Pieniądze władców elekcyjnych – cz. 2: od Jana Kazimierza do Jana III Sobieskiego

W początkach panowania Jana Kazimierza, to czas produkcji drobnej, ale dobrej monety. Sytuacja zmieniła się wskutek kryzysu gospodarczego w Rzeczpospolitej w II połowie XVII wieku. Wielkie zniszczenia wojenne, wyludnienie, ruina dużych obszarów kraju, wojenne ciężary, a przede wszystkim konieczność opłacenia zaległego żołdu dla wojska, postawiło kwestię pozyskania odpowiednich wpływów skarbowych. Te zaś wyglądały dramatycznie. Problemem był zwłaszcza sumy należne wojsku. Nieopłacani żołnierze, zawiązywali konfederacje, domagali się zaległego żołdu. Tym samym stali się zagrożeniem reformatorskich planów króla.

Tymf Jana Kazimierza Wazy, awers. Fot. W. Kalwat.

Miedziane szelągi zalewają kraj

Remedium na pustki w skarbie miały być miedziane szelągi. Pomysłodawcą ich był zarządca mennicy krakowskiej Tytus Liwiusz Boratini. Zawarto kontrakt z Boratinim i rozpoczęto produkcję miedziaków. Wkrótce spod menniczej prasy wypłynął potok szelągów. W latach 1659-1661 wybito ustaloną ilość szelągów za sumę 2 mln złp. Włoch nie ograniczył się do tego i na własną rękę puścił w obieg szelężnej monety za ok. 1,5 mln złp. Sprowadziło to na niego powszechną krytykę. Mennica pracowała jednak dalej i kolejne miliony boratynek − bo tak zwano szelągi – trafiały na rynek. Oblicza się, że w okresie 1659-1666, do obiegu trafiło pomiędzy 10 a 20 mln złp w monecie szelężnej, co dawałoby astronomiczną liczbę 1-1,8 mld monet! Prócz tego liczni krajowi i zagraniczni fałszerze zalali Rzeczpospolitą olbrzymią liczbą fałszywych szelągów, zwanych klepaczami.

Wielka ilość boratynek wywołała inflację i zjawisko podwójnych cen, liczonych w miedzi i srebrze, przy czym ciągle rosła cena monety srebrnej względem miedzianej. W 1662 roku należało do ceny kupna doliczyć ok. 15% więcej w szelągach, a w 1666 aż 70 %.

Tymf, czyli złoty

Potrzeby skarbowe skłoniło dwór Jana Kazimierza ku pomysłowi dzierżawcy mennic Andrzeja Tymfa. Opracował on plan wypuszczenia srebrnych monet złotowych (dotychczas złoty nie był realna monetą a jedynie jednostką obrachunkową wartą 30 groszom), w których srebra było nie za 30 groszy lecz zaledwie 12-18. To świadome oszustwo starano się ukryć pod napisem: „DAT PRETIUM SERVATA SALVS POTIORQUE METALLO EST” („Cena tej monety daje zbawienie ojczyzny, które jest więcej warte od metalu”). Tymf w ciągu 3 lat wyemitował ok. 7 mln złotych, przynosząc królewskiemu skarbowi spory zysk. Duże dochody osiągnął i on sam. Ludność jednak ponosiła straty i nie dała się zwieść umieszczonemu nominałowi („XXX GRO. POL”) i szybko zorientowała się w oszustwie. Te pierwsze masowo bite polskie monety złotowe (zwane tymfami), przyjmowała nader niechętnie, a królewski monogram „ICR” („Joannes Casimirus Rex”) rozszyfrowano jako „Ini­tium Calamitatis Regni” („początek nieszczęść królestwa”). W istocie wyprodukowanie tak wielkiej ilości podwartościowych monet złotowych i szelężnych, doprowadziło do przewrotu cen, inflacji i olbrzymiego kryzysu monetarnego, z którym nie poradzono sobie przez następne kilkadziesiąt lat. Chaos monetarny spotęgowany był ponadto fałszowaniem polskiej monety.

