Mój dom, moja twierdza

Rzeczpospolita XVII czy XVIII stulecia nie była krajem bezpiecznym. Niepłacone na czas wojsko, bandy rabusiów, sąsiad zamierzający wyegzekwować sądowy wyrok – to zagrożenia niemal powszednie. Nic dziwnego, że próbowano się przed nimi zabezpieczyć stawianiem solidnych ogrodzeń. W spokojniejszych stronach, na Kujawach czy w Wielkopolsce, zadawalano się ogrodzeniami dylowanymi (w pionowe słupy nośne wpuszczano poziomo belki). W bardziej „nerwowej okolicy”, na Rusi Czerwonej czy Podolu, wokół zabudowań dworskich stawiano częstokoły i palisady, które stanowiły zaporę przeciwko hajdamakom. Oczywiście, przy budowaniu domowych fortyfikacji nie szło o stawianie oporu wojsku, raczej o zniechęcenie band, które napadały dwory, licząc na łup.

Dworek Jana III w Jaworowie, ilustracja zamieszczona w „Tygodniku Ilustrowanym”, 1866; Biblioteka Narodowa

W XVII i XVIII w. zza obwarowań odpierano także sąsiedzkie zajazdy, organizowane w myśl sprawdzonej zasady, że kto raz grunt posiądzie, ten dziedzic; wygraj w polu, a wygrasz i w sądzie. Była to popularna forma likwidacji zatargów, wynikająca ze słabości władzy wykonawczej i z konieczności samodzielnego egzekwowania wyroków sądowych. Metodą tą usuwano opornych dzierżawców, odzyskiwano zaległe procenty itd. Prawny właściciel z wyrokiem w ręku mógł zwrócić się do starosty, który zwoławszy pospolite ruszenie z powiatu, zajeżdżał sporny majątek, by przywrócić go właścicielowi. Samowolne zajazdy (najazdy) były zakazane już konstytucją z 1685 r. i zagrożone banicją, ale legalne sankcjonowały jeszcze konstytucje z lat 1768 i 1775. Czasem wyroku nie zdołano wyegzekwować, ponieważ zajechany dzierżawca zdołał odeprzeć atak. Zajazdy były utrapieniem niektórych okolic (np. Rusi Czerwonej), ale my dziś – myśląc ‘zajazd’ – mamy już na myśli tylko narodową czupurność, którą utrwalił A. Mickiewicz w Panu Tadeuszu.

Dworskie bramy często nosiły jeszcze inne ślady szabli. Z reguły na widok woźnego sądowego mający coś na sumieniu gospodarz barykadował się w dworze, nakazywał zatrzaśnięcie bramy i udawał, że nikogo nie ma w domu. W tej sytuacji woźny głośno odczytywał pozew, a na znak spełnienia obowiązku wycinał kawał drewna z bramy i załączał je sądowi jako dowód dostarczenia pozwu. Ciężkie, drewniane wrota osadzano na tzw. biegunach. Były to pionowe czopy drewniane (z rzadka żelazne) obracające się w kunach – rozwiązanie tanie i praktyczne (stosowano je także we wszelkich budynkach gospodarskich), konkurencyjne wobec drogich, kowalską robotą wykonywanych zawiasów.

Przy dworach stawiano czasem (zwłaszcza w 1. połowie XVIII w.) okazałe bramy z wieńczącą je izdebką straży (często na wyrost zwaną czatownią). Miały z daleka dawać do zrozumienia, że gospodarz spodziewa się najścia i gotów jest je odeprzeć. Z czasem dworskie bramy nabrały nowego znaczenia. W Nowej Wsi, na skraju Równiny Warszawskiej, w bramkę obok dworu wmurowano fragmenty ozdobnej kamieniarki, pochodzącej z nieistniejącego, romantycznego pawilonu wzniesionego jeszcze przez Gąsiorowskich oraz z kaplicy parkowej z 1823. Dzięki temu zachowały się m.in. jońskie kolumienki i piaskowcowe szyszki.