Parkany – 1683 - kompromitacja Lwa Lechistanu

Tak, jak wielkie było zwycięstwo Jana III pod Wiedniem, tak wielkie przeżył rozczarowanie postawą Leopolda I podczas spotkania w Schwechat. Cesarz czyniąc wyraźny afront królewiczowi Jakubowi, hetmanom i senatorom, dał wyraźny sygnał, że Jakub nie ma szans ani na rękę arcyksiężniczki Marii Antoniny, ani na tron węgierski. Od razu też zmieniła się postawa Austriaków wobec wojsk polskich, które niedawno przecież ocaliły serce cesarstwa. Zaprzestano dostarczania odpowiedniej ilości zaopatrzenia i środków potrzebnych do opieki nad rannymi. Rozgoryczony Jan III pisał do swej ukochanej żony: „Prowiantów żadnych nie dają (...). Chorzy nasi na gnojach leżą i niebożęta postrzelani, których bardzo siła, a ja na nich uprosić nie mogę szkuty jednej, abym ich mógł do Peszburka spuścić i tam ich swoim sustentować kosztem”.

Portret Jana III Sobieskiego, Jan Tricius, IV ćw. XVII w.; Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie; fot. Z. Reszka

Gorycz zmąciła radość z wiedeńskiej wiktorii, ale nie przesłoniła oceny sytuacji. Wojna nie była skończona, a Turcy aktywnie organizowali obronę Węgier. Król sugerował więc atak na Budę, by za jednym zamachem pokonać nieprzyjaciela. Upał, brak żywności i środków transportu nie pozwoliły jednak na forsowanie Dunaju. Po naradzie w dniu 5 października 1683 roku wytyczono cel ataku. Miał nim być Esztergom, a dalej Peszt. Najpierw należało jednak zdobyć leżącą na lewym brzegu Dunaju twierdzę w Parkanach.

6 października Sobieski nie czekając na skoncentrowanie wszystkich sił, ruszył naprzód by stanąć 12 kilometrów od Parkan. Nazajutrz wysłał straż przednią, która miała dokonać rozpoznania, choć był przekonany, że w twierdzy znajduje się jedynie kilkuset janczarów. Nie wiedział, że w nocy przeprawiła się przez Dunaj piętnastotysięczna armia paszy budzińskiego Kara Mehmeta. Turecki dowódca zajął stanowiska w dolinie między Parkanami a ujściem Hronu. Uszykował swych żołnierzy tak, by nacierający Polacy nie widzieli całości jego sił. Do przodu wysunął jedynie kilkuset jeźdźców. To właśnie na nich natarł tysiącosobowy oddział Stefana Bidzińskiego. Starcie było krótkie i gwałtowne. Polacy wzięli górę i pewni zwycięstwa ruszyli za uciekającym przeciwnikiem. Nagle wpadli na główne siły Kara Mehmeta. Ogień janczarów i dział fortecy okazał się zabójczy dla polskiej jazdy.

Na odgłos kanonady przybył hetman Stanisław Jabłonowski i próbował zatrzymać turecki kontratak. Wkrótce na pole bitwy dotarł król z 4 tysiącami jazdy. Piechota i artyleria zostały daleko w tyle, tak samo jak rajtaria księcia Karola Lotaryńskiego. Sobieski liczył, że uda mu się wytrzymać ataki do czasu przybycia posiłków. Wojsko ustawił w dwóch rzutach. Na prawym skrzydle stanął Jabłonowski z rozbitą strażą przednią, centrum zajął Marcin Zamoyski, a po lewej ustawił się Szczęsny Potocki. Siły tego ostatniego były największe, bowiem monarcha sądził, że tu pójdzie główne uderzenie wroga. Jednocześnie wydał rozkaz jedynie odpierania ataków, a nie posuwania się naprzód.

Dwukrotnie Turcy atakowali Jabłonowskiego i dwa razy byli krwawo odpierani. Za trzecim razem nie posłuchano już królewskiego rozkazu i po odparciu ataku rzucono się na wroga. Turcy nagle zawrócili, odrzucili chorągwie Jabłonowskiego i zaczęli je okrążać. Polacy zaczęli pierzchać, a widząc to król na czele kilku chorągwi husarskich pośpieszył na pomoc Jabłonowskiemu. Kontratak o mało co nie zakończył się klęską. Panika ogarnęła żołnierzy centrum i prawego skrzydła, na widok królewskiego manewru zinterpretowanego jako odwrót. Wydawało się, że ucieczka to jedyny środek ratunku. Na karkach Polaków gnali triumfujący Turcy, a rejtarada zakończyła się po 3-4 kilometrach na widok polskiej piechoty i cesarskiej kawalerii. Z pola bitwy uchodził także sam nieszczęsny wódz, który znalazł się w obliczu śmierci. Spod jej kosy ocalił go nieznany rajtar, który poświęcił swoje życie dla ratowania króla.

Sobieski nie zamierzał składać broni. Jeszcze tego samego dnia chciał atakować wroga, ale zapadający mrok i ostry sprzeciw księcia Karola, nie pozwoliły mu na działanie. Król był rozeźlony dużymi stratami – na polu bitwy padł m.in. jego przyjaciel i doradca Władysław Denhoff. Podrażniona została także królewska ambicja, a blask wiedeńskiego zwycięstwa przyblakł na chwilę. Wiedział, że to on ponosi winę na klęskę. Nie rozpoznał należycie sił przeciwnika, nadmiernie rozciągnął kolumnę marszową, a podczas walki nie oparł żadnego ze skrzydeł o naturalną przeszkodę i tym samym pozwolił na manewr oskrzydlający. W klęsce nie bez winy był także zapalczywy Bidziński, który nie rozpoznał sił wroga i Jabłonowski, bo wbrew wyraźnym rozkazom pozwolił na odskok w przód, co tak srodze się zemściło.