Mazacze dżumowi

29 czerwca 1708 roku do Torunia dotarły dramatyczne wiadomości pocztowe z Mazowsza. Gońcy pocztowi donosili, że w Warszawie szaleje wielka epidemia dżumy, która nadeszła z Krakowa; pozamykano wszystkie kościoły i szkoły, umiera wielu ludzi i mimo tego, że w mieście funkcjonują specjalne władze powietrzne, to i tak dochodzi tam do okrutnych i zbrodniczych czynów. W Warszawie mieli bowiem – co wyraźnie zaznaczano – działać tak zwani mazacze powietrzni, którzy umyślnie szerzą chorobę, aby... zapewnić sobie stały zarobek. „Kopaczów dwóch dziś Imć. Pan Commendant obwiesić kazał, iż ich postrzeżono dobywających się po kamienicach zapowietrzonych y inne czyniących netanda, jakoby trupom rozcinać głowy dla większej zarazy dobywali, co na Confessatach zeznali”.

Fragment ryciny przedstawiającej taniec śmierci J.A. Chovin wg wzoru M. Meriana, z druku „La danse des morts…/Todten-Tanz…”, 1744; Biblioteka Narodowa

Nie wiadomo, kim byli owi grabarze powietrzni, których kazał powiesić komendant Warszawy. Najprawdopodobniej dwaj anonimowi mężczyźni zatrudnieni w służbach przeciwepidemicznych, którzy z pewnością pochodzili z plebsu, stali się ofiarami psychozy strachu, panujących wśród mieszkańców zadżumionej stolicy.

Sprawa kopaczy warszawskich nie była jednak przypadkiem odosobnionym. Na progu XVIII stulecia podobne oskarżenia wobec grabarzy morowych rzucano także w zapowietrzonym Lublinie i Poznaniu. I także tam oskarżanych ukarano śmiercią.

Najszerzej znana była sprawa lubelska z 1711 roku, która odbiła się szerokim echem w niemieckojęzycznych krajach europejskich. Proces lubelskich grabarzy powietrznych omawiano między innymi na łamach „Europaeische Fama”. I tak, jeden z korespondentów tej czytanej w Wiedniu, Berlinie, Hamburgu i Dreźnie gazety napisał: „Niedawno w Lublinie powieszono trzech grabarzy, ponieważ wyjmowali mózgi ze zwłok osób zmarłych na skutek moru, [przygotowywali z nich trujące maści] i próbowali w ten sposób powiększyć zarazę. To nieludzkie zło, jakie wyrządzali, może dać nowy materiał [do rozważań] tym wszystkim, którzy opisują wielkie barbarzyństwo naszej epoki”.

Oskarżeni o przygotowywanie maści z mózgów i jelit osób zmarłych na dżumę oraz rozmyślne szerzenie zarazy przez rozsmarowanie wspomnianej maści na klamkach, drzwiach, okiennicach i ścianach lubelskich kamienic, trzej grabarze morowi – Marcin Morawski, Jakub Szumilas i Stanisław Kromczak – zostali po przesłuchaniu i torturach skazani przez sędziów miejskich na karę śmierci. Sentencja wydanego w marcu 1711 roku wyroku brzmiała następująco: „Chociaż przestępcy za tyle dokonanych zbrodni powinni być rozpalonymi kleszczami przez kilka dni przypalani i rozrywani, na kole rozpostarci i w to koło wpleceni albo jeszcze żywi wspólnie w ziemi zagrzebani lub ogniem spaleni, to jednak z bardzo wielu względów, ażeby uwięzieni, jeszcze niezupełnie zabezpieczeni przez kata, nie mogli jakimkolwiek sposobem szkodzić albo jemu samemu, albo obywatelom, sąd po dokładnej rozwadze, zastosowując mniejszą karę, postanowił: wszystkim uwięzionym każdemu z osobna – (a do wykonania wyroku powinno się dodać katowi grabarzy miejskich) – po uprzednim odcięciu przez kata obydwóch rąk, tak prawej, jak i lewej, uciąć następnie głowę, pochować na miejscu kaźni, a głowy ich, wbite na pal, razem z obciętymi rękami wystawić na drogach publicznych, zwanych rozstajnemi”.

Również oskarżonych w 1709 roku o przygotowywanie maści z mózgów pomorków w celu szerzenia zarazy sześciu grabarzy poznańskich ukarano w sposób okrutny. Jednakże tym razem uzasadnienie wyroku było o wiele bardziej rozbudowane. Okazało się bowiem, że rzekomi mazacze powietrzni z poznańskich służb przeciwmorowych nie tylko szerzyli pestilecję, lecz także bezcześcili zwłoki, oddawali się pijaństwu, kradzieżom i... rozpuście.

