Paw narodów

Mimo generalnie pozytywnej oceny szlachty Rzeczypospolitej, Bernard O’Connor dostrzegał także jej wady. Na pierwszym miejscu wymienił nadmierne przywiązanie do wolności – „zabiegają o wolność jak szaleńcy”. O’Connor (ok. 1666 – 1698), fizyk, przyrodnik i historyk, nadworny medyk Jana III, był zwolennikiem monarchii mieszanej i przeciwnikiem rządów absolutnych, ale w przypadku Rzeczypospolitej uznał postawę szlachty za skrajną, podważającą słuszne uprawnienia monarchy i stawiającą szlachtę ponad prawem. Nie o taką wolność chodziło, tym bardziej, że szlachta nie uznawała również ograniczeń zewnętrznych w kwestiach religijnych i moralnych.

Portret Władysława Dominika Zasławskiego-Ostrogskiego, Bartłomiej Strobel, 2. ćw. XVII w., ze zbiorów Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie; fot. Z. Reszka

Kolejna cecha negatywna to całkowity brak uczciwości w sprawach pieniężnych: „Polacy są tak chciwi na pieniądze, że zrobią prawie wszystko, aby je zdobyć”. A kiedy już je zdobędą, nie tylko nie myślą ich oddawać, ale jeszcze kpią ze swych wierzycieli, doradzając im identyczne postępowanie. Podobną opinię wyraził ówczesny sekretarz ambasady francuskiej, M. de Mongrillon: „Ogólnie rzecz ujmując, Polacy bardzo lubią pieniądze, przywiązując się tylko do interesu”. O’Connor tłumaczył takie postępowanie nie tyle wrodzoną zachłannością, co niedostateczną ilością pieniądza w Rzeczpospolitej. Był to o tyle uzasadniony pogląd, że identyczne postawy dostrzegano również w innych państwach, w których brakowało pieniędzy, na przykład w Szkocji. Słowa usprawiedliwienia znalazł także dla braku współczucia wobec ludzi w potrzebie: „nigdy nie okazują hojności wobec biedaków, nie troszczą się również o swe chore sługi”. Przyczyn takiej postawy dopatrywał się w swego rodzaju fatalizmie szlachty, która traktowała nieszczęścia jako element życia, nie spodziewając się ani współczucia ani pomocy dla siebie w trudnych chwilach. Dlaczego zatem miałaby okazywać je innym? Najbardziej rzucającą się w oczy wadą była jednak nadzwyczajna skłonność do demonstrowania bogactwa i statusu społecznego: „Polacy uwielbiają się popisywać”. Musiała być to nadzwyczajna skłonność, skoro w tym czasie szlachta w całej Europie uważała za obowiązek podkreślanie swojej pozycji przez ostentacyjne manifestowanie bogactwa. Sposobów, jak zauważył O’Connor, było wiele, od utrzymywania licznej służby, drogich koni i kolekcji uzbrojenia do stawiania okazałych pałaców. Wielkie wrażenie zrobiły na nim orszaki magnackie: „panowie ci błyszczą przed wszystkim podczas sejmów; niektórzy z nich mają straż liczącą trzysta, inni pięćset, a jeszcze inni tysiąc osób”. De Mongrillon pisał o orszaku hetmana wielkiego litewskiego, Kazimierza Sapiehy: „Jego orszak robi królewskie wrażenie”, a angielski agent handlowy, Francis Gordon następująco podsumował elekcję Władysława IV: „nigdy w życiu nic podobnego nie widziałem i nie wiem, czy kiedy co podobnego zobaczę”.

Jednak liczby, które podawali zagraniczni goście były mocno przesadzone. Zdaniem O’Connora, podskarbi wielki koronny, książę Hieronim Augustyn Lubomirski miał stale utrzymywać prywatną armię liczącą siedem tysięcy ludzi! Żaden magnat nie był w stanie utrzymać tak licznego wojska prywatnego. Biorąc pod uwagę obliczenia koniuszego koronnego Władysława Dominika Zasławskiego, który przewidywał, że utrzymanie stu żołnierzy (50 piechurów i 50 dragonów), będzie kosztowało około 18 tysięcy złotych, utrzymanie siedmiotysięcznej armii (piechota i jazda po połowie) pochłonęłoby astronomiczną kwotę 1 miliona 260 tysięcy złotych.

