Czym Sarmata mógł ugasić pragnienie?

Chociaż woda wydaje się nam dziś najbardziej naturalnym z napojów, to jednak w dawnej Polsce brakowało jej amatorów. Francuz Hubert Vautrin twierdził, że „gdyby Polacy żyli jeszcze w stanie dzikości, woda z mokradeł wystarczyłaby im na zaspokojenie pragnienia. Ponieważ jednak cywilizacja doprowadziła ich do niewolnictwa i przymusowej pracy, potrzebny jest im napój bardziej krzepiący, który by przytępił w nich świadomość nieszczęśliwego losu”. Wśród pierwszych napojów fermentacyjnych wymienia on zsiadłe mleko, a następnie miody pitne.

Kufel z pokrywą, ze złotymi motywami chinoiserie, Miśnia, pocz. XVIII w., Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie, fot. W. Holnicki

O ile w krajach kultury wina naturalnym było spożywanie łatwo dostępnego i w miarę taniego słabego trunku powstałego w wyniku fermentacji winogron, w Polsce i w krajach Północy rolę tę spełniało piwo. „Tam, gdzie piwo było w modzie, pili go od śniadania do obiadu, od obiadu do poduszki”. Piwo to nie przypominało swego współczesnego odpowiednika, było zdecydowanie słabsze.

Piwo pełniło w Polsce podobną rolę jak wino mieszane z wodą we Francji czy w innych krajach śródziemnomorskich. Jakub Kazimierz Haur uważał, że piwo jest bardzo zdrowe dla człowieka, gdyż posila, tuczy i jest zdecydowanie zdrowsze niż wino. Jako jedne z lepszych piw Haur wymieniał w wydanej w 1693 r. książce Skład abo skarbiec znakomitych sekretów oekonomiej ziemiańskiej… między innymi piwa wareckie, łowickie i brzezińskie. Prawdziwy katalog XVII-wiecznych piw zawarł Jakub Trembecki w poemacie Na tabakę wiersz od Polaka Polakom tylko ofiarowany:

Klarowne i wystałe. Najdziesz tu Leszczyńskie
Łagodne z gęstą pianą obaczysz Brzezińskie
Albo Łowieckie, co więc chłopom gęby krzywi,
Albo Wareckie, któremu Warszawa się żywi.
Ujskie i to przyjemne, gdy nieprzypalone;
Wielickie nie mniej sławne. Nie gań Żółkiewiskiego;
We Lwowie miej się do Jezuickiego;
Zielone Biłgorajskie jak lipiec się pije
a w głowie jak wino wianeczkiem się wije.

Powszechne były również w Rzeczypospolitej polewki piwne, które traktowano jak pożywienie. Na bazie piwa zmieszanego z winem powstawały krzepiące napoje. Piwo zmieszane z winem francuskim, sokiem z cytryny i posłodzone cukrem nazywano kaliszanem. Wspomina o nim Jędrzej Kitowicz jako o zapomnianym już napoju, który miał orzeźwiać po wcześniejszej biesiadzie, lub służyć jako swoista zachęta do dalszego picia. Niekiedy dla urozmaicenia biesiady pito tę miksturę między jednym a drugim kielichem wina – dla odmiany smaku.

O wiele bardziej elitarnym napojem był miód pitny. Jego sekret opisał w 1565 r. nuncjusz watykański Fulwiusz Ruggieri: „Mają drugi napój, zwany miodem – bardzo używany na Rusi, na Podolu, w Prusiech i Mazowszu – który niczym nie jest, tylko miodem przaśnym gotowanym z wodą, i jest podobny koloru do najpiękniejszego wina, ale zbyt słodki, i dlatego zapewne zaprawiają go czasem sokiem jabłecznym, wiśniowym lub korzeniami. Miód, zwany lipiec, który robią na Rusi, lepszy jest od wszystkich innych, jak się o tym wyżej powiedziało”.

XVII w. przyniósł jednak upadek miodosytnictwa. Sarmata wolał ugasić pragnienie winem węgierskim, które coraz bardziej zyskiwało na popularności. W tym samym czasie w Rzeczypospolitej pojawia się wódka. Sarmacka okowita była, podobnie jak piwo, słabsza niż jej dzisiejszy odpowiednik, gdyż zawierała od 15 do 30 proc. alkoholu. Wódki mocniejsze, takie jak anyżówka, cynamonówka czy ratafia, służyły raczej jako lekarstwo niż napój powszechny. Były też znacznie droższe. Wysoko cenione były również wódki gdańskie. Sprowadzano też wódki francuskie – te znajdziemy w spisie alkoholi w inwentarzach pośmiertnych kupców poznańskich końca XVIII w.

Popularna dziś herbata niegdyś uznawana była jedynie jako lekarstwo. Służyła jako remedium na problemy żołądkowe, podawano ją w przypadku problemów z trawieniem. Kiedy zaś w Polsce pojawiła się kawa, na jej picie mogli pozwolić sobie tylko bogaci szlachcice i majętni mieszczanie. Jak podaje Kitowicz, kawę pijano rano z mlekiem, a tuż po niej wódkę. Później stała się ona napojem na tyle popularnym, że dom bez kawy „byłby poczytany za prostacki i sknerski”. Odwiedzający Polskę obcokrajowcy uważali, że w Polsce można dostać wyśmienite kawę i wino. Kawa, jeśli była dobra i mocna, nazywana była polską, a słaba – niemiecką. Terminologia ta, według Johanna Ericha Biestera, funkcjonowała również w krajach sąsiadujących z Polską. Wprawdzie doceniane przez obcokrajowców wino nie pochodziło z Polski, a z Węgier, jednak w myśl zasady in Hungaria natum, in Cracovia educatum, to „wychowane” w Rzeczypospolitej wino węgierskie stało się symbolem szlacheckiego pragnienia.