Kościół – targowisko próżności

Skandalizującą Sztukę kochania Owidiusz otwiera wykazem tłumnych miejsc, w które warto uczęszczać, by spośród napotkanych dziewcząt wypatrzyć obiekt miłosnych podbojów. Jako jedne z najzasobniejszych w ciekawe chłopców panny wymienione zostały rzymskie świątynie i uroczystości religijne. W trzeciej księdze tego dzieła, w całości skierowanej do płci niewieściej, te same lokalizacje polecił poeta kobietom w potrzebie.

Spotkanie, grafika ze zbiorów Biblioteki Narodowej w Warszawie.

Okazuje się, że mimo upływu szesnastu stuleci w dobie staropolskiej wiele się nie zmieniło. W XVI czy XVII wieku rodzice najchętniej nie wypuszczaliby przed ślubem córek z domu. A ponieważ obowiązek coniedzielnej mszy lub nabożeństwa stwarzał regularną okazję do pokazania się w miejscu publicznym, panny robiły wszystko, co w ich mocy, by skorzystać ze sposobności i zamienić mszę w targowisko próżności. Zachody te były na tyle oczywiste i na tyle powszechne, że zgodnie i gromko ganili je staropolscy moraliści. Pomstował na nie Krzysztof Opaliński w 1655 („Jeśli też do kościoła przydzie, więcej oczka / Po gachach młodych chodzą niżli po ołtarzach”) czy Jakub Boczyłowic w 1691 r. („Gdy do kościoła pójdzie, pięknie czyta, / Wartując książki, oczkiem gachów chwyta”), najbardziej plastycznie opisał je jednak anonimowy autor popularnego Wiersza o fortelach i obyczajach białogłowskich:

                        To tak córki z matkami sobie poczynają,

                        Zwłaszcza miejskie, co się to ślachciankom równają:

                        To powie: „Pani matko, idę do kościoła.

                        Racz-że mię, waśnić, posłać, bym nieszporu zgoła

                        Nie omieszkała sobie!” – a ona na względy

                        Idzie, pokazując się, a pogląda wszędy.

                        Umizga się by czpla, na niej terepele,

                        A oczyma by sowa strzyże po kościele.

                        Dla pończoszki i dziurek ukasze letniczka,

                        Wstęgi od zamszowego ukaże trzewiczka.

Z oczywistych względów problem obruszał nie tylko satyryków, ale również dawnych kaznodziejów, czemu dał wyraz choćby dominikanin Jacek Mijakowski w znanym kazaniu Kokosz panom krakowianom za kolędę dana (1638):

Ach, Boże, a cóż rozumieć o owych panienkach, co w domu jak na szydłach, co je pięty świerzbią, kiedy nie obieżą ulic, kościołów i rynku, co na matkę lamentują, że ich i tam, i sam nie wiedzie [...]?

Wskazane świadectwa (stanowiące jedynie reprezentatywną część dużo większej całości) są jednak bez wyjątku świadectwami literackimi, te zaś stanowią specyficzny dokument życia codziennego, przefiltrowany przez konwencję – tu przede wszystkim przez satyryczne wyolbrzymienie. Dysponujemy jednak źródłami pisanymi znajdującymi się znacznie bliżej realiów dawnej powszedniości niż literatura piękna.

Na szczególną uwagę zasługują niemiecko-polskie rozmówki gdańskiego nauczyciela Nicolausa Volckmara, wydane po raz pierwszy w 1612 r. By spełniać swe zadanie, dwujęzyczne dialogi tego zbioru musiały być jak najbliższe realnej wymiany zdań w domu czy na ulicy. Pełny sukces wydawniczy (ponad dwadzieścia wydań do połowy XVIII w.) stanowi w tym zakresie najlepszą rekomendację. Dziewiątą rozmówkę zbioru Volckmara, noszącą tytuł Gdy do kościoła idą, rozpoczynają wydawane przez pannę polecenia dokładnego wyczesania gnid i wszy z włosów oraz przygotowania najlepszej adamaszkowej sukni:

– Więcej tobie idzie o młodzieńce niźli o kościół albo o kazanie! [...] Idźże z Bogiem, a mów też pacierz za mię.

– Sama za się nie umiem, a za cię bych miała umieć?

– Cóż tedy czynisz w kościele? [...] Nie ledaś ty panna, co dzień chcesz za mąż, a pacierza jeszcze nie umiesz!

Przy takim matrymonialnym imperatywie, jakże można się było skupić na kazaniu czy opanowaniu słów pacierza? W kościele były ważniejsze rzeczy do roboty.