Czerwona galeria

Wynalazcą malarstwa abstrakcyjnego był zapewne pewien duński malarz, przyjaciel Sørena Kierkegaarda. Obraz ten nazywa się „Żydzi przechodzący Morze Czerwone” i jest pierwszym nabytkiem galerii czerwonych obrazów, którą zaczynamy gromadzić dla zorientowania się w wartości gatunkowych podziałów malarstwa.

Koszulka Dejaniry – Czerwona galeria

Ten felieton, pod tą właśnie nazwą, z założenia nieco surrealistyczną, zwiedził już łamy dwóch ważnych organów prasowych: Magazynu „GW” i Magazynu Historycznego „Mówią wieki”. Wynika z tego, że zamiast felietonistą autor winien się mienić magazynierem. Nie bez pewnej satysfakcji, bo (nie chwaląc się) wiedza zmagazynowana w setkach „Koszulek” jest wcale pokaźna. Krajane były zresztą na różną modłę – przede wszystkim historyczną, ale też artystyczną, ba, bywało, że sportową. Znalazła się też jedna – o zgrozo – matematyczna. Nie wchodząc w szczegóły: chodziło tu o tzw. permutację Józefa Flawiusza, słynnego żydowskiego historyka i polityka żyjącego w I w. p.n.e. Autor obiecywał, że pierwszemu czytelnikowi, który rozwiąże zagadkę, postawi duże piwo. Odpowiedź nadeszła do „GW” nad podziw rychło. Zwycięzcą okazał się pewien kolejarz, który oświadczył jednocześnie, że piwa nie lubi. Oczywiście nie będę nudził Czytelników „Koszulki” wilanowskiej takimi rzeczami – zgodnie z duchem miejsca trzeba ją skroić bardziej artystycznie, barokowo, by nie rzec: kontuszowo.

Wszelako, naprzód warto porozmawiać o artystycznych generaliach, zwłaszcza w przedmiocie malarstwa, bo tu autor czuje się najpewniej. Jest też wyznawcą pewnego zespołu wyobrażeń o zjawiskach artystycznych, które zwie się: funkcjonalną teorią sztuki. Mówiąc możliwie najprościej, chodzi o to, że dziełem sztuki jest to, co jest rozpoznawalne jako owo dzieło przez tzw. Art World, czyli zespół szeroko pojętych instytucji poświęcających się sztuce. Przykładowo: galerie, muzea, ale też (co pewniej najważniejsze) piśmiennictwo artystyczne. Brzmi to może zawile, ale, jak się dobrze wmyślić – ma zdrowy sens. Przynajmniej pozwala postawić naprawdę ważne pytanie. Jeden z twórców tej teorii Arthur C. Danto, harwardzki analityk, wyszperał w pismach słynnego Sørena Kierkegaarda (niech nikogo nie przeraża to nazwisko, tak naprawdę był to świetny pisarz romantyczny) taką oto historię.

Pewnego razu, promenując po zacnym mieście Kopenhadze, odwiedził był Søren bliskiego przyjaciela, cenionego malarza. Jak tylko filozof przekroczył progi pracowni kolegi, wpadło mu w oko rozpięte na sztalugach ogromne płótno doszczętnie zmalowane na czerwono. „A cóż to takiego” – pyta zdziwiony Kierkegaard. „Nie widzisz – kolega odpowie – obraz”. „Jaki tam obraz, toż to tylko czerwona plama”. „Ależ tak, to obraz, nawet obraz historyczny, o treści bardzo szacownej, gdyż biblijnej. Jego tytuł brzmi: „Żydzi przechodzący Morze Czerwone”. Warto przy okazji przypomnieć, że w tradycyjnej historii sztuki malarstwo historyczne to malarstwo opowiadające wzniosłe i pouczające historie, zaczerpnięte bądź to z Pisma Świętego, bądź mitologii greckiej i dziejów starożytności klasycznej.

Mając to w pamięci, nasz Søren osłupiał i zakrzyknął: „Przecież tu nikogo nie ma!”, „Słusznie – kolega odpowie – albowiem Żydzi już przeszli, a Egipcjanie się potopili”.

Abstrahując już od tego, że ta opowieść stawia pytanie o palmę pierwszeństwa w wyścigu po pierwszy obraz abstrakcyjny (historia sztuki lubi takie zawody), to jeszcze porusza niesłychanie ważki problem gatunków malarskich, który wspomniany analityk przedstawia tak:

Wyobraźmy sobie niewielką wystawę malarską, na której wiszą obrazy reprezentujące rozmaite gatunki malarskie, oczywiście według hierarchii akademickiej. A więc wisi tam płótno – powiedzmy – pt. „Róża i jej przyjaciele”, martwa natura ze szkoły Bruegla Kwietnego. Obok niej „Plac Czerwony”, typowy pejzaż miejski, czyli po naszemu weduta, choć nie wenecka. Dalej wspomniani „Żydzi przechodzący Morze Czerwone”, obraz – jako się rzekło – historyczny. Do tego dorzućmy jakąś abstrakcję niegeometryczną, twór z późnych lat 60., kiedy to w modzie były klimaty hinduistyczne, pt. „Nirwana”. Wszystkie te obrazy są niekwestionowanymi, skończonymi dziełami sztuki, po większej części gatunkowymi, tak jak – za przeproszeniem – niezapomniana wódka z czerwoną kartką. Lecz mimo łudzących podobieństw wzajemnych reprezentują różne gatunki artystyczne.

Ktoś może powiedzieć: furda jakieś gatunki, liczą się linia i barwa. Jednakże historia sztuki dwóch ostatnich stuleci to m.in. dzieje abdykacji (a właściwie upadku) malarstwa historycznego na rzecz gatunków uznawanych wcześniej za podlejsze, jak martwa natura czy pejzaż. A teraz wyobraźmy sobie, że do naszej galerii dołączamy podobrazie jednego z obrazów – powiedzmy – Giorgione’a, które malował na czerwonawych podkładach. Bez wątpienia nie jest to dzieło sztuki, lecz pewien etap jego powstawania, wcale nie najważniejszy. Problem w tym, że wygląda to bardzo podobnie jak poprzednie niekwestionowane, skończone dzieła sztuki malarskiej...

Trochę to naciągane, ale trzeba przyznać, że stawia ważną kwestię: w dawnym (czyli przedromantycznym) myśleniu o sztuce głęboko zakorzenione było pojęcie skończoności – coś, co nie było skończone, dziełem sztuki po prostu być nie mogło. Tak zwany proces artystyczny był ukryty, no i dobrze, bo w sumie, co widza obchodzi (co nie znaczy historyka sztuki!), czy w trakcie tego procesu artysta czuł się dobrze, czy źle, czy bolał go brzuch, czy miał kochankę, a jak miał, to czy – jak w przypadku Goi – była księżną Alby. Malarstwo nowoczesne oraz dalsze błędy i wypaczenia z malarstwem abstrakcyjnym włącznie w dużej mierze wypływają z przełamania „tabu skończoności”, które dokonało się w dobie romantyzmu. Wszystkie normy zaczęły się rozwalać, rozchwiewać i rozmywać. No i dziś mamy to, co mamy – wszystko płynie.