Dzieje trudnej misji – poselstwo Hieronima Radziejowskiego do Turcji w 1667 r.

Stosunki polsko-tureckie w połowie XVII w. układały się pokojowo. Imperium osmańskie przeżywało w latach 40. i 50. poważny kryzys polityczny, pogłębiany przez trudną wojnę z Wenecją o Kretę, dlatego nie wzięło bezpośredniego udziału w wojnie Chmielnickiego z Polską. Pod koniec lat 50. oba państwa połączył sojusz przeciwko władcy Siedmiogrodu - księciu Jerzemu Rakoczemu. Wtedy sułtan potępił agresję siedmiogrodzką na Rzeczpospolitą, dokonaną bez jego wiedzy i zgody, a w 1658 r. armie sułtańskie obaliły niefortunnego władcę. Jednak już w kolejnym dziesięcioleciu poprawne do tej pory stosunki zaczęły się psuć. Państwo tureckie pod rządami wezyrów z rodu Köprülü wychodziło z kryzysu i rozpoczęło ekspansję w Europie. Poza tym Porta z wielką niechęcią obserwowała polsko-rosyjskie rokowania pokojowe i według raportów informatorów szykowała się do interwencji na Ukrainie. Tam hetman prawobrzeżnej Kozaczyzny Piotr Doroszenko w przymierzu z Tatarami planował wojnę przeciwko Rzeczpospolitej z powodu nadchodzących informacji o szykowanym podziale Ukrainy między Rzeczpospolitą a Rosję. Kiedy w grudniu 1666 r. oddziały kozacko-tatarskie rozbiły dywizję wojska koronnego pod dowództwem Sebastiana Machowskiego, w Warszawie odebrano to jako preludium wielkiej wojny z Turcją, do której wstrząsana wewnętrzną niezgodą (rokosz Lubomirskiego) Rzeczpospolita nie była przygotowana.

Muhammed IV w otoczeniu dworu, miedzioryt z polskiej edycji dzieła Paula Ricauta pt. „Monarchia turecka”, Słuck 1678, Biblioteka Narodowa w Warszawie

Dwór królewski zareagował bardzo szybko, nakazał zakończyć rokowania z Rosjanami, zawrzeć sojusz antyturecki i antytatarski, a do Stambułu postanowił wysłać wielkiego posła. Jan Kazimierz liczył na to, że groźba wojny z Osmanami usprawiedliwi ściągnięcie do kraju posiłków francuskich i wprowadzenie przy ich pomocy na tron polski Kondeusza (elekcja vivente rege). Oficjalnie poseł miał zabiegać o odnowienie traktatów z sułtanem, a nieoficjalnie – podburzać Turków przeciwko cesarzowi, opowiadając o jego knowaniach i strasząc, że wpływy dworu cesarskiego w Polsce mogą wzrosnąć. Misję poselską powierzono Hieronimowi Radziejowskiemu jako zaufanemu człowiekowi pary królewskiej, idealnie nadającemu się do takich negocjacji ze względu na ich podwójny charakter. Wybór ten jednak okazał się niezbyt fortunny, gdyż szlachta od razu zaczęła podejrzewać dwór o jakąś intrygę, skoro tak ważną misję powierzono niedawnemu zdrajcy, któremu na pewno zależało na wkupieniu się w łaski króla i królowej. Przygotowania do misji trwały długo, głównie z powodów braku funduszy, a także prywatnych spraw Radziejowskiego. Zakończono je dopiero wiosną i na początku maja 1667 r. liczący 200 osób orszak złożony z dworzan, hajduków i szlachty, zaopatrzony w 100 tys. zł przekroczył granice Rzeczypospolitej i ruszył w kierunku Stambułu.

Początkowo nic nie zapowiadało problemów. Poseł przyjmowany był z honorami przez urzędników tureckich i mołdawskich, ale już w Jassach, stolicy Mołdawii, doszło do zadrażnień z hospodarem Eliaszem Aleksandrem. Potem przy przeprawie przez Dunaj na orszak poselski nie czekali, wbrew protokołowi dyplomatycznemu, czauszowie sułtańscy. Radziejowski postanowił więc ruszyć w dalszą drogę bez eskorty i 6 czerwca dotarł do Adrianopola. Tym razem Radziejowski rygorystycznie przestrzegał ówczesnego protokołu dyplomatycznego i starannie zorganizował uroczysty wjazd poselstwa. Poczekał nie tylko na przysłane mu przez sułtana 30 koni, ale także na przybycie dwóch specjalnie do tego celu wyznaczonych urzędników z czauszami i janczarami. Dopiero wtedy wsiadł na konia i orszak poselski ruszył w kierunku miasta.

Jednak mimo oprawy wjazdu, odpowiedniej dla tej okazji i prestiżu poselstwa, sprawy zaczęły się komplikować. Radziejowski czekał 10 dni, zanim dostarczono mu zaproszenie na audiencję do sułtana. W tym czasie nawiązał kontakt z ambasadorem francuskim w Stambule, który miał go wspierać w wypełnianiu nieoficjalnej części misji. Niestety, zakończyła się ona fiaskiem, gdyż dwór turecki nie zdecydował się na poparcie francuskiego zamachu stanu w Rzeczpospolitej. Także oficjalny cel misji wydawał się trudny do osiągnięcia, bo po zawarciu układu z Rosją i zapewnieniu sobie jej militarnego wsparcia na wypadek wojny z Turcją Rzeczpospolita nie zamierzała godzić się na najmniejsze nawet ustępstwa. Porta zażądała zaś zerwania dopiero co zawartego układu polsko-rosyjskiego, oddania jej Ukrainy i przekazania chanowi zaległych podarków.

