W walce z zarazami

W 1876 roku Robert Koch wyizolował laseczki wąglika i wyposażył ludzkość w pierwszą naprawdę skuteczną broń przeciw chorobom zakaźnym. Wcześniej epidemie zdarzały się często, a sposoby walki z nimi były najczęściej bezskuteczne – w najlepszym wypadku ograniczały ich zasięg i czas trwania.

Astrolog, fragment, mal. Dominicus van Wijnen, zw. Ascanius, XVII w., z kolekcji Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie; fot. W. Holnick

W przeszłych wiekach zarazy występowały pod wieloma nazwami: mór, dżuma, czarna śmierć, pestis, morowe powietrze lub po prostu powietrze. Dziś nie zawsze umiemy powiedzieć, do której choroby dane określenie się odnosi. W poglądach na przyczyny epidemii i sposoby walki z nimi dają się wyróżnić trzy nurty: przesłanki religijne, ówczesna wiedza medyczna i tradycje ludowe. Patronem od chorób zakaźnych był św. Roch, a praktyki religijne związane z przebłaganiem Boga (spowiedź, wspólne modły) urastały do rangi nakazów administracyjnych.

Antydżumowa apteczka w przeszłych wiekach była równie bogata, co nieskuteczna. Najlepszym sposobem na uniknięcie choroby była, zalecana już w IX wieku przez arabskiego lekarza Razesa, daleka ucieczka. Wielką zasługą lekarzy było ustanawianie kordonów sanitarnych, które wydatnie ograniczały zasięg zarazy, a także walka o higienę. Najmniej skuteczne były oczywiście zabobony praktykowane przez lud, oborywanie wsi czy odcinanie głowy zmarłym uznanym za upiory. Nie kłóciły się one z wiarą chrześcijańską: kto pole w bliźniaki oborze nie dasz mu gradu o Boże ani z poglądami lekarzy. Medycyna przypisywała zarazę działaniu trujących wyziewów, lud wyobrażał ją sobie białą, zwiewną postać. Wszystkie sposoby walki z epidemią były uznawane za dobre i koegzystowały w umysłach ludzi: zaraza jest karą za grzechy i Bóg może ją odwrócić, ale też można ją leczyć czy zamawiać.