Choroby

Jednym z powodów dla których Bernard O’Connor odbył niezwykłą, jak na mieszkańca Wysp Brytyjskich, podróż do Rzeczypospolitej, była chęć powiększenia wiedzy medycznej. Szybko się rozczarował, stwierdzając, że „stan medycyny w Polsce jest bardzo niedoskonały”. Lekarze nie posiadali wiedzy na temat ostatnich odkryć w dziedzinie anatomii i chemii, a lektura najnowszych dzieł z zakresu medycyny sprowadzała się do znajomości nazwisk ich autorów. Ale najcięższy zarzut polegał na tym, że medycy w Polsce „w niewielkim stopniu korzystają z rozumu, choć powołują się na znanych autorów”. Na te problemy nakładała się mała liczba lekarzy, wśród których i tak dominowali obcokrajowcy – Francuzi, Włosi i Niemcy. Podobnie rzecz miała się z aptekarzami. Nie mając, ze względu na niski poziom uczelni w Krakowie i brak medycyny w Wilnie, możliwości odebrania właściwej edukacji, młodzi Polacy niechętnie podejmowali studia medyczne. Natomiast szlachta, która mogła pozwolić sobie na studia zagraniczne, „jest zbyt leniwa lub zbyt dumna, aby zająć się tym, co wymaga tak dużo wysiłku w trakcie nauki i tak wiele mądrości w codziennej praktyce po jej ukończeniu”.

Rycina przedstawiająca kołtun, ilustracja do dzieła Thomasa Salmona „Lo stato presente di tutti paesi, e popoli del mondo, naturale, politico, e morale", Wenecja 1739, t. 7.; Biblioteka Narodowa

Mimo krytycznych uwag O’Connor stwierdził, że ogólny stan zdrowia mieszkańców Rzeczypospolitej, nie tylko szlachty, jest dobry. Wśród trapiących ich schorzeń na pierwszym miejscu wymienił choroby weneryczne, przede wszystkim kiłę. Po stronie plusów O’Connor zapisał rzadkie występowanie takich, dość powszechnych w innych państwach, chorób jak gnilec, „złośliwe gorączki” – chodziło chyba o malarię, oraz fakt, że „gorączki i złe humory nie przynoszą tak zgubnych skutków jak w innych krajach”. Był to obraz dalece bardziej optymistyczny od pozostawionego przez innych obcokrajowców i samych mieszkańców Rzeczypospolitej. O’Connor nie wspomniał o chorobach zakaźnych, na które nie znano skutecznych lekarstw. Epidemie były wówczas stałym elementem życia. W drugiej połowie XVII w. epidemie dżumy przypadły na lata 1651-1663, 1665, 1667, 1679, 1693 oraz 1695 aby wybuchnąć z jeszcze większą siłą w latach 1708-1711. Śmiertelność w poszczególnych latach była różna, ale i tak liczby są przerażające. Epidemia, która rozpoczęła się w Gdańsku w 1620 r., pochłonęła nieco ponad 16% ogółu mieszkańców, w 1709 r. umarło ponad 35%, w 1734 r. „zaledwie” 7%. Powszechnie występowały również takie choroby zakaźne jak tyfus plamisty, czerwonka bakteryjna i ospa. Obok nich, częste były zatrucia pokarmowe, choroby nerwowe i psychiczne, na czele z epilepsją, reumatyczne, wreszcie choroby zębów i oczu. W połączeniu z niskim poziomem medycyny i higieny oraz trudnymi warunkami życia choroby te powodowały, że do wieku prokreacyjnego dożywało zaledwie około 35% urodzonych osób, a średnia życia wśród chłopów wynosiła 27-28 lat. Lepiej było wśród szlachty, ale i tak granicę 50 lat przekraczało około 12,5 % członków tego stanu, wśród chłopów nieco poniżej 10%. Krzepcy staruszkowie, jakich mnóstwo w filmach kostiumowych, byli wyjątkami. Jeszcze trudniej było dożyć do tego wieku kobietom. Rodziły wiele dzieci, średnio sześcioro na małżeństwo, a każdy poród stanowił poważne zagrożenie – śmiertelność wahała się w granicach 5-11 procent.

Zamiast tych problemów, O’Connor uwagę poświęcił niespotykanemu w innych państwach kołtunowi („Colton”), a także różyczce, którą uznał za ograniczoną tylko do Polski. Ponieważ o kołtunie już pisano, ograniczę się do uwagi, że O’Connor prawidłowo zdiagnozował jego przyczynę, odrzucając pogląd o dziedziczności bądź możliwości zakażenia się nim i określił skuteczny sposób walki z kołtunem – czesać i myć włosy. Na pewno była to lepsza rada niż te przedstawione w jednym z kalendarzy gospodarskich wydanych pod koniec XVIII w.: „Primo: z wydry wyjęte wnętrzności ususzyć w ciepłym piecu i na proch je starłszy, w piwie codziennie pić, aż kołtun z głowy spadnie. Secundo: jeża ugotowawszy jeść albo też go całkiem na popiół spalić i ług z tego zrobiwszy głowę kołtunową myć. Tertio: sadłem bocianim albo też jeżowym głowę smarować”. Nic dziwnego, że przy takich metodach nie umiano poradzić sobie z kołtunem. Z drugiej strony, czy reklamowany w telewizji „szampon na problemy” rzeczywiście rozwiązuje problemy?