Radziejowski świadomy, jak bardzo niekorzystne jest jego położenie, mimo spodziewanych trudności nie odstąpił od sztywnej linii, do której obligowała go instrukcja poselska. Podjął usilne starania o realizację postawionego przed nim zadania, choć wymagało to od niego i jego towarzyszy wielkiej odwagi. Krążyły bowiem pogłoski o okrucieństwie Turków, nieposzanowaniu przez nich obyczajów przyjętych w Europie, upokarzaniu posłów. Polacy znaleźli się w innym świecie, co prawda fascynującym i egzotycznym, ale jednak budzącym lęk.

Do kontrowersji dochodziło od samego początku. Radziejowski – wbrew zwyczajowi i naleganiom towarzyszących mu urzędników tureckich – podczas wjazdu do obozu sułtana, rozłożonego 50 km od Adrianopola, nie jechał konno, ale w karecie. Na konia przesiadł się dopiero przed samym obozem. Pierwsza ceremonialna audiencja, u kajmakana, minęła bez zadrażnień. Posłuchanie u sułtana miało odbyć się już trzy dni później, ale wcześniej doszło do poważnego incydentu. W przeddzień audiencji zjawiło się kilku urzędników z żądaniem spisu upominków, które poseł złoży sułtanowi. Radziejowski, kierując się instrukcją, odmówił. Zamierzał bowiem wręczyć upominki w imieniu własnym, a nie króla. Co ciekawe, uprzedzeni przez innych posłów o tym nowym zwyczaju Polacy spodziewali się tej wizyty. Sam zaś były podkanclerzy zamierzał te upominki wręczyć po audiencji, aby nie dawać najmniejszego pretekstu do myślenia o nich jako o rodzaju haraczu. W końcu Radziejowski wysłał podarunki przed swoją audiencją, ale jego wysłannik został przyjęty chłodno i odprawiony bez zwyczajowych w takich sytuacjach nagród.

Uchybienia dyplomatyczne ze strony tureckiej mnożące się od Jass i uwłaczające godności polskiego poselstwa sprawiły, że Radziejowski poczuł się urażony. Podczas oficjalnej audiencji u sułtana, zanim stanął przed obliczem padyszacha, polski poseł zdecydowanie nie zgodził się, aby rękoma kapudżich nachylono królewskim wysłannikom głowy do obowiązującego ceremonialnego pokłonu przed sułtanem. Jego upór doprowadził do tego, że kajmakan zgodził się spełnić prośbę posła. Ostatecznie sam Radziejowski ukłonił się nisko, ale pozostali członkowie poselstwa musieli oddać tradycyjny pokłon. Obserwatorzy opisali nie tylko poczucie głębokiego upokorzenia posłów, ale także widoczne oznaki strachu o własne życie. Mimo tych napięć poseł wypełnił wszystkie zadania opisane w instrukcji, przedstawiając podczas posłuchania żądania królewskie.

Już kilka dni później podczas właściwych rozmów dyplomatycznych z kajmakanem usłyszał, że generalnym warunkiem odnowienia przymierza polsko-tureckiego jest zerwanie traktatu z Rosją. Ponieważ strona polska nie chciała się na to zgodzić, nastąpił impas w rokowaniach. 9 lipca pogorszyło się też położenie poselstwa, gdyż w tym dniu na dworze sułtana zagościło poselstwo kozackie oferujące oddanie się Ukrainy pod protekcję turecką. Polaków wyrzucono z zajmowanych przez nich kwater i ograniczono możliwości kontaktu z krajem. Pod koniec lipca nastąpiło nowe upokorzenie – zażądano, aby przenieśli się do karawanseraju. Schorowany już wtedy Radziejowski z godnością zniósł to upokorzenie. Jednak podupadał ciągle na zdrowiu i 8 sierpnia zmarł.

Po jego śmierci poselstwo, na którego czele stanął sekretarz misji Franciszek Wysocki, zostało w tydzień odprawione. Turcy nie odstąpili od swych żądań, stwierdzając, że trwały pokój możliwy jest tylko po zerwaniu przez Polskę układu z Rosją i wyrzeczeniu się przez nią Ukrainy. Mimo to kolejne listy sułtana i kajmakana do Jana Kazimierza pisane były w pojednawczym tonie, co świadczyło o tym, że Turcy nie zamierzali w najbliższym czasie ruszyć do zbrojnych działań przeciwko Polsce. Zawarty został tymczasowy pakt o nieagresji. Jego koniec wyznaczał kres walk o Kretę. Wojna została odłożona w czasie, ale nie było to wynikiem misji, tylko nieprzygotowaniem się Turcji do spodziewanych trudów kampanii przeciwko tym, którzy już dwukrotnie powstrzymali sułtańskie armie.