Batoh – 1652 - „zemsta za berestecką”

Klęska pod Batohem była wstrząsem dla szlacheckiej Rzeczypospolitej. Szok był tym większy, że pod nóż poszła prawie cała doświadczona w boju armia koronna, a wraz z nią przedstawiciele sławnych rodów z hetmanem polnym koronnym Marcinem Kalinowskim na czele. Na niego właśnie spada główna odpowiedzialność za tragedię, do której przecież nie musiało dojść.

Rzeź polskich jeńców pod Batohem, rycina z dzieła Hioba Ludolfa „Allgemeine Schau = Bühne oder Welt", t. 3., Franckfurt am Mayn 1713; Biblioteka Narodowa

Polski wódz nie chciał dopuścić do realizacji kozackich planów, zmierzających do zdobycia wpływów w Mołdawii rządzonej przez hospodara Bazylego Lupula. Nie bez znaczenia był także osobisty wątek całej historii. O rękę hospodarskiej córki Rozandy zabiegał oprócz owdowiałego hetmana polnego także Tymofiej Chmielnicki. Kalinowski dał się zwieść plotkom, informującym, że do Mołdawii ruszył jedynie syn hetmana kozackiego. Wbrew rozkazom skoncentrował oddziały w warownym obozie pod Batohem. W połowie maja zorientował się, że ma przeciwko sobie nie tylko armię Tymofieja, ale także Tatarów i samego Bohdana Chmielnickiego.

12-15 tysięcy Polaków zamknęło się w warownym obozie, wokół którego rozłożyło się ponad 45 tysięcy Kozaków i Tatarów. Do większych starć doszło 1 czerwca 1652 roku. W nocy hetman zwołał naradę, podczas której generał Zygmunt Przyjemski zasugerował, aby Kalinowski z jazdą wyrwał się z obozu i zorganizował pomoc dla piechoty. Hetmańska ambicja spowodowała jednak, że rozwiązanie zostało odrzucone. Był to kardynalny błąd, ponieważ wojsko, a zwłaszcza jazda, zdemoralizowana nieudolnością dowódcy, myślała raczej o zaległym żołdzie i obozowych burdach, niż o walce.

Nazajutrz Kozacy i Tatarzy przystąpili do szturmu. Co gorsze, kiedy część polskiej kawalerii jawnie wystąpiła przeciwko hetmanowi, ten nakazał piechocie otworzyć ogień do buntowników. Na wieść o bójkach w polskim obozie, do ataku przystąpiła piechota zaporoska. Iwan Zołotareńko podczas szturmu krzyczał: „Zemsta za berestecką!” i zemsta rzeczywiście się dopełniła. Choć piechota pod wodzą Przyjemskiego nie ustępowała, to jazda myślała już tylko o ucieczce. Rannego hetmana zastąpił Marek Sobieski, lecz nie był już w stanie opanować chaosu.

Z płonącego obozu na czele kilkuset żołnierzy wyrwał się Kalinowski, ale zawrócił na wieść o pochwyceniu przez przeciwnika jego jedynego syna Samuela. Ojcowska miłość kosztowała go najwyższą cenę. Otoczony, poległ śmiercią żołnierską.

Epilog bitwy dokonał się nazajutrz. Zołotareńko rzekłszy: „Zdechły pies nie kąsa”, nakazał wymordować wszystkich, wykupionych z tatarskiej niewoli, jeńców. Późniejsza tradycja przypisała te słowa samemu Bohdanowi Chmielnickiemu. Bezprecedensowy odwet Kozaków za klęskę pod Beresteczkiem krwawo kosztował Rzeczypospolitą. Około 8 tysięcy doświadczonych żołnierzy poszło pod nóż. Wśród nich znalazł się starosta krasnystawski Marek Sobieski. Z pogromu ocalało zaledwie około 2 tysiące kwarcianych. Nie bez przesady pisał więc Jan Łoś: „Jak Polska Polską nie uderzył w nią piorun straszniejszy”. Ocalał jednak przyszły bohater „potopu”, Stefan Czarniecki, którego od szabli uchronił znajomy Tatar. Wykupiony z niewoli, powrócił do ojczyzny, gdzie po Samuelu Kalinowskim otrzymał funkcję oboźnego koronnego, a po Marku Sobieskim dobra ziemskie. Hekatomba batohańska zaważyła w dużej mierze na losach Jana Sobieskiego. Po śmierci brata stał się jedynym spadkobiercą tradycji i majątków rycerskich rodów Daniłowiczów, Żółkiewskich i Sobieskich. Wiele lat później, z bólem w sercu, tak opisywał okoliczności śmierci brata: „Krwią swą Marek, starosta krasnostawski, starszy brat mój, skropił pola ukraińskie nieszczęsne i od przezwiska samego batoskie; ale i kości jego nie zostały pogrzebane ani przeniesione (...), a co największa i wielkiej konsyderacyjej i politowania godna, że święty nie rozegrzany w bitwie, ale nazajutrz jak mówią, w zimnej krwi, przykładem okrucieństwa nigdy niesłychanym, bo też się stało i tegoż dnia, z kilkanastą tysięcy współtowarzyszów tej tak okrutnej tragedyjej, a od ręki tegoż predestynowanego niby na linią domu naszego rodu kantemirowskiego”.