Bale w Warszawie drugiej połowy XIX w.

Najchętniej bale i maskarady urządzali ludzie zamożni. W ten sposób obnoszono się ze swoimi finansami, pokazywano znajomym najnowsze kreacje i wspaniałe dodatki. Zmiana nastąpiła w latach osiemdziesiątych XIX w., gdy również sfery biedniejsze zaczęły organizacje balów stosownie do swoich finansów. Ale o tym za chwilę.

Przybornik balowy, tzw. chatelaine, z XIX w., zbiory Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie, fot. Z. Reszka

Zmiany upodobań w połowie XIX w. spowodowały, że na popularności zaczęły tracić dotychczasowe formy rozrywek, a zyskiwać zaczęły formy nowe. Przykładowo, znaczenie traciła popularna przynajmniej od epoki wczesnonowożytnej maskarada. Zmianę tę dostrzegali niektórzy współcześni autorzy. Maskarada, „zabawa lekka, pusta, niewinna, [która] ma swoją formę, porządek, przyzwoitość”, ustępowała pola balowi, podmuchowi „burzy – wichru, chaosu!”. Właśnie tego potrzebowali młodzi ludzie – nowości. Bardziej konkretną charakterystykę balu dał Bolesław Prus: „Bal jest to mniej więcej zgodna akcja pewnej liczby różnopłciowych indywiduów zebranych w celu obopólnej agitacji, obwarowanej prawidłami przyzwoitości i obecnością świadków”, pisał w Kronikach Tygodniowych.

Dlaczego organizowano bale? Jan Bystroń podaje, że był to sposób na wyładowanie nadmiaru energii, której nie pochłonęła praca zawodowa. Nie był to jednak jedyny powód. Bolesław Prus w swoich „Kronikach”, ujmuje sprawę nieco bardziej przyziemnie, tłumacząc, że ludzie mają „organa lokomocyjne”, a kobiety mają ponadto „bardzo ładne szyje, jeszcze ładniejsze ramiona i mnóstwo innych ponętnych szczegółów, bez których świat byłby smutnym”. Jeżeli dodamy do tego potrzebę spotkań towarzyskich i cele dobroczynne to będziemy mieli listę ważniejszych powodów do zabawy.

Zatrzymajmy się na chwilę przy kwestii dobroczynności. Stanowiła ona dogodny pretekst do zabaw już na początku stulecia, niejako uspokajając sumienia bawiących się, którzy robili to przecież w imię szczytnego celu – pomocy potrzebującym. Bale charytatywne organizowały rożne środowiska: wioślarze, rzemieślnicy, kupcy oraz organizacje dobroczynne, takie jak np. Warszawskie Towarzystwo Dobroczynności (WTD). W salach Resursy Obywatelskiej pod egidą WTD corocznie w latach siedemdziesiątych organizowano bale na rzecz ubogich. Sporadycznie, przy okazji jakiegoś wydarzenia, organizowano dodatkowe zbiorki pieniędzy, które miały miejsce głownie podczas loterii i zabaw kwiatowych. Przykład stanowić może tzw. bal wiosenny, urządzony w połowie czerwca 1894 r., który był wówczas nowością i miał przynieść dochód na działalność WTD. Optymistyczny redaktor „Kuriera Warszawskiego” był pewny, że bal się uda, „boć przecież w Warszawie bawi obecnie tyle przedstawicielek i reprezentantów rodzin arystokratycznych i plutokratycznych, że trudno wątpić o powodzeniu balu, którego głównym celem jest przysporzenie dochodu Towarzystwu Dobroczynności, a rody, te, jak wiadomo, nigdy o ulżeniu doli maluczkich nie zapominają. Dowodzi tego choćby świeży miljonowy zapis ś. p. hr. Suchodolskiego”. Faktycznie, zabawa się udała – tańczono walca, mazura, „bawiono się ochoczo i wesoło tak dalece, że przy pierwszym kontredansie za ciasno było w sali, w skutek czego w drugim musiano tańczących podzielić na dwa koła”. Deszcz nieco popsuł plany organizatorów, bowiem zamiast spodziewanych setek gości, przybyło zaledwie 140 osób.

