Piesek w panieńskiej pościeli

Znany jest rokokowy obraz Jean-Honoré Fragonarda Dziewczynka igrająca z pieskiem, przedstawiający perwersyjnie ujętą scenę zabawy z psiakiem w panieńskiej pościeli, tak jak znana jest rozpowszechniona wśród oświeceniowych dam moda na posiadanie czworonożnego pupila. Mniej znany jest fakt, iż moda ta rozpoczęła się kilka stuleci wcześniej. Świadectwa ikonograficzne dowodzą, że damy darzyły sympatią psy niedużych ras już w pierwszej połowie XV w. (z reguły występują one na obrazach jako znak wierności w związku, jak na Portrecie małżonków Arnolfinich Jana van Eycka z 1434 r.). Do literatury polskiej motyw wszedł z początkiem XVII stulecia.

Gra w karty, rycina Johanna Eliasa Ridingera, poł. XVIII w.; Biblioteka Narodowa

Panieńskimi pieskami były najczęściej bolończyki („bonończyki”, jak wówczas mawiano) lub maltańczyki – jak Perlisia, której poetycki nagrobek wystawił Jan Andrzej Morsztyn. Latem przy nodze swej pani, a zimą w mufce („rękawku” lub „zarękawiu”), by ogrzać jej dłonie, białe pieski nie odstępowały właścicielki ani w dzień, ani w nocy. I to właśnie wzbudzało zazdrość jej wielbicieli, także tych parających się piórem. W polskiej liryce barokowej najgłośniej podnosił kwestię Hieronim Morsztyn. Piesek był stałym bohaterem jego wierszy pisanych pannie na dobranoc i dzień dobry:

                        A ja o piesku wiedząc w łóżku twoim

                        Tłumiłem zazdrość ciężką w sercu swoim.

                        Niegodna ta bestyja,

                        Że mię ta rozkosz mija.

czy:

                        Ciężka go zazdrość zdejmuje,

                        Że pieska w twym łóżku czuje,

                        Który przy twym ślicznym ciele

                        Tak się pieści z tobą śmiele.

Sypiającym obok właścicielek Lewusiom i Kurtom poświęcił Hieronim osobną fraszkę, spuentowaną dramatycznym apelem:

                      Na co, panienki, pieski do pościeli

                      Bierzecie z sobą? Lepszym ja – chcecie-li?

Tego typu skargi rozbrzmiewały w polskiej poezji przez co najmniej dwa stulecia. Jeszcze w 1787 r. Ignacy Jaksa Bykowski, pisząc wierszyk Przy oddaniu pieska bonońskiego, nie krył zazdrości:

Szczęśliwszyś, piesku, od twojego pana:

Na rączkach białych ty się będziesz mieścić,

Łożem twym nieraz jej będą kolana,

Będzie i głaskać, i z tobą się pieścić;

Może i to być jeszcze, że cię ona

Przytuli czasem do śnieżnego łona.

Potrzeba było jednak pokładzinowego epigramatu, którego konwencja przywalała na niewybredne żarty, aby wyszło na jaw, iż powody popularności psich pupili nie zawsze były tak platoniczne, jakby się mogło wydawać. Kiedy z Katarzyną Jaromirską żenił się przyjaciel i zagorzały wielbiciel muzy Hieronima Morsztyna, miecznik poznański i starosta kopanicki Lampart Sierakowski, poeta poświęcił mu m.in. taką oto nieprzystojną fraszkę:

Lampart, co grzbiet dzielnego rycerstwa okrywa,

Już u mnie w mniejszej cenie, bo i na kpie bywa.

Insze panienki sobie Perlisie chowały,

Które im pod pierzynką marmurki lizały,

                       Lecz Kachna Jaromierska z tych najśmielsza była:

Lamparta do tej sprawy sobie polubiła.

Lizany przez miniaturowe Perlisie panieński „marmurek” znaczył tyle co ‘futerko’ (pierwotnie była to nazwa cenionego importowanego futra lisiego z jaśniejszymi akcentami na ciemnym tle). Jak bardzo owe praktyki były znane, dowodzi choćby fraszka Wacława Potockiego Bonoński piesek, w którym do bonończyków przyrównuje nowomodnych galantów:

                        Znajdą i w naszej Polszcze tacy się pieskowie

                        Z pyszczaszkiem załomanym, kudłaci na głowie,

                        A pogotowiu damy, co się z niemi pieszczą,

                        Dźwigając ich na piersiach, choć się tam nie zmieszczą.

                        Umiezga, kryguje się i grymasy stawia,

                        Wyglądając jako ów Cypryś z zarękawia,

                        Której w nocy marmurek pod pierzyną liże.

Jeszcze Aleksander Fredro w Sztuce obłapiania opisuje podobne praktyki, gdy wspomina dziewice tak niewinne, że nawet: „Ani też szpica, lubego Azorka, / Nie znają dotąd wprawności jęzorka”.

W dawnej Polsce, podarowując wybrance serca maltańczyka, należało dobrze rozważyć ów prezent. W świetle powyższych świadectw panieński kaprys Klary: „Krokodyla daj mi, luby” jawi się jako znacznie bezpieczniejszy. Krokodyl na pewno nie stanowiłby konkurencji!