Madryckie życie Kajetana Zbyszewskiego

Po likwidacji polskiej placówki dyplomatycznej w Madrycie (1791) i wyjeździe we wrześniu tego roku Tadeusza Morskiego, ostatniego, krótkotrwałego ambasadora polskiego, jedynym reprezentantem Rzeczypospolitej w hiszpańskiej stolicy został charge d’affaires Kajetan Zbyszewski. Jego misja madrycka miała uzasadnienie w nowym kierunku polityki polskiej skrystalizowanym w czasie obrad Sejmu Wielkiego (1788-1792). Dążono wówczas do przywrócenia stosunków dyplomatycznych Rzeczypospolitej z Hiszpanią, w celu zyskania na południu Europy silnego sojusznika popierającego i gwarantującego suwerenność państwa polskiego wobec ingerencji krajów ościennych. Zbyszewski przebywał w tym kraju prawie trzy lata, aż do czerwca 1794 (już w maju zlikwidowano polską placówkę), kiedy to wyjechał po wybuchu insurekcji kościuszkowskiej. Obok listów pozostawił także krótki diariusz podróży z 1794 r., kiedy po trzech tygodniach pobytu w Barcelonie na zawsze opuścił Hiszpanię.

Orszak królewski na tle krajobrazu, mal. Adam Frans van den Meulen, XVII w., z kolekcji Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie; fot. Z. Reszka

Działał on w specyficznej sytuacji, mogąc liczyć wyłącznie na własne siły. Tadeusz Morski bardzo kosztownie urządził swoją rezydencję i ponosił wielkie koszta reprezentacyjnej działalności ambasady, których rząd polski nie chciał pokrywać. W efekcie ambasador wyjechał, a w Madrycie pozostał Zbyszewski, wysłannik niższej rangi, nie mogący także liczyć na podobną gażę jak Morski. Aby utrzymać ambasadę musiał sprzedawać majątek pozostawiony przez swego poprzednika (np. karety). W listach często narzekał na niedobór pieniędzy i drożyznę panującą w Hiszpanii, gdyż podążając za przemieszczającym się dworem królewskim był zmuszony wynajmować coraz to nowe lokum po drastycznie zawyżanych cenach, wiążących się z pobytem dworu w danej miejscowości.

Choć Zbyszewski był dyplomatą niezwykle sumiennym, to jego działania nie mogły przynieść wielkich rezultatów. Za to pozostawił bogaty zbiór epistolograficzny, a w nim mnóstwo informacji na temat wyglądu Madrytu, przebiegu corridy albo uroczystości religijnych. Przebywając cały czas przy dworze, Zbyszewski pisał częste raporty z miejsc jego pobytu (np. Aranjuez). Mimo ciągłych kłopotów finansowych, początkowych problemów językowych i poczucia osamotnienia, polski dyplomata spotykał się z dużą sympatią Hiszpanów z racji poparcia i uznania, jakim darzono w hiszpańskim społeczeństwie polskie próby zachowania niepodległości. Zbyszewski donosił, że Konstytucję 3-go Maja przyjęto w Madrycie z ogromnym entuzjazmem, a zaborcza polityka polskich sąsiadów była często krytykowana w hiszpańskiej stolicy. Zbyszewski często wspominał o antypatii hiszpańsko-francuskiej, która kończyła się pogromami Francuzów (np. w Walencji w 1793 r.). Najczęściej opisywał kwestie dyplomatyczne i sprawy z życia dworu króla Karola IV Burbona. Na dworze zauważał panowanie dziwnej, sztucznej etykiety, a także korupcji i wszechwładnego pochlebstwa. Narzekał na częste uroczystości, męczące przez swoja długotrwałość. Wielokrotnie donosił w swoich listach o zażyłości łączącej rodzinę królewską, a szczególnie królową, z pierwszym ministrem Manuelem de Godoy i szczególnych faworach, którymi go obdarzano, często za wyimaginowane zasługi. Zbyszewski bez ogródek pisał o kompromitującym romansie królowej, który był przedmiotem drwin i żartów na dworach europejskich, a nawet wśród madryckiego pospólstwa. Donosił między innymi, iż królowa z okazji imienin obdarowała swego faworyta i kochanka kunsztownymi prezentami.

Oprócz częstych doniesień natury dyplomatycznej i politycznej czy informacji z życia dworu Zbyszewski podawał też czasem wiadomości obyczajowe. Jedną z ciekawszych był opis corridy w wydaniu ludowym czy wiejskim, a właściwie nowej formy walki byków, która miała miejsce we wsi Leganes, położonej nieopodal Madrytu, ale była zapewne szerszym zjawiskiem. Historię tę zaczerpnął z pewnością z jednej z madryckich gazet, co świadczy o tym, iż sprawa była głośna i często komentowana w hiszpańskiej stolicy. Zbyszewski donosił ze swadą zagranicznego korespondenta prasowego o gonitwie z bykami, przypominającej nieco słynne do dziś wśród turystów sanfermines w Pampelunie. Zawody były częścią ludowego festynu, w czasie którego najpopularniejszą rozrywką były gonitwy młodych rocznych byków (novillos), za którymi uganiano się w zagrodach pieszo i bez broni, drażniąc zwierzęta płaszczami w jaskrawych kolorach. Bykom mocowano drewniane gałki na rogach, by uniknąć zranień i poważniejszych kontuzji uczestników tej osobliwej potyczki. Zawodom towarzyszyły wielkie emocje, co prowadziło często do bijatyk i rozruchów, tak wśród samych uczestników, jak i mędzy tłumem wieśniaków a lokalną policją. Nie do pomyślenia było jednak zakazanie tej rozrywki, coraz popularniejszej na wsi hiszpańskiej.