Informacje o tak licznych wojskach prywatnych brały się najprawdopodobniej z pomieszania zaciągów prywatnych z jednej i zaciągów na rzecz i koszt Rzeczypospolitej z drugiej strony. Liczebność wojsk prywatnych nie była stała i zależała od potrzeby chwili. W 1631 r. we wszystkich oddziałach prywatnych służyło około 600 osób, trzy lata później prawie 19 tysięcy, aby w roku 1637 powrócić do poziomu 700 żołnierzy. Magnaci byli stanie wystąpić w bardzo licznej kompanii, kanclerz koronny Tomasz Zamoyski przybył na elekcję w 1632 r. na czele około 1 700 żołnierzy. Były to wyjątkowe sytuacje, tym niemniej wydatki na wojsko prywatne i dwory kosztowały fortunę. W pierwszej połowie XVII wieku na dworze wojewody krakowskiego, Stanisława Lubomirskiego, służyło około 500 osób. W tym samym okresie, na dworze księcia Władysława Dominika Zasławskiego, rachunki za żywność wynosiły około 700 złotych tygodniowo. W ciągu siedmiu dni spożywano między innymi 5 wołów, 10 cieląt, 15 baranów, 20 prosiąt i 50 kurcząt.

Najłatwiejszym i najbardziej rzucającym się w oczy sposobem okazywania bogactwa przez szlachtę był odpowiedni ubiór. Jak zauważył O’Connor, „zarówno kobiety i mężczyźni są w najwyższym stopniu ekstrawaganccy i to tak bardzo, że niektórzy spośród nich mają 50 kompletów ubrań a wszystkie możliwie jak najdroższe”. Dochodziły do tego klejnoty, niekiedy o bardzo dużej wartości. Fynes Moryson pisał pod koniec XVI wieku o szlachciankach, które „nosiły na szyi sznury pereł o wartości 200 a nawet 500 talarów”. Wielcy panowie mieli oczywiście dużo cenniejsze błyskotki. Henryk Benedykt Stuart, jeden z prawnuków króla Jana III Sobieskiego, w ręce którego trafiła część klejnotów Sobieskich, za jeden tylko rubin uzyskał 60 tysięcy funtów. Według wartości kruszcowej odpowiadało to 2 milionom 220 tysiącom złotych! Obowiązywała przy tym zasada „zastaw się a postaw się”, co niejednokrotnie prowadziło do ruiny, a na co narzekano w piśmiennictwie, począwszy od Mikołaja Reja, „ojca literatury polskiej”. Nawet najbogatsi magnaci tonęli w długach. Książę Zasławski zostawił ponad 1 milion 450 tysięcy złotych długu, Stanisław Lubomirski około 525 tysięcy (ale udało mu się równocześnie zgromadzić prawie 1 milion 700 tysięcy złotych gotówką) a zadłużenie Jana Karola Chodkiewicza, hetmana wielkiego litewskiego, ponad trzykrotnie przewyższało jego roczne dochody.

Wydatki na luksusy i związany z tym brak nawyku oszczędzania pieniędzy nie wynikały tylko ze względów społecznych. W grę wchodził także bardzo prozaiczny powód – odkładanie pieniędzy nie było rzeczą bezpieczną. Poza dużymi miastami brakowało banków, nie brakowało natomiast amatorów cudzego mienia. Niekiedy pieniądze zakopywano, ale co by nie powiedzieć, dochód z takich „lokat” nie był szczególnie duży. Największe wrażenie na O’Connorze wywarł jednak praktykowany przez zamożne kobiety ze stanu szlacheckiego i miejskiego zwyczaj udawania się do pobliskiego kościoła bądź sąsiadów w karecie zaprzężonej w sześć koni. Mężczyźni co prawda jeździli na koniach, nie w powozach, ale za to uważali, że spacer jest „bardzo plebejski”. Skądś musiał wziąć się zwyczaj jazdy kupionym na raty samochodem po gazetę do najbliższego kiosku.