Patrick Gordon o wojskowej dyscyplinie

Po podpisaniu rozejmu pod Ujściem w 1655 roku Patrick Gordon[1], szkocki żołnierz, udał się z Hieronimem Radziejowskim w okolice Poznania, gdzie obserwował panującą w wojsku szwedzkim żelazną dyscyplinę. W swoim dzienniku zapisał kto, kogo i za co śmiercią ukarał, a kto śmierci cudem uniknął.

Plan Poznania z 1655 roku, rycina z „Samuelis liberii baronis de Pufendorf De rebus a Carolo Gustavo Sveciae rege Gestis Commentariorium Libri septem […]", Norymberga 1729; Biblioteka Narodowa

26 lipca. Radzijewski [Hieronim Radziejowski – red.] i pułkownik Mardefeldt z 2000 konnicy poszli na Poznań i całą noc spędzili w Murowanej Goślinie, trzy mile od Poznania, dokąd przybyli poznańscy przedstawiciele w celu wyrażenia pokorności i potępienia przemocy. Tymczasem i Wittenberg z armią przeprawiał się przez rzekę Noteć, kierując się do Poznania.

29 [lipca]. Radzijewski [Radziejowski – red.], [na czele] wspaniałego pochodu wojskowego, wkroczył do Poznania. Trzy dni przedtem wyjechał stąd wojewoda inowrocławski, który był przeciw umowie o poddaniu się [szlachty] w Ujściu albo Schneidemühl [Pile – red.]. Z Radzijewskim [Radziejowskim – red.], prócz jego domowników, przybyła setka doborowych rajtarów, którzy rozkwaterowali się w mieście; oddział stanął na postoju milę od katedry. Tutaj spędzałem czas na wizytach i zabawach z moimi starymi przyjaciółmi i znajomymi, choć bez trudu zauważyłem, że w sercu nie było im tak wesoło.

2 sierpnia. Feldmarszałek stanął z armią obozem pod Poznaniem, a wspomniany oddział [tj. „setka doborowych rajtarów” – red.] pod komendą pułkownika (później generała-majora) Betkera przemaszerował 4 mile do Środy i wedle wszelakich regulaminów rozbił obóz dla armii – w polu, przy niewielkim strumieniu, ćwierć mili od miasta. Ale następnego ranka, po wymarszu oddziału z Poznania, powróciłem [tu] z rotmistrzami Gardenem i Duncanem, a także z pewnym podporucznikiem – Cyganem i dwoma Niemcami, kwatermistrzem i kapralem. Wszyscy oni odłączyli się [od oddziału – red.] bez pozwolenia i choć następnego dnia powrócili do oddziału, ich nieobecność została zauważona i po przyjściu obu rotmistrzów, wysłano ich do aresztu. Dzięki natarczywym prośbom pułkownika Hessena i pozostałych przyjaciół uniknęli sądu, jednak trzech ostatnich wzięto pod straż, następnie stanęli przed radą wojenną i zostali skazani na śmierć. Koniec końców pozwolono im rzucić kośćmi i los padł na podporucznika, który został powieszony na dębie, rosnącym po drugiej stronie strumienia.

Tego też ranka na tym dębie powiesili chłopca w wieku 14 albo 15 lat, tylko za to, że rzucił kamieniem w Polaka, który w asyście ochrony próbował odnaleźć w pułkach odebrane mu konie.

Mnie rotmistrz zostawił w Poznaniu, abym wystarał sie dla niego jakiś rzeczy. Po wystaraniu się o nie, pojechałem z powrotem w towarzystwie czterech rajtarów z naszego pułku, którzy namówili mnie, aby zboczyć z nimi z drogi i zobaczyć, czym możemy się pożywić. Natrafiliśmy na dwór szlachecki, jednak nikogo w nim nie spotkaliśmy, za to niedaleko w zaroślach wzięliśmy sześć niezłych koników, a w domu – trochę drobnego dobytku. Wygląda na to, że wszystkie cenniejsze rzeczy i majątek zostały wywiezione znacznie dalej [sic!]. Jeden z koni przypadł mi w udziale.

Feldmarszałek spędził w Poznaniu cztery dni, wzmocniwszy żołnierzy miejskimi zapasami i dostawszy w przy tym niemałą sumę pieniędzy, i zostawił tam komendantem pułkownika Duderstatta z 1200 piechoty i 300 konnicy. Po przybyciu do Środy stanął tam obozem [7 sierpnia], który otoczył wałem. Kiedy się zjawił, zaczęło przyjeżdżać wielu szlachciców ze skargami na uczynione im grabieże i wszelkie gwałty, które (ponieważ winowajców szybko ustalono i schwytano) były karane niezwykle surowo – nawet najmniejsze wykroczenia – hańbiącą śmiercią.

