Kanonik Załuski ogląda corridę

Wiele staropolskich relacji z podróży edukacyjnych czy nawet misji dyplomatycznych zawiera ciekawe elementy fabularne dotyczące życia codziennego w dawnych wiekach. Można do nich z całą pewnością zaliczyć interesującą, acz mało znaną deskrypcję poselstwa udającego się w Pireneje w 1674 r., na czele którego stał kanonik krakowski i późniejszy biskup płocki oraz warmiński Andrzej Chryzostom Załuski. Relacja ta jest ciekawa dla badaczy nie tylko w warstwie faktograficznej, ale też przygodowej. Poseł opisuje swoje dramatyczne perypetie, przed którymi nie uchronił go nawet immunitet dyplomatyczny. Przebieg poselstwa został zapisany przez A. Ch. Załuskiego w formie epistolograficznego sprawozdania, które wydrukowano w zbiorze jego dokumentów rodzinno-dyplomatycznych zatytułowanym Epistolae historico-familiares, który ukazał się w czterech tomach w Braniewie i Wrocławiu w latach 1709-1711 (ostatni tom wyszedł już w drugiej połowie XVIII w.).

Andrzej Chryzostom Załuski, grafika ze zbiorów Biblioteki Narodowej w Warszawie.

Oficjalnym powodem zapirenejskiej wyprawy Andrzeja Chryzostoma Załuskiego podjętej w 1674 r. był zwrot orderu Złotego Runa, najbardziej prestiżowego hiszpańskiego odznaczenia, które król Michał Korybut Wiśniowiecki otrzymał od hiszpańskiego monarchy, a w swoim testamencie nakazał po prostu oddać. Faktycznie jednak misja ta  miała za cel, tradycyjny już w XVI i XVII w., problem sum neapolitańskich (czyli nigdy niespłaconych pożyczek zaciągniętych przez króla hiszpańskiego Filipa II u Bony Sforzy) oraz prośby o pomoc hiszpańską w wojnie z Turcją. W poselstwie Załuskiemu towarzyszył sekretarz Melchior Gurowski. Iberyjska trasa poselstwa objęła wiele miast hiszpańskich i portugalskich. Itinerarium było obszerne: San Sebastian, Vitoria, Burgos, Madryt (w stolicy przebywano w kwietniu 1674), Badajoz, Elvas, Lizbona, Sewilla, Kadyks, Grenada, Toledo, Escorial, Madryt, Pampeluna.

Załuski poczynił wiele ciekawych obserwacji obyczajowych. Przede wszystkim zwrócił uwagę na ciemniejszą niż u Europejczyków z północy karnację mieszkańców Hiszpanii, co kojarzyło mu się z aparycją Afrykanów. Sam będąc szlacheckiej kondycji zarzucał Hiszpanom lenistwo i pogardę dla pracy fizycznej. Dziwił się bardzo swoistemu honorowi i wielkiej dumie tej nacji, niechęci do wykonywania prostych zajęć, np. do noszenia wody, co uważano za  uwłaczające godności szlachcica (hidalga, caballera). W tym celu bogatsi specjalnie zatrudniali Francuzów, uważając ich za gorszych od siebie. Podczas audiencji u Karola II, ostatniego hiszpańskiego Habsburga na królewskim tronie, Załuski podkreślał chłodny majestat, wielkie dostojeństwo i surową etykietę na dworze: monarcha siedział w kapeluszu na głowie, zdejmując go jedynie wtedy, gdy wspomniano osobę innego króla. Na orację polskiego posła odpowiedział zaledwie dwoma słowami akceptacji wystąpienia polskiego dyplomaty. Dziwił go także specyficzny styl ubioru królowej-wdowy, Marii Anny Austriackiej, sprawującej urząd regentki, która była odziana w habit karmelitański.

Polski wysłannik zauważył również u Hiszpanów ogromne przywiązanie do form etykietalnych w życiu dworskim, a nawet codziennym, oraz oszczędność w słowach i gestach. Spostrzegł, iż dziwne reguły etykiety obowiązywały np. podczas gromadzących liczną publiczność przejazdów karet szlacheckich nad madrycką rzeką Manzanares. Na moście karety wymijały się i ścigały się ze sobą. Czasem dochodziło nawet do kolizji. Jednakże nawet w ułożeniu zaprzęgów zachowywano różnice, gdyż sześć koni mogło ciągnąć tylko królewską karetę. Grandom przysługiwały jedynie cztery wierzchowce. Poza tym etykieta wymagała, aby między powozami magnatów zachować ściśle określoną odległość.

