Benedykt Chmielowski o wierze Turków

Nowe Ateny Joachima Benedykta Chmielowskiego czyta się  znakomicie, mając równocześnie do czynienia z jasno określonym horyzontem intelektualnym szlachcica. I to Sarmaty nietuzinkowego, takiego którego interesowały sprawy bardziej abstrakcyjne niż tylko siew, zbiór i okazjonalna wizyta lokalnego podsędka. Z dość skrótowych informacji można nabrać przekonania, że ogromne obszary wiedzy leżały dla Sarmatów odłogiem, nikt nie próbował zagłębiać się w meandry wiedzy np. o islamie. „Z tych tedy mój Zacny Czytelniku którą chcesz, sequere Sententiam; i to też dla rekreowania Czytelnika & ad risum osądziłem apponendum, ze Turcy wierzą z swego Alkoranu, iż Mahomet ich Prorok fałszywy, mając klucze od Raju na Dniu Sądnym, obróci się w barana, a Mahometani w pchły, i tak w niego powskakawszy dostaną się do Raju, czyli do Nieba, bo to u nich jedno zdaje się. Oto bestialskiemu życiu bestyalskie zakłada Błogosławieństwo? Złej wiary złe też sentymenta. Powiada w tymże Alkoranie, że Ray jest tak wielki, jak Niebo i Ziemia, a w nim Drzewo cały Ray napełniające, liście srebrne i złote mające, temi popisane słowy: Nie jest BÓG, tylko BÓG, i Mahomet Apostoł jego. Obiecywał Mahometanom w tymże Raju z Pannami wszystkę piękność przechodzącemi rozkoszną zabawę i plezyry. Godzien za takowe swoje sentymenta, aby na drzewie raju swego był na gałęzi fruktem. […] Piątek Mahometani mają za swój Sabasz, albo Niedzielę, z racji, że w ten dzień urodził się Prorok Mahomet i w Piątek też uciekał. Wszyscy za Mahometa idący nauką zwać by się powinni Mahometami, a oni sobie nomen speciale obrali, nazywając się Musulman to jest Prawowierny. Papierowi nie dają się walać po ziemi, ale znalazłszy, w szparę gdzie wścibią, palą, bo prawią: imię BOŻE bywa na nim. Nowo obisurmanionego, albo oturczonego (co consistit in circumcisione) na białym koniu w zielonym zawoju po ulicach Miasta wodzą in assistentia, a on trzyma grot ostry obrócony do serca; na dokument, że pierwej życia, niż zakonu Mahometowego odstąpi. Dzieci młode w siódmym roku obrzezują, non in die octava według starego Zakonu”. I tyle.

Ulem - muzułmański uczony, któreo głównym zadaniem była interpretacja i wykonywanie szariatu, czyli muzułamńskiego prawa.

Więcej uwagi poświęcił Chmielowski punktom stycznym islamu i chrześcijaństwa, choć i te przykuły jego uwagę na krótką chwilę. „Chrześcijan Turcy zowią Giaur, to jest niewiernemi Bałwochwalcami, że Figury Chrystusowe i Obrazy wenerują, sami żadnych nie mają obrazów, ani siebie samych malować nie pozwolą, chyba by arte secreta. […] Chrześcijanom Dzwonów, erekcji nowych Kościołów, Processji publicznych Turcy nie pozwalają. Jako też Chrześcijanom w Miastach na koniach i na osłach jeździć bronią, tylko piechotą pozwalają. Miejsca Święte Chrześcijańskie, to jest Narodzenia Chrystusowego, Ostatniej Wieczerzy, w Niebowstąpienia, mają w wielkim poszanowaniu, przyznając, że to wszytko przystało Wielkiemu Prorokowi Chrystusowi. Ale miejsca Męki Chrystusowej i wszelkich despektów obracają in derisum, twierdząc, że ani umierać, ani cierpieć nie mógł Chrystus, będąc Duchem Bożym. Ale muszą tak bajać, bo Boskich tajemnic tak nie wiedzą, jak wiedzą i wierzą Chrześcijanie, że sic oportuit Christum pati, że Bóg wziął na się Ciało, aby w nim równą maliti ae peccati uczynił satysfakcją, której purus homo uczynić nie mógł, chyba Deus Homo”.

Wśród chaotycznych informacji, które mają jednak oparcie w rzeczywistości, pozwalał sobie Chmielowski także na nonsensowne brednie: „Kanonizowali czworo zwierząt: Osła, że Pana Chrystusa wiózł, wielbłąda Mahometowego, Psa siedmiu śpiących [Ar Rahim, pilnujący chrześcijańskich młodzieńców z Efezu ukrywających się przed prześladowaniami w czasach Dioklecjana], a Derwisze Egypscy konia Ś. Jerzego, teste Ricoto. Wielbłądów szanują z racji trochę wyżej namienionej, i z drugiej, iż na nich Księgi swoje, idąc do Mechy [Mekki], wożą; item Psom, kotom co dzień jeść dają; na wodę chleb rzucają, ptastwo z klatek wypuszczają, temi uczynkami dusze ratując, i podobno implicite błąd Pogański, to jest Metempsichosim fovendo". Chmielowski nie wymienia słowa islam, a jego wiedza o drugiej największej religii monoteistycznej jest – delikatnie mówiąc, powierzchowna. Nie zadał sobie najmniejszego trudu by poznać czy zrozumieć ideologię, która przez dziesiątki lat napędzała turecką ekspansję w Europie, ale równocześnie zawierała wiele uniwersalnych wartości, które powinny być obecne w życiu każdego przyzwoitego człowieka. Nie zająknął się o wspólnym praojcu Adamie, o tworzących historię świata staro i nowotestamentowych prorokach, Abrahamie (Ibrahimie) będącym praojcem Arabów, Mojżeszu (Musie), Dawidzie i Salomonie (Sulejmanie). Pominął nawet popularną w ówczesnej literaturze wizję mahometańskiego raju opisywanego jako ogród, pełen zieleni, drzew owocowych i kwiatów, w którym płyną strumienie pełne krystalicznej wody, mleka, wina i miodu. Gdzie wierni, którzy zasłużyli na nagrodę, wypoczywają w drogocennych szatach, leżą na miękkich poduszkach, a hurysy o migdałowych oczach podają im wino i chłodne sorbety. Czują radość i spokój wynikające z łaski, jaką darzy ich Bóg.