Oskarżeni „rzetelniej i wyraźniej wyznali na się grzechy, jako to Jędrzej Barcikowski bez bojaźni Bożej i miłości bliźniego złością i zawziętością, nie pamiętając na karę za tym idącą, głowy trupów rozcinał, kamienice w mieście mózgiem człowieczym smarował, grobów z trupami nie dosypywał, aż psy ciała ludzkie z nich wywłóczyli i żarli. I trupów przez trzy dni nie zagrzebywał, na rozszerzenie zarazy i korrupcyi [tj. zepsucia] powietrza. Trupów po schodach zwłóczył, że im się głowy tłukły. Gdzie nikogo w kamienicy nie zastał, z drugimi [kopaczami] ze skrzynek pieniądze, srebro i inne rzeczy brał i wyłupował. Chwalił się przed drugimi, że w mieście sześciu gospodarzów miało zastać, a na Waliszewie dwóch. Głowę rozciął białogłowie zmarłej pod Naramowicami.

Drugi Jan Rynsztokowy alias Szpaniel, takowej niezborności używając nad bliźnimi, gdy ze złości wywoływał, aby całe miasto wyzdychało, i z tym się przed drugimi wyjawił, że tylko sześć gospodarzów w mieście zostać miało, a dwóch na Waliszewie; że smarował kamienice mózgiem człowieczym, grobów nie dosypywał i drugich od tego odciągał, że psy ciała ludzkie żarli i wywłóczyli. Trupów przez trzy dni nie chował dla większej zarazy powietrza. Trupy nienależycie ze schodów znosił, ale tak, aż im się głowy tłukły. Gdzie nikogo nie zastał, z drugimi w kamienicach ze Skrzynek brał [kosztowności] i je wyłupował.

Jakub Stajkiewicz z Gniezna, trzeci obwiniony, takowymi powołany uczynkami, że brał mózg z trupa pod Naramowicami, którego mózgu dał Jędrzejowi Barcikowskiemu do smarowania Kamienic. Grobów nie dosypywał, [acz] byli powodem do tego starsi wyżej mianowani. Że psi ciała ludzkie żarli, z tego się drudzy Kolegowie jego wyśmiewali; że trupów przez trzy dni nie chował, bo się z drugimi pijaństwem bawił; że tylko Sześć gospodarzów zostać miało w Mieście, a dwóch na Waliszewie; [...] i Kamienice z drugimi mózgiem człowieczym Smarował; że trupów ze Schodów zwłóczył, tak aż im się głowy tłukły; gdzie nikogo nie zastał, z drugimi w Kamienicach brał ze Skrzynek [liczne dobra] i one wyłupował.

Czwarty Jan Jarosiński alias Kaydanek, powtórnie upadający [recydywista], zawiniony przeszłą Kradzieżą, nie poprawił się, ale owszem do gorszego złego nakłonił się, gdy w Kompanii z drugimi wyżej pomienionymi Kolegami Kamienice Smarował mózgiem człowieczym na Grabarach i na Wielkiej ulicy [...], który wyznał [...] że w nocy [wszyscy chodzili] przez Szaniec wrocławski i Garbarską bramę do Miasta przez zły uczynek, i do tego jeszcze na to smarowali Kamienice, aby w nich ludzie wymierali.

Piąty Grzegorz Kulawy [...] wybrał mózg Człowieczy z głowy trupowi swymi rękami pod Naramowicami, i wszystek w chustce za pazuchę schował, jako mu w oczy po dwa razy wymawiali Sądownie [świadkowie], to jest Jakub z Gniezna i Jędrzej Barcikowski, biorąc to na Sumienie i duszę swoją, że nie z żadnej złości ani zawziętości to na niego zeznali. I że też głowę pod Naramowicami trupowi rozciął i mózg wybrał swymi rękami, i on Schował za pazuchę ergo [był on głównym prowodyrem zbrodni]. A jako Prawo uczy, [dwóch świadków wystarczy, aby uznać to, co powiedzieli, za autentyczne].

Sławetny Zacny Sąd Kryminalny [miasta Poznania] uważając tak wielkie Zbrodnie tych wzwyż mianowanych i obwinionych, na fundamencie Praw tutejszych [stwierdza, że] lubo zasłużyli [oni na najcięższą karę] [...]. I tak w piątek najbliższy die scilicet Trigesima Augusti (tj. 30 sierpnia) o godzinie ósmej z rana przed Ratuszem wzwyż mianowani kopacze [zostaną zgładzeni poprzez ścięcie mieczem] [...].

Szóstego zaś Macieja Izbickiego alias Kaczałę, pomocnika obwinionych Kopaczów, że się na niego więcej nie pokazało [dowodów], [...] tylko że w nocy przez Szaniec Wrocławski przechodził do Miasta raz, a przez tydzień Garbarską bramą w nocy, i że nie sypiał u żony, tylko u cudzej wdowy [...] Rada dekretuje [...] ad palum”.

Wszystkie przytoczone oskarżenia wypływały z panujących w I Rzeczypospolitej u progu oświecenia przesądów. Jak bowiem powszechnie sądzono, „wielu dzięki zarazie chce albo przejąć spadek, albo się wzbogacić, i pragnie, aby wszyscy wokół wyzdychali”. Najprawdopodobniej jedenastu wymienionych grabarzy z Warszawy, Poznania i Lublina było niewinnych, ale ze względu na swoją „brudną profesję” stało się ofiarami niemocy swych bliźnich wobec nieustającej epidemii.