Niefortunny wybór

19 czerwca 1669 r. zgromadzona na polu elekcyjnym na Woli szlachta, odrzucając obce kandydatury, jednogłośnie okrzyknęła królem „Piasta” Michała Korybuta Wiśniowieckiego. Wieść niosła, że imię Piasta wyszło z Wielkopolski, po tym jak wśród zgromadzonych w kole rycerskim Łowiczan osiadł rój pszczół. Wówczas obecny tam szlachcic w niemieckim odzieniu przykrył go kapeluszem. Wydarzenie to wielkopolscy senatorowie, kiedy o tym ich poinformowano, uznali za znak, by obrać królem nie jakiegokolwiek Piasta, ale konkretnie księcia Michała Korybuta. Elektorzy widzieli w nim syna bohatera Jeremiego Wiśniowieckiego, pogromcy Chmielnickiego i Kozaków, o samym wybrańcu niewiele wiedząc.

Portret Michała Korybuta Wiśniowieckiego, po 1699; Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie, fot. Zbigniew Reszka

Król elekt w chwili wyboru miał 29 lat. Był człowiekiem wykształconym, o co zadbał jego pierwszy opiekun po śmierci Jeremiego (†1651) Karol Ferdynand Waza, biskup wrocławski i płocki, a potem Jan Kazimierz, wysyłając go w 1655 r. do kolegium jezuickiego Carolinum  w Nysie. Michał znał sześć języków, ale – zdaniem niektórych – w żadnym z nich nie miał nic ciekawego do powiedzenia. Ubierał się z cudzoziemska, bo w polskim stroju wyglądał groteskowo. Przedwcześnie wyłysiały, nosił olbrzymią perukę, która jego niską i grubą sylwetkę jeszcze bardziej skracała. Zniewieściały, co podkreślało uszminkowane oblicze, rozmiłowany w zbytku i lenistwie, nade wszystko uwielbiał jeść. Czy nadmierne obżarstwo było przyczyną jego niedyspozycji w kilka dni po elekcji?

Wedle świadectwa Adriana Stodarta, sekretarza miasta Gdańska, król 28 czerwca zachorował i przez dwa dni nie wstawał z łoża, przyjmując tylko nielicznych senatorów pozostających wcześniej w służbie królewskiej. Był wśród nich ksiądz Bonawentura Madaliński (1620–1691), sekretarz Jana Kazimierza, a także skarbnik dworu (thesauriatus curiae) pozostawiony na tym urzędzie przez króla elekta. Przez niego wysłannik gdański chciał wyjednać zatwierdzenie przywilejów miasta. W tym zresztą celu został wysłany do Warszawy już we wrześniu 1668 r. i pozostał tam do połowy września 1669 r.

Z racji pełnionego urzędu ksiądz Madaliński był najwłaściwszą osobą do prowadzenia rozmów ze Stodartem. 2 lipca przedstawił Stodartowi oczekiwania królewskie wobec miasta. Michał Korybut życzył sobie, żeby Gdańsk za przynależne królowi pieniądze zakupił srebrną zastawę i tapicerię. Miesiąc później Madaliński przedstawił kolejne „prośby” króla, by miasto zakupiło owoce, prześcieradła, wykonało królewską liberię (strój koronacyjny), a także wybiło złote i srebrne monety okolicznościowe. Można podziwiać wiedzę królewską, a może raczej jego plenipotenta, dotyczącą  nie tylko możliwości finansowych Gdańska. Miasto było największym ośrodkiem luksusowej produkcji rękodzielniczej w Rzeczypospolitej, w tym uszlachetnianych wyrobów tekstylnych, posiadało też przywilej na bicie własnej monety.

30 sierpnia Stodart przekazał Radzie Miejskiej pilne, a zarazem kłopotliwe życzenia królewskie związane ze zbliżającą się uroczystością koronacji wyznaczoną na dzień św. Michała, czyli 29 września. Tym razem chodziło o wykupienie zastawionych przez Jana Kazimierza w Gdańsku u osób prywatnych klejnotów koronnych. Pieniądze na wykup miałyby pochodzić z należnych królowi dochodów z portu gdańskiego. Gdyby Rada nie dysponowała odpowiednią kwotą, król poprosiłby o wypożyczenie od wierzycieli tych precjozów. Równocześnie monarcha życzył sobie, aby owoce i jarzyny dostarczone zostały przed koronacją. Życzenia te zostały spełnione. Król wystąpił podczas koronacji ubrany w kapę utkaną ze srebrnej nitki ze złotymi kwiatami ozdobioną wypożyczonymi klejnotami. Przysłane w darze przez władze miasta jabłuszka portugalskie (było ich tysiąc) podobno skonsumował w ciągu kilku godzin.

