Es stinkt wie die Pest, czyli co i dlaczego cuchnie jak dżuma

Nowożytne porzekadło niemieckie mówiło, że coś lub ktoś może cuchnąć jak dżuma, a więc okropnie i bezmiernie. Es stinkt wie die Pest lub Es stinkt pestlich – mawiali niekiedy mieszkańcy Prus Królewskich.

Śmierć i lichwiarz, rycina Jacquesa-Anthony'ego Chovina wg Matthäusa Meriana z: La danse des morts…/Todten-Tanz…, a Basle 1744, Biblioteka Narodowa

Porzekadło to wiązało się z co najmniej dwoma prawdami. Przede wszystkim, w przypadku dżumy dymieniczej i septycznej pod pachami i w pachwinach ludzi chorych pojawiały się tak zwane dymienice albo bubony, czyli duże obrzęki zapalne węzłów chłonnych. Z dymienic wydobywała się cuchnąca ropa, która mogła nie tylko przyprawić opiekunów chorych o mdłości, lecz także wywoływać u nich utratę przytomności, czyli omdlenia. Co jednak ciekawe, nowożytni lekarze uważali ropienie za oznakę... zdrowienia chorych. Dlaczego? W ten oto sposób chore ciało miało oczyszczać się z zatrutej materii morowej.

Kiedy proces chorobowy postępował i wskutek obumarcia tkanek następowała martwica, czyli gangrena, a ciało chorego przybierało kolor czarny (stąd właśnie nazwa: czarna śmierć), osoba zadżumiona zaczynała gnić za życia. Także temu procesowi towarzyszył koszmarny zapach, który część lekarzy z epoki utożsamiało... z chorobotwórczymi miazmatami parującymi z ciała pacjenta. Miazmaty miały wnikać w ściany pomieszczenia, w którym znajdował się chory, a także w meble, zasłony, pościel itd.

To samo dotyczyło nieprzyjemnej woni, jaką miały rozkładające się zwłoki. Ciał pomorków nie udawało się bowiem niekiedy od razu pogrzebać na cmentarzu. Przykładowo w 1710 r. jeden z rajców toruńskich napisał, że w mieście potęguje się zaraza wskutek gnicia zwłok ludzi zadżumionych, których od kilku dni nie udało się załadować [na wozy] i które po części zalegały jeszcze w łóżkach w pozapowietrzanych domach. Rozkładające się ciała miały cuchnąć tak okropnie, że od ich smrodu zaczynali masowo chorować ludzie zdrowi.

Kolejna źródło porzekadła: cuchnie jak dżuma, nawiązywało do sposobów oczyszczania zgniłego powietrza w trakcie epidemii. Ponieważ jedną z przyczyn zarazy miały być, jak już wspomnieliśmy, złe miazmaty, czyli jadowite, chorobotwórcze wyziewy psujące atmosferę, lekarze zalecali, aby oczyszczać ją wskutek kadzenia. I tak w 1708 r. w Toruniu w celu zabicia jadów morowych z jednej strony, używano profilaktycznie przykładanych do nosa balsaminek i aromatycznych proszków, które – niczym kadzidełka – palono w kominkach. Z drugiej natomiast – na ulicach kurzono zwyczajowymi środkami ochronnymi, takimi jak... kozie rogi, stare szmaty, śmieci, proch strzelniczy czy nawóz koński. Uważano bowiem, że wydobywający się z nich wstrętny zapach wykurzy rychło zapach miazmatyczny.