Nie tylko wojna i dyplomacja, czyli o handlu Rzeczypospolitej z Turcją

W latach 80. XX w. mieliśmy do czynienia z niespodziewanym odrodzeniem indywidualnego handlu polsko-tureckiego na skalę niespotykaną od czasów nowożytnych. Co prawda, zamiast wzorzystych tkanin, kobierców czy broni nad Wisłę trafiały dżinsy i skóry, ale podobnie jak przed wiekami tysiące polskich handlarzy tworzyło barwne karawany samochodów żmudnie podążających w stronę Stambułu. W epoce nowożytnej ta wymiana stanowiła istotną i ważną nić łączącą świat chrześcijański z muzułmańskim, będącą jednocześnie drogą wymiany towarów oraz wzajemnych wpływów i kontaktów.

Rycina przedstawiająca baktriana, ryt. J. Koppmayer w druku J.C. Wagnera „Delineatio Provinciarum Pannoniae Et Imperii Turcici In Oriente”, 1685, Biblioteka Narodowa

Szlak handlowy polskich kupców rozpoczynał się we Lwowie posiadającym prawo składu na towary orientalne. Stąd karawany podążały dwoma szlakami do Jass w Mołdawii. Jeden prowadził przez Kamieniec Podolski, drugi - przez Śniatyń. Dalej z Jass wozy podążały drogą lądową do Galacu, gdzie przeprawiały się przez Dunaj, by następnie wzdłuż zachodnich wybrzeży Morza Czarnego podążyć przez Adrianopol do Stambułu. Tę liczącą ok. 1580 km trasę karawany kupieckie przebywały w 37-40 dni. Jednak o ile w XVI w. przeważały podróże do stolicy imperium, to już w drugiej połowie tego i w następnym stuleciu jako cel podróży kupców z Rzeczpospolitej pojawiła się Ankara, ośrodek produkcji tkaniny zwanej muchajerem, i Bursa, gdzie wytwarzano jedwab. W takim wypadku czas podróży wydłużał się do 53 dni. Kupcy z Polski podążali też do ówczesnej stolicy Persji Isfahanu z Ankary przez Azję Mniejszą i wzdłuż współczesnej granicy między Armenią i Turcją oraz Iranem. Podróż ta trwała już znacznie dłużej – do 157 dni. Istniały oczywiście jeszcze inne warianty tych szlaków, z których równie często korzystały podróżujące karawany. Podróż do Stambułu i Isfahanu można było znacznie skrócić, jeśli z Jass podążyło się do portu w Białogrodzie (Akerman) lub z Galacu do portu w Kilii. Tam kupcy i wiezione przez nich towary ładowane były na statki i dalszą podróż odbywały już wzdłuż wybrzeża Morza Czarnego do Stambułu lub do Trapezuntu (na południowym wybrzeżu). W pierwszym wypadku czas podróży skracano prawie o połowę, do 25 dni, a w drugim o mniej więcej ćwierć – do 120 dni. Trzeba jednak pamiętać, że kupcy tureccy nie zatrzymywali się we Lwowie. Podróżowali dalej, udając się na słynne jarmarki w Jarosławiu lub do Poznania, Gdańska, Krakowa, Wrocławia, niekiedy przez Lublin lub Kijów jechali do Moskwy.

Podróżowanie w epoce nowożytnej łączyło się z dużym ryzykiem, dlatego kupcy tworzyli karawany – do których często w XVI w. dołączali posłowie królewscy podążający na dwór sułtana. Karawany organizowali kupcy lwowscy i kamienieccy. Na ich czele stali karawanbaszowie, rekrutowani wyłącznie spośród mieszkających w Polsce Ormian. Musieli oni cieszyć się szacunkiem ze względu na posiadane doświadczenie, znajomość krajów Wschodu i języków. Ich władza była prawie nieograniczona, a sądy przeważnie stawały po ich stronie, gdy uczestnik wyprawy po jej zakończeniu skarżył się na postępowanie przewodników w czasie podróży.

Pierwsza wyprawa ruszała do Turcji przed Wielkanocą, między 22 marca a 25 kwietnia, kiedy drogi były już przejezdne, a na morze mogły wypłynąć statki. Kupcy – przeważnie Turcy, tureccy i polscy Ormianie, tureccy Żydzi oraz Grecy - do przewozu towarów wynajmowali furmanów z pochodzenia Polaków z Lwowa i Kamieńca lub Bułgarów, którzy dysponowali odpowiednimi wozami i ludźmi nimi kierującymi. W składzie karawany znajdowało się od kilkunastu do kilkudziesięciu wozów, z których każdy mógł przewieźć ok. tony ładunku. Kiedy wyprawa przekraczała Bosfor i podążała dalej, towary przeładowywano i dalszą drogę – do Ankary lub Isfahanu – odbywały one na zwierzętach jucznych (koniach, mułach, a przede wszystkim na wielbłądach). Co ciekawe, pokonując Bałkan Wschodni, jedyne góry na szlaku ze Lwowa do Stambułu, towar przeładowywano na specjalne wozy zaprzężone w woły, by potem znów załadować je na wozy kupieckie. Koszt transportu wraz z cłem płaconym po drodze wynosił ok. 30 proc. wartości przewożonego towaru, ale handel orientalny i tak był niezwykle opłacalny.

