Libertas

Wolność to jedna z najważniejszych, a może w sumie najważniejsza z wartości, którym hołdowała Rzeczpospolita. Wyrażała się ona we wszelkich wymiarach życia politycznego i społecznego. Była zasadą, na podstawie której skonstruowane były wszystkie najważniejsze instytucje życia publicznego w państwie; wiązała się (wynikała z niej czy ją współtworzyła) z procesem kształtowania się przywilejów szlacheckich, jeszcze w ciągu XV wieku, a potem miała niebanalne znaczenie w zakresie formowania się życia politycznego wieku następnego. Ale, zarazem, kiedy słyszy się słowa „testamentu” Jana Zamoyskiego z jego ostatniej chyba publicznej mowy w przeddzień wydarzeń rokoszu sandomierskiego z 1605 roku: „Fundamentum nostrae reipublice – libertas est” („fundamentem naszej Rzeczypospolitej jest wolność”) – można zrozumieć też, iż wolność, „libertas”, miała tak samo spory niestety wymiar retorycznej czy perswazyjnej (propagandowej) mocy: pojęcia tego używano (a może nawet i nadużywano) wtedy, kiedy chciano osiągnąć zgoła inne cele: zwrócenie się w procesie perswazji do kwestii z libertas związanych dawało spore szanse na przeprowadzenie działań, które niekoniecznie miały wiele wspólnego z „pieczołowaniem” wolności. Na przykład, jak w przypadku Zamoyskiego, można było wołać dramatycznym głosem o wolności, niejako zapominając o tym, że jakiś czas temu wcześniej straciło się w niejasnych politycznych okolicznościach swoich przeciwników Zborowskich, którzy z kolei przedstawiali się opinii publicznej jako prawdziwi miłośnicy wolności, których uciska, ściga, pali ogniem i mieczem jej wróg, zażarty przeciwnik, miłośnik i wyznawca, jak to się wtedy mówiło „władzy absolutnej” królewskiej. Zatem kiedy koniunktura polityczna sprzyjała być może i opłacało się było być zwolennikiem silnej władzy królewskiej (słynny szlachecki postrach: absolutum dominum), ale o tyle o ile miało się nad ową „władzą” władzę realną (Zamoyski liczył, że będzie rządzić Zygmuntem Wazą), ale kiedy ten zaczął się jego władzy wymykać i okazywało się, iż władza nad władzą może przejdzie mu koło nosa, zwrócił się o 180 stopni w inną stronę: stał się pierwszym rzecznikiem wolności szlacheckich, ich orędownikiem, omalże nie męczennikiem.

Fragment strony tytułowej „Głosu wolnego wolność ubespieczającego", 1743, Biblioteka Narodowa

Kiedy obserwuje się szczegóły ówczesnego życia politycznego, na przykład badając pisma i dzieła Piotra Skargi, bardzo wyraźnie widać, jak często za słowem „wolność”, które jakże często na ustach wykwita różnych postaci życia publicznego, nie idzie żadne działanie zmierzające w kierunku owej wolności. Jeszcze gorzej to wygląda w wieku XVII, kiedy libertas coraz mocniej nabiera blaski aurea libertas (złotej wolności), i stanowi już dosyć zgrany (jak zgrana może być stara płyta!) motyw wszelkiej maści politycznych działań: można zrywać sejm zasłaniając się złotą wolnością, można powstrzymywać wszelkie reformy z hasłem złotej wolności na sztandarach, można wreszcie paktować z obcymi tronami czyniąc się ostatnim zwolennikiem złotej wolności, można, a jakże, być chorobliwym konserwatystą, tkwiącym po uszy w swojej strefie komfortu (jakkolwiek strefa ta zaczyna przypominać coraz bardziej gruzowisko), z hasłem obrony aurea libertas, wolności naszych dawnych, wybitym na piersiach, można było do tego przedziwnego intelektualnego (ale psychologicznie jakże uzasadnionego) tworu, dopisywać wszelkie możliwe uzasadnienia, nawet religijne! Jakże wiele może uczynić ludzki intelekt dla uzasadnienia przeróżnych swoich aberracji. Można – i to już jest ostatnie z użyć wolności – przekształcać się stopniowo w wyrobnika magnackich fortun, tracić wszelkie symptomy wolności osobistej, wciąż powtarzając jak mantrę aurea libertas, aurea libertas, aurea libertas.

