo francuskie, i Karol, książę Lotaryngii, popierany przez stronnictwo prohabsburskie. W napiętej atmosferze walki wyborczej próby znalezienia jakiegoś kompromisu z góry skazane były na porażkę. 13 czerwca na polu elekcyjnym zjawiło się pospolite ruszenie. Dla wszystkich statystów stało sie jasne, że to właśnie ono stanie się najważniejszym elektorem, wbrew woli którego nikt nie zostanie władcą Rzeczypospolitej. Problem w tym, że szlachta była tak samo skłócona, podzielona i rozbita między dwóch kandydatów jak elity polityczne. Łączył ją tylko sprzeciw wobec cudzoziemskich intryg i korupcji, ale nie miała ani własnego programu, ani własnego kandydata. Właściwą kandydaturę postanowiła dać im grupa prohabsbursko nastawionych senatorów (m.in. bp kujawski Florian Czartoryski, bp poznański Stefan Wierzbowski, wojewoda poznański Andrzej Grudziński, hetman polny koronny Dymitr Wiśniowiecki) z podkanclerzym koronnym Andrzejem Olszowskim na czele. Oficjalnie nadal mocno popierali księcia lotaryńskiego, który jednak w rzeczywistości stał się kandydatem pozornym, potrzebnym do utrzymania stanu napięcia, które w decydującym momencie rozładowane być miało poprzez wysunięcie właściwego kandydata. W sytuacji grożącej co najmniej podwójną elekcją, jeśli nie wojną domową, miał się pojawić ten trzeci, który pogodzi obie strony.

Prawdopodobnie to z ich inspiracji doszło 17 czerwca do ostrzelania przez pospolite ruszenie szopy senatorskiej. Akcja ta miała przekonać przeciwników politycznych o determinacji szlachty i dobitnie uświadomić im, że działanie przeciw pospolitemu ruszeniu może przynieść opłakane skutki. Jednocześnie miała doprowadzić do kulminacji napięcia politycznego.

W dniu elekcji, 19 czerwca – jak podkreślają autorzy diariuszy – między szlachtą były wielkie kłótnie i spory. „Wszyscy na ten czas tam się byli zjachali, raczej się spodziewając bitwy niźli zgody”. Z zainteresowaniem zatem delegaci pospolitego ruszenia wysłuchali mowy bpa kujawskiego Floriana Czartoryskiego, który stwierdził, że jest co prawda dwóch kandydatów-cudzoziemców, ale najlepszy byłby król-rodak. Po nim zabrał głos kasztelan sandomierski Stanisław Witowski, który z nazwiska wskazał Michała Wiśniowieckiego jako tego rodzimego kandydata. Po jego mowie szlachta, krzycząc: Piasta!, Piasta!, rozjechała się do własnych województw, gdzie odbywało się właściwe głosowanie. W większości województw to senatorowie jako pierwsi zagłosowali na Wiśniowieckiego, a ich mowy zostały owacyjnie przyjęte przez szlachtę. Elektorzy, którzy rankiem niemal szykowali się do walki, pojawienie się tej kandydatury przyjęli z ulgą i entuzjazmem. W ciągu zaledwie godziny wszystkie województwa zgodziły się na wybór wojewodzica ruskiego Michała Korybuta Wiśniowieckiego.

W świetle zaproponowanej tu interpretacji wydarzeń wydaje się być bardziej zrozumiałe podkreślanie przez wszystkich uczestników elekcji „cudownego” jej charakteru. Jedni starali się ukryć właściwe mechanizmy, które wyniosły na tron księcia Wiśniowieckiego, drudzy – fakt, że dali się im wyprowadzić w pole, a wielu zwykłych szlacheckich elektorów niewtajemniczonych w skomplikowane gry elekcyjne po prostu wierzyło w działanie ręki boskiej.