Dwa dni po przybyciu armii o mało co nie spadło na mnie wielkie nieszczęście, ponieważ szlachcic, któremu w drodze powrotnej z Poznania zabraliśmy konie, złożył skargę i dostał [do pomocy] żołnierzy w celu poszukiwania w oddziałach swoich koni i ich złodziei. Zdarzyło się tak, że kiedy z kolegami z pułku wyjeżdżałem z obozu po furaż, ten szlachcic z żołnierzami zatrzymał jednego z naszych rajtarów z zabranym mu koniem. Widząc, że zabierają mojego towarzysza, wbrew jego woli i z nieznanego powodu, pospieszyłem za nim, aby go wyswobodzić. Jednak moi koledzy zorientowawszy się, rzucili się za mną i z dużym trudem przekonali, abym się powstrzymał, przestrzegając przed ogromnym niebezpieczeństwem, którego nawet nie podejrzewałem, a i ledwie mogłem ich zrozumieć, bo nie znałem ich języka. Biedak, którego zabrali, został jeszcze tego dnia powieszony, w skutek czego przez kilka dni ukrywaliśmy się w wielkim strachu.

Dwa dni potem feldmarszałek rozkazał powiesić swojego chirurga, człowieka dość młodego, za zamordowanie ponad sześćdziesięcioletniego wikariusza biskupa gnieźnieńskiego. Ten lekarz z 20 wspólnikami zagarnął dużo pieniędzy i bogaty łup. Powieszono go na nowej szubienicy, [zbudowanej] na wzgórzu naprzeciw kwatery feldmarszałka. Kilku z jego wspólników pojmano i stracono, jednak większość uciekła.

Taka była surowość, albo lepiej mówiąc tyrania, tego feldmarszałka, że przyłapanego na gorącym uczynku, za najmniejszą przewinę, karano śmiercią. Sam widziałem, jak jeden z piechurów wszedł do biednej chałupy i zabrał dzbanek mleka. Młodzian widząc feldmarszałka, który akurat przejeżdżał w karecie, ze strachu wypuścił z rąk dzbanek, a gospodyni szła za nim i płakała, bardziej z powodu przerażenia niż z doznanej straty, na co wskazywały jej głośne lamenty. Upadła na kolana i błagała [o niego], widząc, że z rozkazu generała zatrzymali go i powiesili na wrotach [gospodarstwa]. Z dobrze poinformowanego źródła dowiedziałem się, że po drodze ze Szczecina do Konina, gdzie przybył do nas król, stracono około 470 ludzi, w większości z powodu drobnych wykroczeń. Niepotrzebne okrucieństwo wobec armii, której nie płacili [żołdu – red.]! Tak też uważał i sam król; potem wielu słyszało, jak często obwiniał Wittenberga za jego skrajną surowość.

 

Fragment publikacji oparty jest na rosyjskim przekładzie „Dziennika” Patricka Gordona „Dniewnik 1635-1659”, w przekł. i oprac. D.G. Fiedosowa, Moskwa 2005.

[1] Patrick Gordon urodził się w 1635 roku i pochodził ze średniozamożnej rodziny szlacheckiej. Jako katolik nie mógł znaleźć zajęcia w Szkocji, zdominowanej przez dyktaturę Olivera Cromwella. Sposobem na życie stała się emigracja i szukanie zajęcia w wojsku. Po trzech latach nauki w kolegium jezuickim w Braniewie (1651-1654), bez powodzenia starał się zaciągnąć do gwardii księcia Janusza Radziwiłła. Dzięki pomocy rodaków zaciągnął się do armii szwedzkiej. W latach 1656-1658, po dostaniu się kilkakrotnie do niewoli, służył na przemian Szwedom i Polakom. Dzięki znajomości z Janem Sobieskim znalazł się w pułku dragonii hetmana Jerzego Lubomirskiego, z którym walczył przeciw Rosjanom na Ukrainie. Po rozejmie w 1661 roku opuścił Rzeczpospolitą i rozpoczął służbę w armii moskiewskiej. Za czasów Piotra Wielkiego stał się jednym z najważniejszych i najbardziej wpływowych dowódców „autoramentu cudzoziemskiego”. Jako główny doradca i przyjaciel cara-reformatora był jednym z inspiratorów przeobrażeń społecznych i gospodarczych, którym Rosja uległa na przełomie XVII i XVIII wieku, a także jednym z twórców jej potęgi militarnej, która wyszła zwycięsko ze zmagań ze Szwecją w czasie wielkiej wojny północnej. Zmarł w 1699 roku w Moskwie.