Patrick Gordon o kłótniach i innych nieszczęściach w wojsku

Życie żołnierza do łatwych nie należało – gdyby Patrick Gordon[1], Szkot, wiedział o tym, zanim zaciągnął się do armii, kto wie, jak potoczyłyby się jego dalsze losy... Jego dzienniki są niezwykłym źródłem wiedzy o obyczajach w wojsku polskim i szwedzkim w stanie wojny, na terytoriach siedemnastowiecznej Rzeczypospolitej.

30 sierpnia [1655]. Oddział księcia Anhalt powrócił do obozu, a ja tutaj powinienem opowiedzieć o swoich nieszczęściach w tym oddziale i co się ze mną działo w tym czasie. Musicie zrozumieć, że mój rotmistrz przepięknymi i słodkimi słowami przekonał mnie do żołnierskiego życia. [Początkowo] byłem przy nim jako domownik; w czasie mojej choroby i marszu do Szczecina oraz ku polskim granicom był w stosunku do mnie bardzo dobry i życie było dość znośne. Jednak jak tylko wkroczyliśmy do Polski, nie mieliśmy już bezpłatnych kwater, ani wynagrodzenia, a i mało gdzie można było dostać cokolwiek za pieniądze. Byliśmy zmuszeni radzić sobie jak było można, na dodatek w nieuniknionym i ciągłym niebezpieczeństwie utraty życia. Podczas wyjazdów po żywność z rajtarami z naszego pułku czasami wybuchały waśnie, jak to często bywa w takich sytuacjach. Wyobrażałem sobie, że rajtarzy, wiedząc, że przyjaźnię się z rotmistrzem i przebywam przy nim jako wolny człowiek, a nie w charakterze posługi, powinni okazywać mi większy lub nawet równorzędny szacunek. Jednak ci, wydaje się, rozumieli to inaczej, ponieważ w naszych wzajemnych kłótniach od czasu do czasu dawali mi do zrozumienia, że nie mogę mierzyć się z nimi – żołnierzami i sługami Jego Wysokości – ja, który jestem tylko sługą jakiegoś oficera, albo w najlepszym wypadku, jak mówili, morode broeder [maruderem – red.].

„Przed karczmą", Hendricks de Mejer, XVII w., Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie; fot. Z. Reszka

Po wielu sprzeczkach na ten temat zacząłem się nad tym zastanawiać i szukać wyjścia, bo okazało się, że jestem w gorszej sytuacji niż szeregowy. Ponieważ kompania była niepełna, z konieczności nigdy nie wykonywałem zadań rajtara i starałem się [wykazywać – red.] bardziej niż drudzy podczas zaopatrywania w prowiant i furaż. Jednak nie mogłem dysponować zakupami [prowiantu – red.] i łupem, bo rotmistrz odbierał wszystko, a zwłaszcza tą lepszą część. A i bardziej honorową drogą awansu byłoby się zgłosić [do służby – red.] i służyć jako żołnierz. Dlatego jakoś znalazłem sposób, aby wyjaśnić jednemu z rajtarów swoją sytuację i ten zamiar, ten zaś poradził, abym zwrócił się do podporucznika kompanii, który był Niemcem i starym doświadczonym żołnierzem. Poszedłem do niego i powiedziałem, że byłoby lepiej wciągnąć mnie do służby rajtarskiej, niż wciąż pozostawiać mnie w takiej sytuacji. On, jak wyglądało, nie był dobrych stosunkach z rotmistrzem, ale upewnił mnie, że jeszcze w Szczecinie moje nazwisko zapisali w spisie pułkowym i już dawno powinienem zająć swoje miejsce w pułkowych kwaterach, a rotmistrz nie może i nie będzie się sprzeciwiał. Następnego dnia, kiedy wyjechałem na zakupy, na własnym koniu, który przypadł mi w drodze powrotnej z Poznania do Środy (zaopatrzyłem się także w siodło i pistolety), przeszedłem w dyspozycję kompanii, poprosiwszy podporucznika, aby z rotmistrzem wszystko uładził, co zostało uczynione, choć z pewnym niezadowoleniem.

