Niewyjaśnione spotkanie

Jan Trzeci, z bożej łaski król Polski, wielki książę litewski, ruski, pruski [etc] tobie sławetnemu Danielowi Schulzowi, malarzowi jego królewskiej mości […] nakazujący, abyś przed sądem naszym [...] stawił się [w sprawie Krzysztofa Paca, kanclerza Wielkiego Księstwa Litewskiego i Zofii Zienowiczównej], którzy […] chcąc [się] od oszczerczych zarzutów uwolnić […] i swojej niewinności dowieść [...] pozywają ciebie, abyś dał świadectwo prawdzie.

Portret Jana III, rycina Simona Thomassina, 1696 r.; Biblioteka Narodowa

Takie wezwanie do Trybunału Koronnego w Lublinie wręczono 20. września 1677 r. malarzowi Danielowi Schultzowi (ok. 1615-1683), zamieszkałemu wówczas w Gdańsku na posesji burmistrza Adriana von der Linde, przy ulicy Ogarnej 114. Proces wytoczył mąż owej Zofii – Jan Ignacy Leszczyński, podczaszy koronny, chyba po to, by uzyskać dowód (jeszcze jeden?) niewierności żony, z którą od 1676 r. żył w separacji. Podczaszy zarzucał mianowicie kanclerzowi Krzysztofowi Pacowi, że Zofia była w mieszkaniu kanclerza na Zamku i że tam doszło między nimi do sprośnej i nieczystej rozmowy. Kanclerz prosił więc Schultza o poświadczenie przed sądem, że nic nieobyczajnego między tym dwojgiem nie zaszło.

Czyżby malarz rzeczywiście był w Zamku akurat wtedy, gdy trwało inkryminowane spotkanie? Nie wiadomo. Z pewnością natomiast z dokumentu wynika, że kanclerz Pac był przekonany o Schultzu jako dżentelmenie, który w tej delikatnej sprawie nie zawiedzie jego zaufania, że może nawet skłamie w obronie honoru znajomego i jego damy. Można bowiem powątpiewać w niewinność Zofii, bo chyba nie bez kozery Leszczyński procesował się z żoną, a i w testamencie skrzywdził jej  (nie jego??) córki.

Jeden jeszcze wniosek wysnuć można z tego jurystycznie zawiłego dokumentu: znajomość Schultza z potężnym magnatem, jednym z manipulatorów rozgrywek politycznych wokół trzech (aż!) elekcji, była bardziej zażyła niż zdawkowy kontakt między malarzem, a jego modelem (Portret Paca, znajdujący się w Kownie malował Schultz około 1670 r.). Upewnia to w przekonaniu o doborowych koneksjach towarzyskich gdańszczanina.

Na marginesie można dodać, że burmistrz Linde (1610-1682), na którego posesji mieszkał Daniel Schultz, to przedstawiciel jednego z najmożniejszych rodów gdańskich. Po studyjnych wojażach w Europie pełnił od 1634 r. różne wysokie urzędy w gdańskiej radzie miejskiej, był też ośmiokrotnie burgrabią królewskim w Gdańsku. Koneser sztuk pięknych, pisarz i bibliofil, dobroczyńca słynnego Gimnazjum Akademickiego. Bywały na dworze królewskim od czasu, gdy był paziem u Władysława IV Wazy, a i od Jana Kazimierza otrzymywał dowody przychylności (np. w 1657 r. starostwo mirachowskie oraz „portret i łańcuch”); w 1660 r. uczestniczył w pertraktacjach ze Szwedami w Oliwie. Przeto gdański adres Schultza to na mapie społecznej Gdańska adres najlepszy, a obaj rówieśnicy znali się pewnie z czasów wspólnej młodości w Gdańsku i z późniejszych kontaktów na warszawskim dworze.