Piękny jak tynieckie jabłko

Ogrody benedyktynów tynieckich są jednym z tych obszarów zielonych, o których można powiedzieć, że istniały zawsze. Tradycja benedyktyńska rozpowszechniana w całej Europie nakazywała sadzenie i pielęgnację drzew owocowych. Benedyktynom, a także wywodzącym się z reguły św. Benedykta cystersom, zawdzięczamy pojawienie się „oświeconego” sadownictwa na ziemiach polskich. Według świadectwa Zygmunta Glogera w okolicach Krakowa powszechne było porzekadło: „Piękny jak tynieckie jabłko”. W 1689 r. inwentarz opactwa podaje: Wychodząc z zamku przy bramie po lewej ręce jest sad zaparkaniony z ulice, ciągnie się aż do farnego kościoła na dół. Do tego sadu jest fortka przy bramie na biegunach drewnianych z zamkiem drewnianym szlepym, z tego sadu jest druga fortka na dole nad Wisłę, także na biegunie z klamką drewnianą. W tym sadzie są drzewa rózne, ale więcey już starego. W tym sadzie jest chałupa dla stróża albo sadownika nie dobra, naprawy prędkiej a dużej potrzebuje. Za tą chałupą zaraz iest piwnica murowana, sklepiona, dobra. Do niej wchodząc jest krata dębowa, dobra na zawiasach i hakach żelaznych miasto drzwi. Za tę piwnicą dalek trochę jest druga, także murowana y sklepiona, napsowana trochę z przychodu. Wchodząc do niej są drzwi na zawiasach i hakach żelaznych z wrzeciądzem i skoblami do zamknięcia. W opisie folwarku tynieckiego z 1714 r. czytamy: Ogrody dworskie: 1. Ogrod wielki za oborą który się ciągnie pod kościół farny ten na koło płotem ogrodzony ale potrzebuie poprawy bo iest w nim dziur dosyć. 2. Pasternik pod dworem wielki na cielęta ktory się ciągnie aż pod Plebanią ma w sobie przegród dwie, tenże pasternik ogrodzony.

Grafika ze zbiorów Biblioteki Narodowej w Warszawie.

Ogrody były na tyle duże, a sprawy zgromadzenia na tyle absorbujące wszystkich braci, że w XVIII w. zainicjowano praktykę dzierżawienia obcym gruntów podklasztornych. Na XVIII-wiecznych planach doskonale widoczny jest długi, dziś już nieistniejący budynek oranżerii. Jej istnienie potwierdzają liczne wzmianki z początków XIX w. Krakowski dziejopis Ambroży Grabowski tak zapamiętał ogrody tynieckie z lat swej młodości (ok. 1800 r.): Ogród był tam porządny, dobrych gatunków drzew owocowych pełny. Siedem lat później Kazimierz Girtler pisał: Pod klasztorem na dole był ogród, przy nim szklarnia, a pod górą, na której skale stał klasztor i kościół, od strony południowej długim rzędem ustawione były w ogromnych cebrach drzewa cytrynowe, pomarańczowe i figowe. Wzmianka ta dowodzi wysokiej kultury sadowniczej, jaka funkcjonowała w Tyńcu, a także istnienia specyficznego mikroklimatu – drzewa cytrynowe są bowiem niesłychanie wrażliwe.

Od 1815 r. przyciśnięci biedą benedyktyni zaczęli rozprzedawać majątek klasztorny, by w ten sposób pokryć zobowiązania płatnicze wobec zaborców. Kazimierz Girtler tak to zapamiętał: Sprowadził ojciec z Tyńca sześć drzew cytrynowych […]. Skoro już przed supresją bieda wielka była w bogatym niegdyś Tyńcu, wyprzedawali oranżerię księża. Wtedy to w upominku darowali ojcu sześć ogromnych drzew cytrynowych. Były to wiekowe egzemplarze. W Krakowie przez parę lat ślicznie kwitły i nawet owoce miały. Tradycja zatem musiała być długa. Szkoda, że z braku źródeł nic bliższego nie da się o niej powiedzieć. Tylko południowe owoce do dziś rodzą się w tynieckim ogrodzie.