Zostawszy w końcu synem Marsa, przekonałem się o słuszności przysłowia [porzekadła – red.] „z deszczu pod rynnę”. [Moja] służba była tak ciężka, że przez tydzień stałem na warcie cztery noce, a w innym tygodniu wypadła ledwie jedna noc wolna [od służby – red.]. Z powodu nieprzyzwyczajenia na początku było to trudne do zniesienia. Na dodatek wiele wysiłku i troski wymagało zdobywanie żywności dla siebie i furażu dla konia. Czasem, zdobywszy z trudem jakieś pożywienie w czasie przemarszu pułku albo na warcie, przyjeżdżałem do obozu dość późno, i zanim zdołałem coś przygotować i zatroszczyć się o konia, zmęczenie i ciężki sen na tyle ogarniały moje zmysły, że opuszczał mnie cały apetyt. Potrawy bardziej pochłaniałem, niż jadłem i kładłem się odpocząć pod gołym niebem, jednak ledwie się wysypiałem, kiedy pozzel, sygnał o świcie i okrzyk kaprala budziły mnie, aby być już w gotowości z moim koniem. Z reguły jedna lub dwie zmiany w czasie wart nie dawały nam prawie wytchnienia od służby wartowniczej, aby wzmocnić albo wyspać się.

Moje kłopoty bardzo pogłębiał fakt, że przebywałem wśród obcych i nie znałem języka ludzi, z którymi się stykałem. Ja i inni rajtarzy (zwykłe gbury, przywykłe do rąbanki) musieliśmy codziennie po kolei planować i zajmować się przygotowaniem miejsca do zamieszkania, gotowaniem jedzenia, dostarczaniem drewna [na opał – red.] i wody, przy czym szybko i bez szemrania. W tym wszystkim starałem się być lepszy od swoich kolegów, ale wyglądali na niezadowolonych, i zawsze dostawałem dodatkowe zajęcia lub zadania. Co gorsza, ponieważ byłem nieśmiały i nie oburzałem się na żadną krzywdę – żeby mnie nie słyszeli i nie uważali za krnąbrnego – wywołało to ich wyniosły i pogardliwy stosunek do mnie, tak że dokuczali mi kpinami i drwinami na temat mojego zachowania i języka. W takich sytuacjach nie wiedziałem, jak się zachować.

Jednakże poznałem Szkota, podporucznika-ochotnika, Williama Loudera, który bił się w wojnach niemieckich [tj. wojnie trzydziestoletniej – red.] i dobrze znał ich [Niemców] nawyki i obyczaje. Zdradziwszy mu moją sytuację, poprosiłem o radę na temat stosunku do mnie moich kolegów. Poradził, abym w żadnym razie nie przepuszczał żadnej krzywdy i obrazy, i jeśli tylko zauważę ich drwiny, uśmieszki albo śmiech, co da mi najmniejszy powód albo podejrzenie, że tyczą się mnie, powinienem z wielką skrupulatnością wyjaśnić – mnie mieli na myśli, czy nie? Jeśli zaprzeczą – nie czynić nic więcej, ale jeśli potwierdzą lub odpowiedzą wymijająco, to z miejsca mam wszcząć z nimi kłótnię, obrażając słownie albo dać w ucho. Jedno i drugie bez wątpienia doprowadzi do pojedynku, w którym zwyciężę albo przegram – wszystko jedno, ale oni zobaczą, że jestem odważny i nie zamierzam przyjmować zniewag. Znając moje gwałtowne usposobienie, zrozumieją, że lepiej się zamilknąć, niż podejmować takie ryzyko.

Postępowałem wedle tej rady i po wielkich nieprzyjemnościach i mnóstwie sprzeczek osiągnąłem cel. Oni nie śmieli już wypowiadać głośno niczego, co może wywołać śmiech, starali się wyjaśniać mi, o co im chodzi, i do tej pory zawsze traktowali mnie z szacunkiem. W ciągu niespełna trzech tygodni potykałem się w sześciu pojedynkach z różnymi ludźmi, w których dwukrotnie zwyciężyłem i czterokrotnie przegrałem, tak że oni i sekundanci przekonali się, że ulegam z powodu tylko niedostatecznych umiejętności i siły, ale nie męstwa. Wszystko to nastąpiło przed moim przybyciem do Koła. A teraz o moich niedolach w oddziale, który został wysłany z Koła.

