Erem na Górze Witosławskiej czyli historia czasu moru

Epidemia dżumy wybuchła w Europie w XIV stuleciu i towarzyszyła Europejczykom przez całą epokę nowożytną. Pomimo wysiłków nie znaleziono antidotum chroniącego od tej straszliwej choroby. Czarna śmierć grasowała więc po starym kontynencie siejąc spustoszenie i strach. Skutki choroby objawiały się nie tylko tysiącami sczerniałych ciał, ale także rozpadem więzi międzyludzkich. Paroksyzmy strachu opanowały ludzkie umysły, burzyły więzy rodzinne, powodowały nieufność, a wręcz wrogość wobec drugiego człowieka. Zrozpaczeni ludzie oddawali się religijnym praktykom, pragnąc modlitwą wybłagać ocalenie. Inni biernie przyglądali się epidemii, kolejni zaś w oczekiwaniu ostatecznego, oddawali się rozpuście i wyuzdaniu.

Astrolog, fragment, mal. Dominicus van Wijnen, zw. Ascanius, XVII w., z kolekcji Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie; fot. W. Holnicki

Rzeczpospolita nie była wolna od ataków zarazy. Epidemia stawała się jednak szczególnie niebezpieczna w czasach kryzysu, zwłaszcza podczas wojny. Wrogie czy to swojskie wojska zachowywały się tak samo, a trasy ich przemarszu znaczyły zniszczenia, grabieże i epidemie. Tak było właśnie podczas wielkiej wojny północnej. Dżuma spowodowała wówczas prawdziwą hekatombę. W samym Krakowie choroba zagarnęła ponad 7 tysięcy istnień ludzkich. Nie dziw więc, że zrozpaczeni ludzie dawali wiarę oszustom, którzy obiecywali uleczenie i odwrócenie zarazy. Jednym z takich szalbierzy był Antoni Jaczewicz, który w maju 1708 roku osiadł na Górze Witosławskiej w Górach Świętokrzyskich. Głosił, że ma moc uzdrawiania, nadaną mu przez samą Matkę Boską, która opuściła Częstochowę i osiadła w jego pustelni. Pustelnia zaś, dzięki płynącym szerokim strumieniem datkom, wkrótce zamieniła się w warownię z wynajętą przez Jaczewicza strażą. Pseudoprorok nie ograniczył się jedynie do uzdrawiania – zresztą nieskutecznego – ale terroryzował całą okolicę. Zrozpaczona szlachta schwytała w końcu szalbierza i odstawiła go przed sąd biskupa krakowskiego. Jaczewicz zbiegł jednak z więzienia i na powrót zjawił się na Górze Witosławskiej, głosząc, że przebywał u papieża, który tylko jego obdarzył zaufaniem. Nie udało mu się odzyskać poprzednich wpływów. Schwytany, został postawiony przed sądem i skazany w 1712 roku na dożywocie w częstochowskiej twierdzy.

Historia Jaczewicza dowodzi, jak niewiele było trzeba, aby zdobyć zaufanie oszalałych ze strachu ludzi. Pokazuje również słabość aparatu policyjnego Rzeczypospolitej, który pozwalał bezkarnie działać oszustowi.