Lazaret

Jak zauważył w 1722 r. szwajcarski lekarz Christian Sigismund Finger, pierwszym i najważniejszym obowiązkiem władz miejskich w trakcie epidemii jest przekonanie wszystkich obywateli, że magistrat troszczy się o nich po ojcowsku, i że wszystkie zarządzenia, które wprowadza, wypływają z gorącej miłości do wspólnoty lokalnej.

Jean-Pierre Norblin de la Gourdaine, Chory drwal, 1774–1800; Biblioteka Narodowa

Od wieków jednym z podstawowych zadań władz municypalnych w trakcie dżumy było oddzielenie ludzi zdrowychod chorych w celu zapobieżenia rozprzestrzeniania się contagium morowego. Działanie to stało w zgodzie z medyczną koncepcją kontagionistyczną, której twórcą był wenecki lekarz Girolamo Fracastoro. Fracastoro twierdził bowiem, że nasiona zarazy mogą przenosić się w wyniku bezpośredniej styczności zarażonych i zdrowych, wskutek kontaktu z przedmiotami, na których znajdują się cząsteczki wywołujące chorobę, oraz na skutek infekcji na odległość, czyli przez powietrze.  

W czasach nowożytnych szpitale zakaźne, czyli lazarety, traktowano jako miejsca izolowania ludzi ubogich. Stąd też cieszyły się one bardzo złą opinią. Przykładowo Gottfried Wilhelm Leibniz na przełomie lat 80. i 90. XVII w. pisał, że nie ma nic bardziej szkodliwego niż miejsca zwane lazaretami, do których przynosi się zainfekowanych.

Kolejną osobą krytykującą instytucję lazaretu był wspominany wcześniej Christian Sigismund Finger, autor dysertacji O szkodliwym wpływie strachu i przerażenia w trakcie epidemii moru (1722). W jednym z rozdziałów rozprawki lekarz zebrał i zreferował obiegowe XVII- oraz XVIII-wieczne opinie o szpitalach zakaźnych. I tak, zgodnie z jego świadectwem, o szpitalach dżumowych mówiono, że lepią się od cuchnącego brudu; że ich personel rekrutuje się spośród najniższych warstw społecznych i dba o chorych nie z miłości, ale dlatego, że jest łasy na pieniądze; że brakuje w nich łóżek i pościeli – na przykład w Toruniu w XVII w. do Seuchen-Hausu trzeba było przynieść własne łóżko; że zbyt duża liczba pensjonariuszy szpitalnych uniemożliwia właściwą opiekę oraz że tak naprawdę nikt tam nie obserwuje rozwijających się objawów choroby, a w konsekwencji nie podejmuje właściwej kuracji, prowadząc przez swe zaniechania do śmierci chorego. I chociaż to przede wszystkim niższy personel szpitalny cieszył się złą sławą – dość bowiem przypomnieć przypadek masowego morderstwa, jakiego dopuścił się w XVI w. w toruńskim lazarecie jeden z zatrudnionych tam strażników morowych – to wolni od krytyki nie byli także chirurdzy i lekarze dżumowi, o których raz po raz pisano, że nie tylko zachowują się względem pacjentów nieludzko, lecz także bywają okrutni i tylko czekają na śmierć chorego.

W Prusach Królewskich działały dwa duże lazarety miejskie uruchamiane w trakcie epidemii moru. Jeden z nich znajdował się w Gdańsku, drugi – w Toruniu. Lazaret toruński działał od końca XVI w. i cieszył się nie najlepszą opinią. W 1709 r. toruński pastor Ephraim Praetorius w jednym ze swych kazań powiedział: To, czy także w naszym lazarecie w trakcie minionego moru nie dało się słyszeć lamentów i jęków ludzi nadaremno proszących o pocieszenie, zostawiam mym słuchaczom, skruszonym grzesznikom, do głębokiego przemyślenia!.