Pewnej nocy stałem na straży i prawie nie spałem. Nie zdążył przyjechać do obozu, kiedy mnie wyznaczyli do tego oddziału. Młody hrabia Königsmark dowodził 10 szwadronami doborowej konnicy; jechałem w drugim szwadronie i w czasie marszu nocnego bardzo chciało mi się spać. Mój koń, sam z siebie, albo spłoszony przez któregoś z moich towarzyszy, poniósł mnie z mojego szwadronu do innego i zatrzymał się dopiero na prawo od pułkownika, który najwyraźniej również drzemał. Kiedy się ocknął i zauważył na prawo od siebie jeźdźca spytał: „Kto idzie?”. Ja natomiast, pogrążony we śnie i przekonany, że jestem wśród swoich towarzyszy ze szwadronu, myślałem, że drażnią się ze mną i w pierwszej chwili nie odezwałem się. Kiedy powtórzył bardziej ostro, odpowiedziałem po niemiecku: „Zamilcz!” – nie domyślając się, że to pułkownik. Ten zaś usłyszawszy to i zobaczywszy, że jestem rajtarem, który opuścił swój szereg, dwa albo trzy razy uderzył mnie kijkiem, zanim zdołałem się ocknąć i dojść do siebie. Dopiero kiedy koń poniósł mnie z dala od niego, przyszedłem do siebie, podjechałem bliżej i rozpoznałem pułkownika, któremu jednak nie śmiałem nic powiedzieć. Wróciłem do swojego szwadronu i zacząłem rozpytywać towarzyszy, który to wywiódł lub wygnał z szeregów mojego konia. Wszyscy wymawiali się, zapewniając, że również spali, ale zacząłem podejrzewać takiego jednego, z którym wcześniej już się kłóciłem. Wobec tego, że nie ukrywał tego, co zrobił, wyzwałem go [na pojedynek – red.]. W ciągu dnia poszliśmy w zarośla i stoczyliśmy walkę na pałasze; pośliznąwszy się odniosłem w głowę drobną szramę i tak rozeszliśmy się, bo w takich wypadkach bije się do pierwszej krwi.

O świcie przejeżdżając przez Uniejów, byliśmy bardzo głodni, ale nie wolno nam było wchodzić do domów. Za rynkiem była ulica prowadząca do bram [miejskich – red.], gdzie zauważyłem piwnicę z drzwiami wyłamanymi przez naszych żołnierzy. Oddałem konia jednemu z towarzyszy i zszedłem na dół, gdzie stało 10 lub 12 beczek młodego piwa, które mocno fermentowało. Zacząłem szukać jakiegoś naczynia, żeby go zaczerpnąć, ale nic nie znalazłszy, nabrałem do kapelusza. Zanim wszedłem na schody, silny zapach fermentującego piwa spowodował, że już zabrakło mi tchu. I gdyby towarzysze nie pomogli mi wyjść na świeże powietrze, z pewnością bym umarł.

Na ulicy za szwadronem szedłem pieszo i zobaczyłem otwarte drzwi. Wszedłem przez nie, przeszedłem obok domu, przeskoczywszy przez mur znalazłem się w zaułku i zajrzałem do domu piekarza. Był tam stół pełen pszennego chleba, dopiero co wyjętego z pieca. Szybko jeden wziąłem i już miałem jeść, gdy gospodarz widząc to, zaproponował mi drugi. Postanowiłem wziąć wszystkie [bochenki – red.]. Podszedłem do łóżka i zerwałem z poduszki narzutę, przy czym ten mały [gospodarz – red.] próbował mi przeszkodzić, ale kiedy chwyciłem za pałasz, on z żoną i wszyscy [inni] wybiegli za drzwi. Napchawszy do worka, oddaliłem się tą drogą [która przyszedłem – red.] i wydostawszy się z miasta, dołączyłem do towarzyszy. Będąc tak jak ja głodni, przywitali mnie z radością.

Kosz chleba, ilustracja z „Dictionnaire de l'ameublement et de la décoration depuis le XIIIe siècle jusqu'à nos jours Henry Havard", Paris, 1887-1890.

Po półgodzinie dostarczyli nam z miasta piwo i chleb. Ponieważ wypadła moja kolej, zsiadłem z konia i towarzyszyłem pułkownikowi na warcie. Kiedy przekazali mu, że jestem tym, którego uderzył w czasie przemarszu w nocy, przywołał mnie i przepił za moje zdrowie, przymusił i mnie, abym wychylił duży puchar z piwem. W jakiś sposób starał się przeprosić za to, co uczynił, ale ponieważ zupełnie nie zrozumiałem, co mówi, pozwolił mi odejść.