Nie spełniły się nadzieje na szczęśliwość Polski pod rządami Piasta. Król dawał posłuch intrygantom dworskim i pochlebcom, a jedyną jego troską było nie dać się zdetronizować. „Michał Korybut postępował jak każdy mały człowieczek, który się dorwie do władzy i znaczenia” [Jasienica, II, 272]. Polityką zagraniczną faktycznie kierował podkanclerzy Andrzej Olszowski.

Kiedy w styczniu 1672 r. Turcja wypowiedziała wojnę Rzeczypospolitej, Polska miała pół roku, by przygotować obronę. Zamiast tego stronnicy królewscy zerwali dwa sejmy, ostatni 30 czerwca. Tymczasem na początku czerwca Mahomet IV ruszył na północ, a w Warszawie wciąż trwały spory. Dopiero 16 lipca hetman Sobieski wyruszył na południe. W tym czasie niemal stutysięczna armia turecka zbliżała się do Dniestru.

Zaczynało być groźnie. Król Michał zamiast wzmocnić siły hetmana, zaczął odwoływać niektóre chorągwie z najbardziej zagrożonej strefy. Nie zapomniał, że Sobieski był jego przeciwnikiem politycznym, groźnym, bo miał wojsko nie tylko pod sobą, ale też za sobą. Na efekty nie trzeba było długo czekać. 26 sierpnia padł Kamieniec, twierdza niezdobyta. Armia turecka posunęła się pod Lwów. Ten miał szczęście, zdołał się okupić. Zagony tatarskie zapędzały się w okolice Krosna i Biecza, a więc na rdzenne ziemie Rzeczypospolitej.

Wprawdzie Sobieski zmusił czambuły do odwrotu i odebrał jasyr, ale groźba turecka skłoniła króla do podjęcia pertraktacji. Przepędzenie Tatarów przez Sobieskiego złagodziło nieco żądania Turcji, ale i tak podpisany w 1672 r. w Buczaczu układ był dla Polski hańbiący. Wtedy dopiero szlachta się opamiętała. Na tzw. pacyfikacyjnym sejmie w 1673 r. nie ratyfikowano traktatu i uchwalono nowe podatki na zaciąg pięćdziesięciotysięcznej armii. Wojna była nieunikniona.

Jesienią 1673 r. Sobieski sformował czterdziestotysięczne wojsko koronne. W obozie pod Skwarzawą poddał je pod komendę Michała Korybuta. Król, chory z przejedzenia, a może ze strachu, jak twierdzili złośliwi, zwrócił Sobieskiemu komendę nad wojskiem, a sam szybko odjechał do Lwowa. Zmarł tam 10 listopada wskutek pęknięcia wrzodu żołądka wywołanego stresem. Niespodziewana śmierć wywołała plotki o rzekomym otruciu. Trucizną miała być nadziana jego ulubiona potrawa, pieczona kaczka cyranka. Do końca pozostał przy nim podkanclerzy Olszowski. Powagę śmierci zakłócił aga turecki, żądając, by go puszczono przed oblicze króla, gdyż chciał osobiście wręczyć mu rozkazy sułtana. Szkatułka, którą miał otworzyć w obecności Michała Korybuta, najprawdopodobniej zawierała kaftan honorowy – godło niewoli. Podkanclerzy z trudnością odwiódł go od  tego zamiaru.

Następnego dnia Sobieski odniósł efektowne zwycięstwo pod Chocimiem. Czyż nie był to kolejny znak?  Francuski historyk Salvandy napisał: „Rzekłbyś, iż dzień chocimski był nadto wielki, aby mógł być policzony w tym nieszczęsnym panowaniu”. To prawda, Michał Korybut został pozbawiony i tej odrobiny splendoru, która przynależna jest władcy nawet wtedy, gdy nie ma żadnych w tym względzie zasług. Tę sytuację wyjątkowo trafnie opisał w swoim Klimakteryku heroicznym Daniel Kałaj, polski kaznodzieja kalwiński przy kościele św. Piotra i Pawła w Gdańsku:

[...] Szczęśliwy żywot twój, rzekę, Michale.
Żeś z piasta królem stawszy się piastował
Koronę polską na twej głowie, ale
Szczęśliwsza twa śmierć, którą dziś zwiastował
Jutrzejszy triumf, a przy twoim VALE
AVE’ś Koronie Polskiej prorokował!
Takci twoja śmierć była wigilija.
A uroczyste święto wiktorija!
Niechże tu panu requiem we Lwowie
Śpiewają treny, ja pod Chocim z rymem
Za hetmanami
[...]