Kulig w Wilanowie

Ostatnie tygodnie karnawału (dawnych zapustów) przed Popielcową Środą to staropolski sezon kuligów. Sam zwyczaj przyszedł do nas w XVII w. ze Wchodu, od Rusinów. Dawny kulig, zwany również szlichtadą, sporo różnił się od dzisiejszych wyobrażeń o tej zimowej rekreacji. Śnieg do zabawy nie był wcale niezbędny („gdy sanny nie było – na kolaski, karety, wózki, na konie wierszchowe, jak kto mógł” pakowało się towarzystwo – wyjaśniał Kitowicz). Niezbędni byli za to nad wyraz przychylni i gościnni sąsiedzi, bowiem kuligi były swoistym skarnawalizowanym zajazdem na włości sąsiada, przy czym akt rekwizycji obejmował wyłącznie spiżarnię i piwniczkę.

"Wycieczka do Wilanowa w Środę Popielcową w 1821 r.", grafika ze zbiorów Biblioteki Narodowej

Tak barwnie opisał szlacheckie kuligi za czasów Augusta III Sasa Jędrzej Kitowicz: „Dwóch albo trzech sąsiadów zmówili się z sobą, zabrali z sobą żony, córki, synów, czeladź służącą i co tylko mieli w domu dorosłego [...]. Wpakowawszy się na sanki [...], jachali do sąsiada pobliższego ani proszeni od niego, ani przestrzegłszy go, żeby się im nie skrył albo nie ujechał z domu. Tam go zaskoczywszy, rozkazywali sobie dawać jeść, pić, koniom i ludziom, bez wszelkiej ceremoniji, właśnie jak żołnierze na egzekucyi, póty u niego deboszując, póki do szczętu nie wypróżnili mu piwnicy, spiżarni i spichlerza. Gdy już wyżarli i wypili wszystko, co było, brali owego nieboraka z sobą z całą jego familiją i ciągnęli do innego sąsiada, któremu podobneż pustki zrobiwszy, ciągnęli dalej”. Podobnie wyglądały kuligi jeszcze w drugiej połowie XVIII w., kiedy ich świetność chyliła się już ku upadkowi. Jak wspominał Julian Ursyn Niemcewicz w Pamiętnikach czasów moich: „Jeżdżono kulikami. To jak zebrało się kilka familiji i jechało się do sąsiada, za ich przyjazdem gospodarz oddawał im klucz do piwnicy i spiżarni. Jedli, pili, aż nie wypróżnili wszystkiego, wtenczas, zabrawszy z sobą gospodarza, jechali dalej. Tak wesoła gromada powiększała się jak kłąb śniegu, objeżdżała powiat cały. Zwyczajnie do najmajętniejszego przybywano na końcu”.

Nie obywało się przy tej okazji bez awantur. Kitowicz zaświadczał: „Najsławniejsze co do pijatyki i brawury te kuligi były w województwie rawskim, gdzie się nieraz krwią oblewały, a jeżeli się kto obcy przez niewiadomość wmieszał do tego kuligu, a nie podobał się mu albo nie mógł wystarczyć zdrowiem pijaństwu – zbili jak leśne jabłko, suknie w płatki na nim podrapali i wypędzili, jakoby dla słabego zdrowia niegodnego tak dzielnej kompanii”.

W kuligi bawiła się jednak nie tylko średnia szlachta, ale też magnateria, a jedna z najwystawniejszych tego typu imprez pod koniec XVII w. miała się zakończyć najazdem na Wilanów. Jej barwny opis został podany do druku w 22 numerze „Kuriera Warszawskiego” z 1827 roku. Kulig ruszył spod pałacu Daniłowiczów o godzinie 15. Otwierało go 24 konnych tatarów ze służby królewicza Jakuba Sobieskiego oraz 10 sań w zaprzęgach czterokonnych z muzykami. „Na każdych saniach inna muzyka, to jest Żydzi z cymbałami, Ukraińcy z teorbanami, trębacze, fajfry, janczarowie zebrani z różnych dworów”. Za tą muzyczną oprawą sunęło 107 z przepychem wystrojonych sań sześciokonnych, otoczonych magnacką młodzieżą na koniach. „Na końcu były sanki w kształcie Pegaza. Siedziało w nich 8 młodzieńców, którzy rozrzucali wiersze ułożone już dawniej przez [Jędrzeja Wincentego] Ustrzyckiego i [Wojciecha Stanisława] Chruścińskiego”.

Szlak kuligu była następujący: „Wszyscy goście zajechali najprzód do dworu Sapieżyńskiego, potem do księżnej Radziwiłłowej, siostry królewskiej, potem do wojewody połockiego, do młodego księcia Lubomirskiego i do Ujazdowa. Gdzie tylko przybyli, zaraz gospodarz oddał klucze od piwnicy, a gospodyni od spiżarni, a każdemu wolno było do uczęstowania brać wszystko podług woli [...]. Ostatni zajazd był do Wilanowa, gdzie oboje królestwo ichmość byli gościom radzi z całego serca, częstowano wszystkich gości, a nawet służbę dworską, co trwało do późna”.

Impreza zaiste godna uwiecznienia. Nic dziwnego, że za „Kurierem Warszawskim” jej przebieg referują i Łukasz Gołębiowski w Grach i zabawach różnych stanów z 1831 roku, i Zygmunt Gloger w Encyklopedii staropolskiej z 1900-1903, a za nimi praktycznie wszelkie opracowania dotyczące dziejów kuligu, internetowych nie wyłączając. Wszyscy autorzy za „Kurierem” bezkrytycznie powtarzają też źródło opisu: „Szlichtada opisana przez Ludwika Klermont, sekretarza królowej małżonki Jana III-go, tłumaczenie z francuskiego, d[nia] 20 stycz[nia] 1695”. I tu zaczynają się kłopoty. Pal licho, że francuski sekretarz królowej nazywał się w rzeczywistości Clotomont. Gorzej, że nie zgadza się data. Tego na dworze królewskim jedynym wyjątkowym gościem była wnuczka Jana III, Maria Kazimiera, która przyszła wówczas na świat o 9 rano, a wieczorem pokazano ją królowi. Co więcej, Katarzyna Radziwiłłowa, którą podochoceni goście mieli odwiedzić w drugiej kolejności, nie żyła wówczas już od czterech miesięcy. W swym pałacu na Krakowskim Przedmieściu mieszkała od 1691 roku, w grę wchodziłyby więc jedynie lata 1692-1694. Trudność w tym, że za każdym razem 20 stycznia królewska para wraz z dworem była z dala od stolicy: w 1692 stacjonowali w Jaworowie, w 1693 w Białej, a w 1694 roku w Żółkwi. Ale choć data i metryczka informatora trefne, sam opis wygląda na wiarygodny. Daje on podstawy sądzić, iż za czasów króla Sobieskiego kulig był nie tylko atrakcją szlacheckiej braci. Również magnateria potrafiła docenić uroki sanny, sanek i spiżarni sąsiada.