Rankiem, w czasie powrotu zostałem wysłany z podporucznikiem (wszystkich było nas 40) na patrol, na prawo od oddziału. Po półtorej mili przyjechaliśmy do pewnej wsi. Miejscowy kapłan wyniósł dla nas piwo w dużej beczułce, przy której wszyscyśmy się zgromadzili i póki jeden przyjaciel pił za [zdrowie – red.] drugiego, długo musiałem czekać na swoją kolej. Tymczasem zrobiło się zamieszanie, bo kiedy tam staliśmy, akurat po drugiej stronie wsi przejeżdżała grupa 150 Polaków. Akurat kiedy beczułka zbliżała się do mnie, bardzo wzburzony podporucznik momentalnie począł wyganiać nas z domu. W pośpiechu wypuściłem ją z rąk, co go jeszcze bardziej rozzłościło: pognał za mną i trzykrotnie uderzył mnie szpadą po plecach. Ponieważ byłem lekko ubrany, wydawało mi się, jakby pokrajał mnie na kawałki. Musiałem to przyjąć bez słowa sprzeciwu.

Przez cały dzień jechaliśmy na prawo od głównego oddziału i dopiero koło południa nieco posililiśmy się w dworku szlacheckim, pośrodku dużej wsi, w której nikogo nie zastaliśmy. Pod wieczór mnie wraz z kapralem i dziesięciu innymi wyprawili dalej na prawo [od oddziału]. Jakąś godzinę po zachodzie słońca dojechaliśmy do wsi i rozłożyliśmy się u ogrodzenia na jej skraju. Mnie pierwszemu wypadła warta, z czego byłem zadowolony, bo moi towarzysze musieli w tym czasie zdobyć paszę dla mojego konia i w miarę możliwości pożywienie. Wróciwszy z niej, ułożyłem się do snu, który zupełnie mną zawładnął (przez ostatnie trzy noce spałem niewiele). Koło północy wystrzelił nasz wartownik; kapral z pozostałymi wskoczyli na konie i po przeczesaniu pola powrócili. Ja natomiast niczego nie usłyszałem, na co kapral zezłościł się i znalazłszy mnie wciąż śpiącego, bez zbędnych ceregieli tak mnie chlasnął pałaszem (niewątpliwie zgodnie ze szwedzką manierą), że zaskoczony nie wiedziałem wróg to czy swój i z początku obnażywszy pałasz, chciałem się bronić. To wywołało u niego jeszcze większą wściekłość i kolejne razy, tak że opamiętawszy się, schowałem broń do pochwy i powiedziałem kilka słów, które złagodziły sytuację. Tym lepiej dla mnie [że tak się to skończyło – red.], bo w podobnych sytuacjach szwedzka dyscyplina, jeśli chodzi o egzekwowanie rozkazów, jest najsurowsza ze wszystkich.

 

Fragment publikacji oparty jest na rosyjskim przekładzie „Dziennika” Patricka Gordona „Dniewnik 1635-1659”, w przekł. i oprac. D.G. Fiedosowa, Moskwa 2005.

[1] Patrick Gordon urodził się w 1635 roku, pochodził ze średniozamożnej rodziny szlacheckiej. Jako katolik nie mógł znaleźć zajęcia w Szkocji, zdominowanej przez dyktaturę Olivera Cromwella. Sposobem na życie stała się emigracja i szukanie zajęcia w wojsku. Po trzech latach nauki w kolegium jezuickim w Braniewie (1651-1654), bez powodzenia starał się zaciągnąć do gwardii księcia Janusza Radziwiłła. Dzięki pomocy rodaków zaciągnął się do armii szwedzkiej. W latach 1656-1658, po dostaniu się kilkakrotnie do niewoli, służył na przemian Szwedom i Polakom. Dzięki znajomości z Janem Sobieskim znalazł się w pułku dragonii hetmana Jerzego Lubomirskiego, z którym walczył przeciw Rosjanom na Ukrainie. Po rozejmie w 1661 roku opuścił Rzeczpospolitą i rozpoczął służbę w armii moskiewskiej. Za czasów Piotra Wielkiego stał się jednym z najważniejszych i najbardziej wpływowych dowódców „autoramentu cudzoziemskiego”. Jako główny doradca i przyjaciel cara-reformatora był jednym z inspiratorów przeobrażeń społecznych i gospodarczych, którym Rosja uległa na przełomie XVII i XVIII wieku, a także jednym z twórców jej potęgi militarnej, która wyszła zwycięsko ze zmagań ze Szwecją w czasie wielkiej wojny północnej. Zmarł w 1699 roku w Moskwie.