Eleganckie wizyty z początku XIX wieku

Opisy modnych zarówno wśród elit jak i bogatszego mieszczaństwa popołudniowo-wieczornych proszonych wizyt stanowiły duże pole do popisu dla ociekającego ironią i złośliwym poczuciem humoru pióra Witowskiego. Najbardziej widoczna była jego niechęć dla snobistycznych nuworyszy.

Gra w karty, rycina Johanna Eliasa Ridingera, poł. XVIII w.; Biblioteka Narodowa

„Wieczory pod domach” rozpoczynały się w Warszawie o godzinie dwudziestej drugiej, w wielu rodzinach panował zwyczaj przyjmowania stale w określony dzień tygodnia. „Tam partia wista, tu koncert, tu przy herbacie wesoła rozmowa”, jak pisał w jednym ze swych felietonów Gerard Maurycy Witowski. Prowadzono lekkie rozmowy o teatrze, spacerach, zagranicy, flirtowano, tańczono przy melodiach granych na fortepianie, damy oglądały żurnale i wzory do haftów. Na te spotkanie zapraszani też często byli uczeni, pisarze, aktorzy i artyści, którzy jednak nie byli traktowani jako równorzędni partnerzy – ich zadaniem było uświetnienie przyjęcia artystycznym popisem i ożywienie konwersacji. Niekiedy zapraszano też początkujących poetów i pisarzy, którzy odczytywali głośno swoje utwory i nieraz narażeni byli na złośliwą krytykę publiczności. Witowski ironicznie określa takie osoby mianem „autorów pokojowych”. Życie kulturalne stolicy w tym okresie skupiało się właśnie głównie w wielkopańskich salonach. Chociaż coraz mniej osób z arystokracji stać już było na przyjmowanie przez większą część roku, to jednak życie towarzyskie stanowiło podstawowy element funkcjonowania arystokracji w mieście.

W opisach tych spotkań i przyjęć zupełnie nie widać na arystokratycznych salonach przedstawicieli kształtującego się dopiero bogatego mieszczaństwa. Woleli się oni spotykać we własnym gronie. W felietonie Nowy ród Witowski opisywał trzy proszone wieczory u trzech braci, przedstawicieli tej właśnie warstwy. U pierwszego z nich, fabrykanta pojazdów, rozmawiano na tak mało wyszukane tematy jak pędzenie wódki z kartofli, ostatnie nowiny kryminalne czy ceny zboża, śpiewano i tańczono do wtóru pianina, wykrzykiwano głośne toasty. U drugiego brata, bankiera, w kosztownie i elegancko urządzonych wnętrzach rozmawiano o przemyśle i sprawach zagranicznych, grano w karty, również muzykowano na pianinie. Można było skorzystać z sali bilardowej lub pokoju z czasopismami oraz obejrzeć najświeższe wynalazki. Gospodarz posiadał tez wspaniałą bibliotekę, ale, jak zauważył felietonista, „oprawa książek była zupełnie świeża i nietykana”. Pewne zdumienie narratora wzbudziło też panujące w tym domu przywiązanie do zwyczajów angielskich, przejawiające się między innymi w fakcie, że pani domu sama przyrządzała herbatę.

Ostatni z braci świeżo uzyskał tytuł hrabiowski. Jego wspaniała, pełna przepychu rezydencja wyraźnie dawała więc do zrozumienia, iż odwiedzający ma do czynienia z prawdziwym magnatem. Sztucznie starano się zachowywać na sposób wielkopański – „Hrabina otoczona była gronem najpiękniejszych i najgustowniej ubranych dam, siedzących około niej bliżej lub dalej, stosownie do stopni jakie ich mężowie mieli na świecie. Wyszło dobre pół godziny nim się mogłem zbliżyć do niej i oświadczyć jej wyrazy grzeczności których po mnie wymagała etykieta”. Onieśmielające wrażenie szybko jednak prysło, kiedy podano wieczerzę. „Rzucono się do stołów: cała Ranglista przepadła, porządek stopni zupełnie się pomieszał. Ci, co byli pierwszymi w tańcu sądzili, że mają prawo siedzieć najprzód u kolacji”. Witowskiemu zdecydowanie najbardziej podobała się postawa pierwszego brata, który nie wynosił się ponad swój stan, żył skromnie i dzięki temu miał szansę na powodzenie. Drugi brat wydawał mu się śmieszny w swym zapatrzeniu w modę i postęp, co mogło z czasem doprowadzić go do upadku. Trzeci brat, wywyższając się nadmiernie ponad stan, narażał się na zawiść i intrygi. W omawianym okresie przedstawiciele „kapitalistów” i „nuworyszy” ogólnie nie cieszyli się zaufaniem, co wynikało z ich niejasno określonego miejsca w hierarchii społecznej.