Sprzedaż urzędów w XVII w.

W 1646 r. Stanisław Naruszewicz tak pisał w liście do Kazimierza Leona Sapiehy: „Pan referendarz koronny w niedobrych terminach […], już po nim wakancyje rozebrano […] msze zań ekspektanci [oczekujący aż urząd zawakuje – S.C.] zakupują dla lekkiego skonania”. W tym samym roku wojewoda poznański Krzysztof Opaliński żalił się bratu Łukaszowi, marszałkowi nadwornemu koronnemu: „Mnie sam król był dał Brańsk [starostwo brańskie na Podlasiu – S.C.] o kilkunastu tysięcy intraty, ale ożył pan starosta”. W cztery lat później z podobnej przyczyny zakończyły się fiaskiem zabiegi Opalińskiego o urząd wojewody: „Na stryjaszka naszego jużem był otrzymał województwo brzeskie – kujawskie i przywilej miał napisany za tak skuteczną konfirmacyją tej nowiny, że nie mogła być stateczniejsza, aż ci ożył pan wojewoda, a myśmy oschnęli”.

Portret Ludwiki Marii Gonzagi (1611-1667), Justus van Egmont (kopia), Francja, XVIII w., Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie; fot. W. Holnicki

Cytowane fragmenty korespondencji świadczą o tym, jak bardzo pożądane były przez szlachtę urzędy i królewszczyzny, skoro z niecierpliwością czekano na zgon chorego senatora czy posesora dochodowego starostwa, by starać się o wakans. Popyt na urzędy przewyższał ich podaż, czego przykładem może być konkurencja o pieczęć mniejszą koronną w 1650 r. – o ten urząd podkanclerski rywalizowało wtedy aż sześciu kandydatów! Rodziło to niemal naturalną tendencję do oferowania zapłaty za wakujące stanowisko lub starostwo. Władcy polscy cierpiący na chroniczne pustki w kasie widzieli w sprzedaży królewszczyzn i urzędów ważne, jak się mogło wydawać – niewyczerpane, źródło dochodów. Omawiane zjawisko sporadycznie występowało już w pierwszej połowie XVII w., a uległo nasileniu od drugiej połowy tego stulecia. Niemały wpływ na zwielokrotnienie tego procederu miało zasiadanie na polskim tronie Ludwiki Marii i Marii Kazimiery, dwóch królowych pochodzących z Francji, gdzie istniał zalegalizowany system paulette polegający na corocznym wpłacaniu 1/60 wartości danego urzędu, a będący najważniejszym źródłem dochodów tamtejszych monarchów.

W Polsce też było to źródło niebagatelne – płynące stad dochody królowej Ludwiki Marii oceniano na 600 tys. zł. Nie zawsze jednak dawano urząd czy królewszczyznę temu, kto zaoferował najwyższą stawkę. Kiedy w 1651 r. wakowało po śmierci hetmana wielkiego koronnego Mikołaja Potockiego starostwo lubelskie, jedno z najbogatszych w Rzeczypospolitej, bo przynoszące 40 tys. zł rocznej intraty, stało się ono obiektem rywalizacji tak potężnych magnatów jak wojewoda krakowski Władysław Dominik Zasławski i wojewoda sandomierski Andrzej Firlej. Nieoczekiwanie król oddał to starostwo Stanisławowi Witowskiemu, kasztelanowi sandomierskiemu, choć ten ostatni dawał najniższą sumę, Jan Kazimierz wolał, by starostą lubelskim został „człowiek nowy” (a więc mu posłuszny, wdzięczny za uzyskaną łaskę) niż jeden z wielkich latyfundystów.

Niekiedy dodatkową albo jedyną formę zapłaty za urząd stanowiły wartościowe prezenty, np. cenne egzemplarze broni lub nawet nieruchomości – w 1693 r. Stanisław Warszycki otrzymał tytularne miecznikostwo koronne w zamian za „plac przyległy Marywilowi”. Cena płacona za urząd czy królewszczyznę miała przeważnie charakter umowny i zależała w dużej mierze od dochodowości nadawanego, a raczej sprzedawanego przez króla i królową stanowiska lub starostwa. Dlatego też jedną z najwyższych w XVII w. stawek zapłacił w 1692 r. Hieronim Augustyn Lubomirski za klucze skarbu wielkiego koronnego, aż 18 tys. dukatów, czyli prawie ćwierć miliona złotych. Ale uzyskane tą drogą podskarbiostwo wielkie koronne było wedle Romana Rybarskiego, badacza dziejów skarbowości polskiej czasów Jana III, „raczej wielkim beneficjum, źródłem fortuny, aniżeli wielką władzą […] ”.

Liczne w drugiej połowie XVII w. przypadki sprzedaży urzędów, choć miały przeważnie poufny charakter, znane były szlacheckiej opinii publicznej i negatywnie przez tę opinie oceniane, czego dowodem był zakaz tej formy nadawania wakansów wpisany w pacta conventa Augusta II. Znany jest też odosobniony głos przeciwny zmierzający do legalizacji procederu, którego istnienie było typową tajemnicą poliszynela. Krzysztof Grzymułtowski, wojewoda poznański, na sejmie 1685 r. powołał się na wzory francuskie: „Słyszałem i czytałem, że tam są oszacowane wszystkie dignitates et officia [godności i urzędy – S.C.] i nikt żadnego nie weźmie, aż pewną summę wyliczywszy” . Wobec tego postulował: „Czemuż by i nie oszacować wszystkich dygnitarstw, od najwyższego począwszy aż do ostatniego urzędu ziemskiego, wszystkie od najintratniejszego starostwa aż do najmniejszej tenuty”, dzięki czemu „[…] w trzech leciech bardzo bogate będzie miała Rzeczpospolita aerarium [skarbiec – S.C.]”.

W warunkach polskich sprzedaż urzędów i królewszczyzn przez monarchię spełniała głównie doraźny cel – zapełnianie notorycznie świecącej pustkami królewskiej szkatuły. Umożliwiała też osiągnięcie znaczących stanowisk w życiu publicznym przez „ludzi nowych”, pochodzących z rodów niemających dłuższych tradycji zasiadania w senacie i piastowania ministeriów. Sprzedaż nie była przecież jedynym narzędziem królewskiej polityki nominacyjnej i rozdawniczej. Przy obsadzaniu wakujących stanowisk królowie brali pod uwagę kwalifikacje kandydatów oraz ich zdatność do pełnienia powierzanych im urzędów.