Niedźwiednicy

Staropolski stosunek do niedźwiedzi był pomieszaniem strachu przed bestią z podziwem dla króla puszczy. Potężny zwierz budził ciekawość, szacunek i sympatię, zwłaszcza małe niedźwiadki, baraszkujące na dziedzińcu,  często będące ulubieńcami całej familii. Nie było o nie trudno, były ubocznym „produktem” rozpowszechnionych, zwłaszcza na Litwie, polowań na najgrubszego zwierza. W „Starych gawędach” Kazimierz Wójcicki pisał o jednym z takich śmiałków: „Postać Rocha Dąbrowy nie ukazywała bynajmniej tej olbrzymiej siły, którą dziwił i przestraszał. Wysoki, kształtny, topolowego wzrostu, poruszenia żywe, ręka niewielka ale żylasta, twarz wesoła i ciągle w uśmiechu. Nie strzelił on do zająca, ani lisa, każdego ptaka omijał, lecz za to w obszernej puszczy, nie darował niedźwiedziom, dzikom, łosiom, jeleniom, rysiom i wilkom; ale i w tem zachowywał szczególny zwyczaj. Żaden z myśliwych nie widział go, by użył strzelby na niedźwiedzia, chyba, że niespodzianie go spotkał, kiedy nie miał swojego, jak nazywał kijaByła to pałka jak dwie ręce gruba, u góry zaokrąglona nakształt buławy; nagłówek ten był nasadzony trójkątnemi gwoździami grubemi, a ze środka wychodził na łokieć długi, ostry, obosieczny dziryt. Z taką bronią przyjmował zawsze niedźwiedzia, i gdy ten rozjuszony na dwóch łapach wspięty, zbliżył się do Dąbrowy; pchnął go najprzód dzirytem, a potem za jednem uderzeniem pałką, rozciągał go u nóg swoich. Wtedy z radością uśmiechał się, naciskał lepiej czapkę na lewe ucho, dobywał myśliwskiego noża, i nie tylko że odcinał po zdjęciu skóry łapy niedźwiedziowi (ulubiony przysmak na wielkich stołach); ale nadto wykrawał pieczenie, które swemi delicyjami nazywał”. Ci, którym brakowało odwagi, by stanąć z niedźwiedziem twarzą w twarz, powszechnie stosowali samołówki, zwane dołami (jamami) niedźwiedzimi. Kopano w ziemi dół 12 łokci głęboki i szeroki, którego ściany wykładano gładkimi dylami. Całą jamę zakrywał krąg upleciony z łozy, przyprószony dla oszukania zwierza słomą i ziemią. Na środku kręgu przywiązywano jako przynętę. „Od strony końców drążka, leżących na brzegach dołu, dawano zagrodzenie, tak żeby musiał iść taką stroną do przynęty, gdzie stąpiwszy przedniemi nogami zapadał się w wądół”.

Występ niedźwiednika; drzeworyt sztorcowy z „Tygodnika Ilustrowanego”, 1862

Młode, dające się okiełznać sztuki trafiały w ręce niedźwiedników. Wyszkolone, pilnowały dworów i pałaców, ciągnęły festynowe pojazdy, podawały ogromne porcje mięsiwa na magnackie stoły. Ceniono sobie tresowane misie ze specjalnych „akademii”, w których uczono je posłuszeństwa, układano, często w brutalny sposób, do sztuczek i tańców. Pisał o tym Jan Bobrowicz: Uzbroiwszy stopy zadnie sandałami drewnianemi, wprowadzano zwierza na składającą się z ciągłego pieca podpaloną podłogę, tak, że ten mając przednie nogi parzone, ustawnie je w gore unosić musiał, przez co za danym znakiem powstawszy, trzymać je wciąż potem w ten sposób przywykał. Najsłynniejsze tego typu ośrodki znajdowały się w Klewaniu (jak zaświadcza Benedykt Chmielowski) i Smorgoniach w powiecie oszmiańskim, na terenie dzisiejszej Białorusi. Ten ostatni, założony już w XVI w. przez Radziwiłłów lub Zenowiczów (źródła nie są zgodne) zażywał szczególnej sławy. Rozkwitł za czasów księcia Karola Stanisława Radziwiłła, zwanego “Panie Kochanku” (XVIII w.), który wyznaczył na jej zwierzchnika mianowanego przez siebie króla cygańskiego – Jana Marcinkiewicza. Cyganie słynni byli z umiejętności treserskich, przygotowywania zwierząt (także ptaków, psów, kóz czy małp) do publicznych występów. Stałe obcowanie z przyrodą i koczownicze życie w sposób naturalny uosabiało do szkolenia zwierząt. Niektóre rody romskie, Ryćiara czy Urusarii, nazwę grupy wywodziły od takiej właśnie profesji. Wyuczone niedźwiedzie wypożyczano niedźwiednikom za roczną arendą.

U schyłku XVIII w. zainteresowanie tresowanymi miśkami na dworach osłabło. Uznano ich występy za rozrywkę prostacką. Ale gminowi pokazy te nieustannie imponowały. Wiele z niedźwiedzi było więc używanych do pokazów, jakie organizowano po wsiach i małych miasteczkach, atrakcji jarmarków i targów. Żydowscy arendarze nie bronili występów przed karczmami. W kulturze judaistycznej misiek wybierający miód był symbolem poszukiwania prawdy, a imię Ber (Niedźwiedź) powszechnie nadawano wśród kresowych starozakonnych. Niedźwiedzie wodzono po domach, często wmawiając wieśniakom, że bestia jest w stanie złe duchy z domostwa wypłoszyć. Wierzyli naiwni, wynagradzali niedźwiednika i jego zwierzę. Jeszcze w początkach XIX wieku cygański niedźwiednik  i towarzyszący mu muzykanci byli stałym gośćmi miast i wsi. Dopiero później, na skutek zakazów władz rozbiorowych  oraz przetrzebienia niedźwiedziego zwierzostanu w Polsce, niedźwiednicy stawali się coraz rzadsi. Ośrodek smorgoński zamknięto definitywnie w latach 1830-1831. Współcześnie widok tresowanych przez Romów niedźwiedzi należy do rzadkości, można ich spotkać jedynie w małych grupach cyrkowych wędrujących jeszcze gdzieniegdzie po Bałkanach.