Nie do końca odpowiadały mu także kulinaria hiszpańskie. Zdaniem Załuskiego w kuchni używano zbyt często czosnku. Z zapisków Załuskiego wyłania się obraz zagrożeń jakie czyhały na hiszpańskich gościńcach. W Vitorii zabrano mu broń palną ponieważ jej noszenia zakazywało prawo. Miejscowy urzędnik sądowy w randze alguacila, dokonujący tego z niezwykłą powagą, poczuł się urażony w swej dumie śmiechem Polaków i oczekiwał na nich poza miastem ze swymi ludźmi aby wywrzeć honorową zemstę, od czego powstrzymała go tylko demonstracja siły. W drodze do Burgos zetknęli się jeszcze ze szpiegiem rozbójników, który usiłował wciągnąć ich w zasadzkę. Później okazało się dowodnie, że nie lepiej traktowali przejeżdżających wieśniacy andaluzyjscy, którzy lubowali się w rozbojach. Szczególnie nienawidzili obcokrajowców, a najbardziej Francuzów, których nazywali wieprzami. Załuski pisał, iż bez żadnej przyczyny i nie zważając na stan lżonego przez siebie podróżnego, wykrzykiwali obraźliwe słowa, pokazywali obsceniczne gesty, a nawet atakowali podróżnych rzucając różnymi przedmiotami.

Andrzej Załuski zapragnął poznać także przebieg nieznanej w Rzeczypospolitej corridy (tauromachii). Jednak oglądanie walki byków napełniło go przerażeniem i skłoniło do potępienia tej popularnej wśród Hiszpanów rozrywki. Jest on autorem najobszerniejszego polskiego opisu corridy w epoce nowożytnej. Corridę nazywał igrzyskami byków albo tauriliami (w tekście używał nazwy fuego de toros). Jego opis jest o tyle wyjątkowy, iż porusza wiele wątków i zawiera informacje niespotykane w innych opisach podróży. Przede wszystkim podkreślał on, że zawody te stanowiły rodzaj sportu dla szlachetnie urodzonych, ale były też walką na śmierć i życie z bykami, w której ginęły nie tylko zwierzęta, ale i ludzie.

W całym opisie walki ludzi z bykami na arenie widać jego niezrozumienie i niechęć do corridy. Jako duchowny Załuski podkreślał protesty ze strony Kościoła, np. demonstracyjną nieobecność legata papieskiego podczas pokazów tauromachii. Załuski zauważył także, iż do walk używano specjalnie tresowanych i selekcjonowanych byków, które stanowiły większe zagrożenie dla koni i jeźdźców. Wydawało mu się wręcz, że w konfrontacji z potężnym bykiem torreadorzy nie mają szans na wygraną i są skazani na śmierć. Opisywał także ogromny entuzjazm zgromadzonej publiczności zagrzewającej uczestników do walki. O publiczności wypowiadał się jednak negatywnie twierdząc, iż jest nienasycona i ciągle żądna krwi, nie tylko byków, ale i ludzi, a radość jest tym większa im więcej trupów zostanie na arenie. Podkreślał, że w corridzie mogli też wziąć udział ludzie z gminu dobrowolnie chcący udowodnić swoją odwagę. Aranżowano nawet walki przestępców skazanych na śmierć z najsilniejszymi bykami.

Co ciekawe, Załuski jest pierwszym znanym autorem relacji, który specyfikował różne rodzaje walki na arenie. Wprawdzie nie wspominał jeszcze o podziale na pikadorów, banderillerów i matadorów, ale podkreślając barwny i przepyszny strój zawodników pisał, iż za jeźdźcami kroczyła służba uzbrojona we włócznie i jeśli konni nic nie zdziałali wówczas walczyli piesi. Notował też, że widowisko zabezpieczali strażnicy osobliwie odziani, których zadaniem było utrzymanie byka w szrankach. Ze względu na okrutną śmierć uważał to widowisko na nieludzkie, gdyż niepotrzebnie ginęli w nim ludzie, a śmierć taka i reakcja na nią zgromadzonej publiczności nie wydawała mu się godna chrześcijan. Negatywna ocena corridy powodowała jej porównania do igrzysk antycznych Rzymian, walk gladiatorów, a nawet prześladowań chrześcijan na arenach. Załuski uważał, iż przelewanie krwi ludzkiej w taki sposób było niedopuszczalne.