Co wszystko powiedziawszy przecież mówię tylko o jakimś cieniu, wynaturzeniu owej idei. Mówię o jakimś jej regresie. W swoim wymiarze pozytywnym libertas była wartością dająca szlachcie poczucie obywatelskiej troski. Dawała prawo do różnych działań politycznych, zarazem jednak przedstawiała sobą całkiem spora listę obowiązków wobec państwa, od uczestniczenia w sejmikowych zjazdach, które to zobowiązanie należy podkreślić przede wszystkim, znacznie mocniej na nie wskazując niż na przykład na osławione, ale pozbawione większego militarnego sensu, im głębiej w XVII wiek, tym bardziej, zadanie uczestniczenia w oddziałach pospolitego ruszenia.

Innym instytucjonalnym przejawem idei libertas była instytucja wolnej elekcji. Kiedy czyta się dokumenty z pierwszego bezkrólewia, te na przykład zgromadzone na początku wieku XX przez Jana Czubka, i te, jeszcze nie wydane, które właśnie przygotowywane są do druku przez niżej podpisanego, widać jak wielka była społeczna polityczna, szlachecka debata w tej kwestii, jak poważnie argumentuje się za wolną elekcją viritim, wskazując na niezbywalne dla obywateli prawo do uczestniczenia w akcie elekcyjnym jako, właśnie, zasadniczej, kluczowej manifestacji praw i wolności koronnych. Widać też, jak mocno, przynajmniej początkowo naciska się na obowiązek obecności wszystkich, pod groźbą kary sądowej. Dopuszczalna absencja była tylko w przypadku potwierdzonej choroby albo pełnienia ważnej służby obywatelskiej.

Wolność miała też wymiar „praw człowieka i obywatela” a tak samo, a może przede wszystkim, wymiar praworządnego kiełznania szlacheckich wolności. Pisma publicystyczne okresu pełne są rozważań o naturalnych ograniczeniach ludzkiej wolności: prawa i obyczaje są nimi. Co ciekawe w Rzeczypospolitej większy nacisk kładziony jest na obyczaje niż na prawa. Postrzegać w tym można tradycji republikańskich, ale też ważkiego wkładu pisarzy staropolskich w refleksję nad ograniczeniem ludzkich wolności. Prawa, powtarzano za Cyceronem, są nie tyle pętami wolności, co jej naturalnymi granicami, niemniej jednak prawa, jako martwa litera, bez dobrych obyczajów, stają się nieco mechanicznymi wędzidłami ludzkiej do-wolności. Owszem, prawa pozwalają państwu funkcjonować sprawnie, ale dobrze może funkcjonować tylko społeczność, gdzie obyczaje dobre kierują obywatelami: prawa pełnią tu jedynie wtedy funkcję pomocniczą. Zatem wolność ludzka najpełniej realizuje się w człowieku, w którym zaszczepione są dobre obyczaje. Rozumowanie to można traktować jako jednak pewien przejaw idealizmu szlacheckiego. Ale zarazem sądzę, że kultywowanie tej myśli dawało szlachcie niezwykle cenne poczucie podmiotowości obywatelskiej.

Wolności i prawa, a w dziedzinie kształcenia – konstrukcja dydaktyczno-filozoficzna „dobrych obyczajów” pozwalały – wszystkie współpracujące ze sobą w procesie politycznym w ramach szlacheckiej res publica – stworzyć, skonstruować pewien typ kulturowo-antropologiczny szlachcica polskiego. Który to typ miał silne poczucie, że jest obywatelem swego państwa, wolnym człowiekiem i jednostką, która pozostaje niejako wewnątrz ochrony prawnej. „Prawa i wolności są moje”, podejrzewam, że powtarzał sobie szlachcic. I dodawał „Żyję w państwie, które jest moje”. I dlatego na przykład, co do niedawna było przedmiotem nieporozumienia, szlachcic tak chętnie się procesował. Ale przecież, ten, kto się procesuje, odwołuje się nie do przemocy, tylko do „języka cywilizacji”. Można się oczywiście zawsze o miedzę mordować, ale podobnie, można się o miedzę procesować. To drugie działanie wydaje się znacznie bardziej cywilizowane niż pierwsze. Wolność procesowania się o drobiazgi wyznaczające codzienność to jeden z ciekawszych aspektów szlacheckiej wolności. Niesłusznie uważany za przejaw pieniactwa. Być może tak należało mówić w okresie, kiedy Polska była PRL-em (wtedy prawa nie były dla ludzi, ale przeciwko nim: najlepiej było trzymać się z dala od sądu, zostawić władzy i jej instytucjom wolną rękę, nie narażać się). Dzisiaj chyba nie warto na zagadnienie prawa w ten sposób spoglądać. W tym akurat aspekcie życia społecznego bliżej nam dzisiaj do Sarmaty niż do człowieka którego określa się mianem: homo sovieticus.