Mankamentem zabaw dobroczynnych było to, że trudno jest odtworzyć wyniki finansowe takich przedsięwzięć, ponieważ prasa nie zawsze podawała do wiadomości publicznej wysokość składek, a nie wszystkie organizacje przygotowywały raporty ze swej działalności. Na balach bawiono się w najróżniejszy sposób – rozmową, flirtami, potajemnymi spojrzeniami, czy wymianą uśmiechów. Bolesław Prus tak oto wspomina jedną z maskarad: „była tam i panna. Ale jaka! Wyobraźcie sobie figurkę o pół głowy niższą ode mnie, w jedwabnej sukni powłóczystej. Część jej oblicza zasłaniała wprawdzie czarna maska, nie tak jednakże, aby nie widać było pod nią oczu jak dwie iskry, prześlicznych ust i niebiańskiego owalu twarzyczki. Kiedy stanęła, robiła wrażenie posągu, kiedy idąc oglądała się naokoło, podobna była do ptaka biegnącego po ziemi… Chciałem iść za nią… Na szczęście Bóg umieścił mi pod ręką ramię pewnego przyjaciela, który wzorem bogobojnych pustelników wolałby w ogień skoczyć niż zbliżyć się do pięknej kobiety. No i zatrzymał mnie, a ona tymczasem znikła, odbierając mi humor, dowcip, a nawet ochotę do życia. Bodajeś pękł!…”. Nie można zapominać, że wszelkie zabawy taneczne były również doskonałymi sposobnościami do poznania ciekawego towarzystwa, także w celach matrymonialnych. Stefania Podhorska-Okołow w „Warszawie mego dzieciństwa”, wspomina pewien „rytuał”, towarzyszący konkurom. A mianowicie: „Młodzieniec poznawał pannę na jakimś tańcującym wieczorze albo raucie dobroczynnym i po sprawdzeniu przez nieodłącznie towarzyszącą córce matkę jego personaliów i koligacji był zapraszany do domu na mniej lub więcej oficjalne przyjęcie”. Łatwo jest się domyślić co się działo, gdy młodzieniec nie spełniał wymogów.

Lubowano się także w tańcach. Popularny był polonez, którym rozpoczynano bal i którym podchodzono do kolacji, a także mazur. Kazimierz Władysław Wójcicki w „Społeczności Warszawy w początkach naszego stulecia” tak przedstawił sposób tańczenia mazura: „Każda para w żwawym poskoku wybiegała z miejsca na środek sali, ale tancerz tak wiódł swą towarzyszkę, że ona przodować zdawała się w tańcu, a mężczyzna podążał za nią jako jej rycerz i obrońca. Kiedy stanęli w środku par drugich, tancerka obiegała go wkoło, a on stojąc w miejscu, bijąc hołubca, spoglądał z zachwytem na swą druchnę [s!], chwytał w swoje objęcia, poczem okręcali się wkoło i wracali na miejsce”. Po takim odtańczeniu pojedynczo, przechodzono do kolejnych „figur”, a mianowicie układów tańczonych przez każdą z par po kolei. Innym popularnym tańcem był walc, w którym kobieta „posuwiście mknęła po posadzce” ku zgorszeniu dostojnych matron.

Podczas zabaw tanecznych, panny prowadziły karnety, w których zapisywały kandydatów do kolejnych radosnych pląsów na parkiecie. Najszybciej zapełniały się karnety dobrze sytuowanych jedynaczek. Biedniejsze zmuszone były cierpliwie czekać na kawalera, który w końcu ośmieli się podejść, by poprosić do tańca. Zdarzały się sytuacje, że adorator pojawiał się „w ostatniej chwili”, a mianowicie gdy brzmiały już pierwsze nuty muzyki. Nie wszystkie miały to szczęście – niektóre musiały przeczekać taniec ze sztucznym uśmiechem, nie doczekawszy się kandydata. „Ładna panna, dobrze wychowana, ale… prawosławna – tym mianem określała młodzież panny bez posagu. Te mogły liczyć tylko na – jakże wówczas rzadkie – małżeństwo z miłości”.

Słynne były również bale urządzane w ogrodzie na terenie dzisiejszej ul. Foksal. Pod koniec XVIII w. zaczęto urządzać tam bale i reduty, a sam ogród był iluminowany. Zmieniono również nazwę tego terenu na „Vauxfall”, od której nazwy powstała dzisiejsza nazwa „Foksal”. W niektóre dni tygodnia można było za niewielką opłatą wejść do ogrodu, by obejrzeć przedstawienie teatralne, wysłuchać koncertu, czy też posilić się w budynku, w którym znajdował się bufet.