Rycina przedstawiająca dromadera, ryt. J. Koppmayer w druku J.C. Wagnera „Delineatio Provinciarum Pannoniae Et Imperii Turcici In Oriente”, 1685, Biblioteka Narodowa

Czym handlowano? Na pierwszym miejscu trzeba wymienić sukno różnych gatunków, które w większości pochodziło z Europy Zachodniej. Poseł polski Wojciech Miaskowski, składając w 1640 r. wizytę wielkiemu muftiemu, zauważył, że dostojnik ten ubrany był w strój niewątpliwie pochodzący z Polski. Świadczy to o gustowaniu Turków w artykułach importowanych z terenów Rzeczypospolitej. Warto podkreślić, że już w XV w. język turecki przyswoił sobie polski termin „postaw” – jednostkę miary sukna. Kolejnym towarem sprowadzanym z Polski były wyroby metalowe (przede wszystkim noże wywożone w tysiącach sztuk i naczynia) i same metale, zwłaszcza cyna potrzebna przy produkcji dział spiżowych. Wielkim zainteresowaniem cieszyły się też futra, które dominowały w handlu z Turcją w XVII w. Ich popularność była wywołana potrzebami Wysokiej Porty związanymi z ceremoniałem dworskim oraz zimnym klimatem anatolijskim. Poza tym wywożono z Polski zegarki, wosk oraz wielce ceniony w Turcji bursztyn.

W odróżnieniu od mało urozmaiconej oferty polskiej, w której można wyróżnić jedynie kilka towarów luksusowych (sukna, futra, bursztyn) oferta turecka była dużo bardziej różnorodna i składała się w znacznym stopniu z towarów luksusowych. Wyróżnić należy przede wszystkim tkaniny wełniane (zwłaszcza muchajer i czamlet) oraz tak cenione przez szlachtę złotogłów (brokat) i aksamit, wykorzystywane do produkcji ubiorów szlacheckich. Z Turcji (i z Persji) kupcy przewozili do Polski: jedwab, pożądane przez szlachtę kobierce oraz pasy jedwabne (które stały się wzorcem dla uruchomionej w XVIII w. produkcji pasów słuckich), kołdry, skóry (m.in. lamparcie i tygrysie używane do dekorowania zbroi husarskich) i wyroby skórzane (buty), korzenie, wina greckie, broń, której wywóz z Turcji był nielegalny (szable, tarcze, łuki), naczynia fajansowe, namioty, drogocenne kamienie. Wśród, mogłoby się wydawać niecodziennych, towarów sprowadzanych z Turcji można było znaleźć mydło i warcaby. Nie można też zapominać o koniach. O ich popularności w Polsce może świadczyć fakt zastąpienia w XVI w. słowiańskiego określenia „źrzebiec” przez słowo „ogier” pochodzenia tureckiego. Ceny najlepszych koni tureckich były niezwykle wysokie, porównywalne z cenami współczesnych samochodów luksusowych. W imperium działali polscy faktorzy (pośrednicy) wyspecjalizowani w zakupie koni, a nawet sami królowie wysyłali tu swoich przedstawicieli z poleceniem zakupu rumaków. Zapotrzebowanie na nie było największe w XVII w., mimo że częściowo zaspokajano je dzięki łupom wojennym.

Co ciekawe, w latach 70. i 80. XVII w. dał się zauważyć spadek cen na towary tureckie, co należy wiązać z nasyceniem rynku. Dodatkowy wpływ na to miały wojny z Turkami, kiedy bogate łupy zasiliły rynek krajowy. W kolejnym stuleciu asortyment nie uległ zmianie, pojawili się za to poważni inwestorzy, nawet z grona magnatów, a pod koniec wieku rozpoczęto negocjacje nad traktatem handlowym między obydwoma państwami. Ostatecznie nic z tego nie wyszło.

Dzięki intensywności kontaktów handlowych z Turcją i Persją wpływ kultury muzułmańskiego Wschodu na powszechną orientalizację smaku artystycznego i mody w Polsce dobry sarmatyzmu był bardzo duży. Przede wszystkim handel, a nie bogate łupy wojenne spod Chocimia i Wiednia, zadowalał sarmackie gusta szlachty polskiej i szerokich kręgów zamożnego mieszczaństwa. Duża liczba tureckich słów weszła wtedy do potocznego języka polskiego, wiele pozostało już w nim na stałe, do dziś świadcząc o intensywności handlu i kontaktów między dwoma narodami i państwami.