Okno – przestrzeń staropolskich zalotów

W swych pamiętnikach gdański kupiec i przyszły witryk kościoła mariackiego, Eberhard Bötticher (1554-1617), opisał młodzieńczą wyprawę do Portugalii z lat 1576-1577. Z pobytu w Lizbonie zapamiętał przede wszystkim panny zalotnie machające z okien do przechodniów. Zszokowany młody luteranin wspominał, że jedna z nich, nie wiedzieć czemu, zdjęła kryzę, ukazując ponętny dekolt i na złotym łańcuchu: „krzyż między dwiema wystawion łotrami” (by posłużyć się frazą sonetu Na krzyżyk na piersiach jednej panny specjalnie na taką okazję napisanego przez Jana Andrzeja Morsztyna). Naiwność gdańszczanina dowodzi jedynie, iż takich scen nie mógł oglądać w rodzinnym mieście. Panny miały siedzieć w domu, a wszelki ich kontakt ze światem zewnętrznym był ściśle kontrolowany przez rodziców. Kiedy w 1565 r. Łukasz Górnicki, adaptował dla polskiego czytelnika Il Cortegiano Baldassare’a Castiglione’a, wśród wielu zasadniczych różnic dzielących kulturę rodzimą od włoskiej na poczesnym miejscu wymienił i tę: „U nas z okna nie miłują”.

XVII-wieczna wiola francuska, ilustracja z Dictionnaire de l'ameublement et de la décoration depuis le XIIIe siècle jusqu'à nos jours Henry Havard, Paris, 1887-1890.

Stan taki nie mógł trwać zbyt długo, skoro wystarczyło wyjechać tylko na południe Europy, by odkryć nowe obyczaje. W komedii wystawianej przez padewskich studentów w 1583 r. bohaterka utyskuje, że kiedyś nie do pomyślenia było, „by pannice cały dzień zwieszały się z balkonów [...]; dziś młódki spędzają tak dzień cały, a nawet dobrą część nocy w tym naszym mieście nade wszystko”. To, czego nauczyły polskich studentów włoskie panny, rychło wzbogaciło sztukę zalotną twardych Sarmatów. Już w 1606 r. Hieronim Morsztyn, opisując w Światowej Rozkoszy techniki adoracji dziewczyny, odwoływał się do obyczaju doskonale znanego czytelnikom: „On jej, lub gdy się kładzie, lub gdy ze snu wstaje, / Każe pod okny śpiewać, krzyczeć w szałamaje”. W pisanych dwie dekady później Roksolankach Szymona Zimorowica Cyceryna, daremnie wyczekując w oknie ukochanego, wspomina jego niegdysiejsze podokienne umizgi: „usługi”, „ukłony”, „winszowania”, „ciche wzdychania”, „lutniej słodkobrzmiącej głos upieszczony, / który bez przestanku / zmierzchem do poranku / słyszeć-eś mi dawał”. Pannie najwyraźniej brak pieśni pod oknem i towarzyszących im wyznań miłosnych nie dlatego, że przyzwyczaił ją do nich chłopiec, ale dlatego, iż wie już doskonale, że tak wyznawane winno być uczucie.

Jednak, mimo iż muzyczne wyczyny pod oknem upragnionej weszły do stałego repertuaru umizgów, mało który Sarmata-zalotnik był muzykalny. Pod okno wysyłano więc swoiste zastępstwo (stąd u Morsztyna: „każe [...] śpiewać, krzyczeć w szałamaje”). Nie przypadkiem wśród służby cenieni byli ci, którzy potrafili grać na jakimś instrumencie („miałem wyrostka Dzięgielowskiego, co grał na skrzypcach i śpiewał ładnie – kazałem mu zaśpiewać” – wspomina Jan Pasek swoje konkury do przyszłej pani Paskowej). Częściej jednak korzystano w takich okazjach z wynajętych muzyków, w zależności od zasobności kiesy, pojedynczego grajka lub całej orkiestry, którzy per procura zjednywali serce wybranki artystyczną produkcją.

Pochodząca z magnackiego rodu rozwódka i wdowa Anna Stanisławska okazała się wyśmienitą partią dla Jana Bogusława Zbąskiego, którego zaloty były dość napastliwe. Gdy tylko dowiedział się, iż zatrzymała się w Warszawie, posłał, jak pisze Stanisławska: „Dla mojej kontentece różne zabawy, muzyki”:

                        Ów zaś prawie ustawicznie

                        Gdzie i muzyki rozliczne

                        Coraz do mnie sprowadzili,

                        By mi to w gust uczynili.

                        Nie jednę-m noc przesiedziała,

                        A drugą mało co spała,

                        Bo i muzyka nie dała –

                        Na noc i na dzień grawała.

Koncert mógł więc trwać do późna, a opłacając muzyków grających pod domem upragnionej zalotnik fundował jej również często bezsenną noc. Należy pamiętać, że to, co uchodziło pod magnackim pałacem w stołecznej Warszawie, nie było już raczej możliwe w innych miastach Rzeczpospolitej, gdzie obowiązywał nakaz zamykania domów na noc, a osoby napotkane w tym czasie przez stróżów były odprowadzane do odwachów w celu identyfikacji. Poza wyjątkowymi sytuacjami serenady z konieczności przypisane musiały być do pory wieczornej.

Moda na tego typu zaloty utrzymała się aż do wieku XVIII w. Oto doniesienie z rękopiśmiennych Gazet pisanych z Warszawy r. 1782 zatytułowane Serenada księcia Marcina: „W dzień św. Anny dawał tu książę Jmć Marcin Lubomirski publiczną dla przeszłej swej żony serenadę. Wszystkie z Warszawy kapele na ten akt sprowadził, które zaraz idąc przez kapucynów, gdzie księżna stoi, swoim odgłosem całą prawie ściągnęły ciekawość Warszawy. Tęż atencję potem oświadczył kasztelance łęczyckiej Lipskiej”. Była żona (a ówczesna faworyta Stanisława Augusta) dla koneksji, Anna Lipska dla awansów – jak widać spektakularna serenada okazywała się dobra na wszystko. O długim trwaniu tej formy zalotów zadecydować musiała nie tyle widowiskowość, co skuteczność. A z całą pewnością panieński popyt na tego typu spektakularne karesy.