W połowie lat osiemdziesiątych nastąpił jednak przewrót w sferze tak organizacji balów i zabaw, jak i w mentalności ich uczestników. Wbrew podejrzeniom sceptyków, nie doprowadziło to jednak do zupełnego upadku zabaw towarzyskich. Dzięki tej transformacji, bale nabrały charakteru rzeczywiście charytatywnego: „Ludzie tańczą, ale od dziewiątej do drugiej; ubierają się, ale nie rujnują. Gdy nie tańczą, czytają zbiorowo, a w każdym razie odkładają małe ofiary na cele ogólne, jakby mówiąc: ty, społeczeństwo, dajesz mi możność bawienia się, a za to ja, nawet w chwili zabawy, myślę o twoich potrzebach”.

Podczas jednego z balów w Resursie, pod koniec XIX w., Bolesław Prus podaje, że damy wzięły sobie do serca krytykę swojej wcześniejszej rozrzutności. Otóż „ubrania ich nie przekraczały warunków obecnie przyjętej zasady skromności, ale za to ileż gustu, co pomysłów szczęśliwych w udrapowaniu i ułożeniu każdej części ubrania”. Zakończono więc naganną tradycję wydawania fortun na kreacje i wspomagania ubogich jedynie symbolicznym groszem. Bale na cele dobroczynne zaczęły odzyskiwać dawny charakter, co z aprobatą podkreślali ówcześni obserwatorzy życia społecznego.

Oprócz arystokracji bawił się także lud mieszkający w XIX-wiecznej Warszawie. Również i w tej materii nastąpił przewrót w latach osiemdziesiątych XIX w. Wcześniej wielkie zabawy wydawali tylko reprezentanci patrycjatu miejskiego, a inni mieszkańcy miasta musieli pełnić ciągle te same role społeczne. „Inżynier na przykład nie wydawał balu, ale z żółtą linijką w kieszeni obmyślał plany zbudowania wielkiego pałacu z wielką salą. Również nie wydawał balu tapicer. Co najwyżej, w sali tanecznej zawieszał firanki albo pokrywał aksamitem fotele, za którymi w czasie zabawy stali kelnerzy w bawełnianych rękawiczkach, z serwetą na ramieniu”. Od końca XIX w. zaczęto organizować tzw. bale przyjacielskie, które były po prostu zabawami publicznymi. Ich organizatorami byli np. rzemieślnicy. Zamiast drogiej sali wynajmowano tańsze miejsca. Początkowo była to karczma, gospoda lub zajazd na rogatkach. A miejscowa kapela tworzyła muzykę zapewniającą zabawę dla mas. W późniejszym czasie zaczęto się bawić w kawiarniach, bądź też w salach, specjalnie przeznaczonych dla biedniejszych mieszkańców Warszawy. Bolesław Prus pisze, że każdy mógł tam wejść, a zgromadzeni radośnie tańczyli walca i mazura, a także kankana, uważanego w innych kręgach za zabawę gorszącą i swawolną.

W XIX-wiecznej Warszawie istniały specjalne sale do tańca z orkiestrą, bufetem i galerią dla gapiów. Na środku takiego pomieszczenia stał tzw. Wujek, który przy każdym tańcu pobierał opłatę dla orkiestry od tańczących par. Na jednym z takich balów przydarzyła się ciekawa sytuacja. Podczas radosnej zabawy, nagle zrobił się zgiełk, a jeden z najlepszych tancerzy zaczął udawać ból głowy i chciał szybko opuścić towarzystwo. Powodem zamieszania był fakt, że ów tancerz „pożyczył” bez pozwolenia garnitur swego znajomego, który właśnie przyszedł by odzyskać swoją własność. No cóż, „przykry wypadek”, jak komentuje to Bolesław Prus.

Tak więc widzimy, że wiek XIX przyniósł przemiany w mentalności i w sposobie organizowania balów i maskarad. Zakończono naganną „tradycję” wydawania fortun na kreacje i wspomagania ubogich jedynie symbolicznym groszem, a zaczęto myśleć o pomocy biednym.