Kiła i muzy. Hieronima Morsztyna poetycki przewodnik po cyrulikach Krakowa A.D. 1600

Jeśli wierzyć Kronice wszytkiego świata Marcina Bielskiego, wszystkiemu winna ciekawa świata niewiasta. Pod rokiem 1493 zapisał on: „Tegoż roku [...] wrzód galijski, który zowiemy francą, do Polskiej przyniosła jedna niewiasta z Rzyma, na odpust chodząc; potym z Węgier służebni, aż się rychło rozpłodziła i rozmogła u nas, zwłaszcza w tych, którzy radzi wino mocne, takież ine trunki piją, a niewiast przyglądają”. Syfilis zawędrował więc do Polski, jak tylko pojawił się w czasie oblężenia hiszpańskiego wówczas Neapolu przez wojska francuskie Karola VIII („stądże go od ich narodu na wieczną hańbę francą nazwali” – zanotował doktor medycyny Wojciech Oczko w 1581 r.). Hiszpanie zaś zawdzięczali go odkryciom Kolumba.

Jan III Sobieski również cierpiał z powodu kiły. Portret Jana III w lamparciej skórze, mal. Jan Tricius, ok. 1680, z kolekcji Muzeum Pałacu w Wilanowie. Fot. W. Holnicki.

Już za czasów Oczki w Polsce „się tak pospolitował ten to przymiot, iż rzadki, któryby go w sobie jakiej sztuki nie miał”. Nic dziwnego, że choroba nie oszczędzała też ciekawych świata poetów, choć nie zawsze się tym chwalili. Do nielicznych wyjątków należy Hieronim Morsztyn. W wierszach – nieprzeznaczonych do druku, lecz pisanych „dobrym towarzyszom k woli” – nie tylko opowiada, jak zaraził się kiłą (ewentualnie odnowił chorobę) w lubelskim zamtuzie, ale też wspomina bolesną kurację. W opisie korzysta z przejrzystej symboliki „wenerycznych” łowów – lubelska lisiczka dotkliwie pogryzła „pyszczek” szczutego na nią charta Dorwisza:

                        Myśliwczyk od Anusza podjął mi się tego,

                        Żebym miał za kilka dni Dorwisza zdrowego.

                        Powiedział, że go będzie haniebnie bolało.

                        „Gój ty przecię!”. Zakropił. Trzy dni skowyczało

                        Niebożątko, aż mi się samumu łzy lały.

W tym sam wierszu znajdujemy również wzmianki na temat stosowanych na tę bolesną przypadłość medykamentów: „złotnicy coś mają, / Czym więc takie przypadki najprędzej spędzają” – mowa o rtęci, wykorzystywanej w dawnym jubilerstwie do pozłacania, będącej też podstawowym składnikiem ówczesnej kuracji, która potrafiła mieć więcej skutków ubocznych niż uzdrawiających.

Morsztyn jest również autorem rymowanego przewodnika po krakowskich cyrulikach trudniących się leczeniem kiły. Warto skonfrontować jego uwagi z zaleceniami najznamienitszego polskiego wenerologa z końca XVI w., Oczki. Syfilis charakteryzuje on jako: „chorobę przerzutną, która z sobą wstęchlinę jadowitą niesie, a duchy zaraz i krew wszytkę zaraża. [...] Po wierzchu wrzody, guzy, krosty, liszaje, dziury, pryszczele, świerzby z wielkim ułomkiem zdrowia czyni”. Na te same objawy zwracał uwagę Morsztyn. Im szybciej w takim przypadku zwracano się z tą wstydliwą przypadłością do cyrulika (ówcześni lekarze nie zajmowali się taki chorobami!), tym lepiej:

Przyjdzie poszukać doktora,

Póki nie pognije skora.

Kasper, ów z Siennej ulice,

Dobrze goi dymienice.

Różyc, ten ma pannę w domu,

Próżno tam iść z francą komu.

Ale Wilhelm, ten liszaje

Salsą suszy, szyszki kraje.

Pochwały zebrał Kasper Bendoński (z przerwami sprawował on urząd starszego lub podstarszego krakowskiego cechu chirurgów w latach 1586-1610), który praktykował w swej kamienicy przy ul. Siennej 3. Z kolei Jan Różyc (podstarszy w 1596, a w 1603 starszy cechu) był właścicielem kamienicy przy Św. Anny 9, gdzie przyjmował pacjentów. Wilhelma nie znamy, znamy natomiast jego metody. Oczko zaznacza, iż wrzody przed przecięciem muszą podejść ropą: „Acz wiele ich bywa, a zwłaszcza nielutościwych barwierzów, co do takiego guza przyszedszy, zarazem go rzezać abo palić chcą, co jest barzo źle, nie poczekawszy zropienia, a do tego zgotowania. Gdyż żaden guz, póki się nie zropi, sieczon ani palon przed czasem być nie ma”. A do osuszenia rany najlepsza była „salsa” (sarsaparilla, czyli wywar z rosnących w Ameryce Południowej korzeni kolcorośli).

Jan Hincz, ów co pod Murzyny

Przypędza do gęby śliny,

A Jan Wolski ciesze dłotkiem,

Przybijając z góry młotkiem.

Hincz (podstarszy cechu w 1605 i 1607 r., starszy w 1608) był właścicielem apteki w narożnym domu przy Floriańskiej 1 i pl. Mariackim 1 (nie mylić z kamienicą „Pod Murzynem”, obecnie Rynek Główny 13, gdzie do połowy XVI w. też działała apteka), a wspomniany ślinotok był ubocznym skutkiem maści rtęciowej, najpopularniejszego i najbardziej niebezpiecznego leku, ale też jedynego, który mógł przynieść realną poprawę (według Morsztyna: „Są, co kurzą, są, co parzą, / Lecz ci france nie przeswarzą. / Najlepsze jest srebro żywe, / Chcesz li mieć zdrowie prawdziwe”). Do jej skutków ubocznych zaliczył Oczko m.in. śliny „do ust przepędzenie”, którego zresztą – w odróżnieniu od Hinczy i innych medyków – nie uważał za dobre dla zdrowia.

Wymienieni przez poetę cyrulicy (wspomina on też Dominika Paczkena działającego w latach 1598-1637 czy Hansa Berka, podstarszego lub starszego cechu w latach 1610-1620) wspólnie działali w Krakowie w pierwszej dekadzie XVII stulecia i wtedy też musiał ów niezwykły bedeker powstać. Kontekst biograficzny jasno dowodzi, iż pisany on był z pozycji praktyka, który większość tych kuracji jak najdosłowniej przerabiał na własnej skórze.