Trudy podróży w XVII w.

Ciekawość świata zawsze popychała ludzi do odkrywania tego, co nieznane. Podróże w XVII w. nie miały jednak wiele wspólnego z dzisiejszą turystyką. Góry zamiast wzbudzać zachwyt, wywoływały raczej strach, a podziwianie krajobrazów po kilkudziesięciu dniach spędzonych w niewygodnym powozie potrafiło zniechęcić nawet największego pasjonata. W zależności od majętności podróżnego mógł on wybrać podróż pieszą lub ułatwić sobie drogę, korzystając z ówczesnych środków lokomocji. Między XVI a XVII w. powozy służące do podróży były tak „komfortowe”, że często podróżni woleli wysiąść i iść pieszo obok, aby zaczerpnąć trochę świeżego powietrza i rozprostować kości.

Kliknij, aby zobaczyć więcej ilustracji

Szlachta nie decydowała się na piesze podróże – te były domeną biednych obieżyświatów wywodzących się z niższych warstw społecznych, których nie stać było na wynajęcie powozu. Bywali jednak i piechurzy wykształceni, którzy na własnych nogach przemierzali świat, a swe przygody spisywali ku pamięci potomnych. To im Guglielmo Grataroli, XVI-wieczny włoski lekarz, radził, jak przetrwać trudy pieszej podróży. Przede wszystkim należało zaopatrzyć się w szeroki pas ochraniający nerki oraz okulary zabezpieczające przed blaskiem śniegu. Jeśli wyprawa odbywała się w górach, warto było przygotować stalowe raki bądź żelazne zelówki.

Aby ułatwić podróżnym ich wyprawy, od XVI w. wydawano specjalne przewodniki. Jako jeden z pierwszych opublikowano w 1552 r. Grand guide des chemins pour aller et venir dans tout le rayoume de France. Blisko sto lat później pojawił się obszerniejszy przewodnik Le fidele conducteur pour les voyages de France, d'Angelter, d'Allemagne, et d'Espagne, którego autorem był Claude la Varennes. W 1793 r. Reichardt zapoczątkował słynną serię przewodników po całej Europie. Oprócz nich dodatkową pomocą w planowaniu wojaży były relacje innych podróżników, które od XVI w. stanowiły doskonałe źródło informacji zwłaszcza dla tych, którzy wybierali się w mniej znane rejony Starego Kontynentu.

Wspomniany już Grataroli, autor wydanego w 1561 r. Przewodnika dla podróżujących, nie tylko przytacza cenne uwagi odnośnie do technicznych aspektów podróży, ale też radzi, jak unikać niebezpieczeństw. Ostrzega on zwłaszcza przed nieznajomymi, których można napotkać na swej drodze. Afiszują się oni swoim strojem i fałszywymi pieniędzmi, zaczepiają podróżnych, pytając, skąd lub dokąd jadą. Człowiek obyty w wojażach będzie ich unikał, jednak mniej doświadczeni mogą dać się zwieść. Natrafiając na nich, należy dobrze schować swe rzeczy i spać czujnie.

Przebywając w gospodach, również należy bacznie obserwować współtowarzyszy. Grataroli opisuje, jak sam będąc w Mialnie, w jednej z gospód otrzymał dość wygodne posłanie w izbie przeznaczonej dla pięciu osób. Jeden z gości rozsypał na jego posłaniu kawałki szkła, licząc na to, że Grataroli porani się i stanie się rozrywką dla niego i jego towarzyszy. Na swoje szczęście autor przyzwyczajony był kłaść się do łóżka przy świetle i szybko odkrył podstęp.

Utrapienie, jakiego dostarczali podróżnym w gospodzie ich sąsiedzi, obrazuje doskonale przykład podany przez Johna Laudera. Przedstawia on, jak można było wówczas zabawić się kosztem swego współmieszkańca: „Gdy dwóch mieszka razem w  izbie, jest wiele sposobów straszenia. Możemy wziąć cienki sznurek albo mocną nitkę, przyczepić ją, gdy drugi śpi, do jego okrycia lub pościeli, pójść do własnego łóżka z końcem sznurka w ręce. Udając, że śpimy, pociągamy za sznurek, pościel leci za sznurkiem, a tamten łatwo pomyśli, że to jakiś duch spowodował. Można także przywiązać sznurek do dwóch lub trzech nóg od krzeseł i tak ciągnąć je w tę i ową stronę domu. Kto nie jest wtajemniczony, będzie przekonany, że to duch”.

Długie, często wielotygodniowe wojaże zmuszały do poszukiwania w miarę komfortowego noclegu. Wybierając się w podróż po Rzeczypospolitej w XVII w., podróżni musieli zabierać ze sobą posłanie, w polskich gospodach bowiem często nie znajdowali praktycznie niczego poza obrusem. Łukasz Opaliński opisywał, jak ludzie bogaci wolą wszystko ze sobą wieźć, by nie być zmuszonymi do jedzenia pospolitych potraw i spania na łóżkach, które są „szpetne i (…) często z plewami i znakami ropy, świerzbu i chorób wenerycznych”. Mimo tak trudnych warunków gospody nie narzekały na brak klientów. Bardzo często brakowało w nich miejsc, nawet dla bogatych szlachciców. Ci zaś, jeśli zmuszeni byli spać w stodołach, padali często ofiarami kradzieży niezbyt dobrze dopilnowanego dobytku.

Trudy, jakie napotykali na swej drodze podróżni, nie zniechęciły ich jednak do odkrywania na nowo świata. W Rzeczypospolitej podróże zaś stały się ważnym aspektem wychowania młodych szlachciców. Coraz częstsze w XVIII w. sprzyjały rozprzestrzenianiu się w Polsce obcych zwyczajów i mody na kosmopolityzm.