Tymfy i boratynki rozprowadzone po kursie przymusowym, sprowadziły gromy na ich twórców. Oskarżano ich o nadużycia mennicze, „że oni złoto i srebro wyssawszy z Rzplitej, napełnili plewami Polskę, wszystkich (...) żebrakami porobili, a sami srodze spanoszyli się”. Postawiono ich nawet przed sądem sejmowym, który jednak nic im nie udowodnił. Sprawy Tymfa i Boratiniego nie można traktować wyłącznie w kwestiach gospodarczych. Atak na obydwu dzierżawców mennic był w istocie atakiem opozycji na króla i jego plany reformy.

Oceniając puszczenie na rynek boratynek i tymfów, należy stwierdzić, że była to konieczność w tragicznej sytuacji kraju. Jednak ich emisje były zdecydowanie za duże. Na dodatek ich liczba została zwiększona o miliony fałszywek. Mimo to pieniądze te nie były przyczyną kryzysu gospodarczego, ale raczej go pogłębiły.

Satyrą w boratynki i tymfy

Dyskutowano nie tylko na argumenty, ale także przy pomocy satyr i paszkwili. Kraj został zalany utworami skierowanymi przeciwko dzierżawcom mennic. Piętnowano w nich machinacje mincerzy, monarchę i powszechne fałszerstwa. A tym, którzy potracili swe majątki na skutek kryzysu, nie pozostawało nic innego, jak tylko gorzko szydercze powiedzenie, że tymf jest wart żartu. Plaga fałszywych boratynek dezorganizowała rynek pieniężny jeszcze w XVIII wieku. W roku 1717, podskarbi wielki koronny, Jan Jerzy Przebendowski wydał uniwersał, który stwierdzał: „klepaczów zaś miedzianych, że się siła między prawdziwemi szelągami znajduje, wcale brać nie pozwalam, y owszem ktoby się znalazł faber [kowal] takowey monety klepaczów i inney fałszywey, criminaliter ad prescriptum Prawa Koronnego (...) karany będzie”. Same zaś tymfy i boratynki pozostały w obiegu aż do czasów Stanisława Augusta, kiedy to ostatecznie zostały wyłowione i przetopione na nowa monetę.

Anonimowa satyra z lat 60. XVII wieku

Ojcze nasz, królu polski, Janie Kazimierzu,

Któryś jest w majestacie, lecz nie w dobrym pierzu,

Ale nas zbaw od Tymffa i Boratyniego,

i poszlij ich do czarta, piekła przeklętego.

Bo któż tymfom z ortami (monety o wartości 18 gr), także z szelągami

Nikt najbardziej nie winien tylko oni sami.

Słusznie by znów kazać bić czerwone złote,

A zagubić szelągi, przemierzłą hołotę;

Każ znowu robić dobre orty i talary,

[...] Przywróć nam do Korony nasze srebro i złoto,

Bo wiedz o tym, że będzie wielki kłopot o to!

Wacław Potocki − fraszki:

Ogród fraszek

Jeśli Boratiniego szelągi waloru

Bierzemy i klepacze biją pośród boru,

Bo się po lasach ich mincerze kryją,

Żeby królewskiej głowy nie płacili szyją

Klepacze

Widziałem, a własnemu trzeba wierzyć oku,

Kiedy dziad szeląg deptał nogami w rynsztoku,

Kiedy baba klepacza, że ich nikt nie bierze,

Wzgardziwszy, twarz królewską pierze.

Nieudacznik z wieńcem laurowym na głowie

Panowanie Michała Korybuta Wiśniowieckiego było krótkie i nieszczęśliwe. Kilkuletnie rządy wypełniały walki wewnętrzne, które prawie doprowadziły do wojny domowej. Tonąca w waśniach Rzeczpospolita nie była w stanie przeciwstawić się tureckiej nawale, czego efektem był upadek Kamieńca Podolskiego. Haniebny traktat buczacki, który uzależniał Polskę od Turcji, dopełnił bilansu rządów słabego monarchy. W istocie Michał Korybut władcą był miernym, a tron zawdzięczał zasługom wojennym swego ojca księcia Jeremiego. Papuzi wręcz zmysł do nauki języków obcych nie szedł w parze z umiejętnością mówienia czegoś mądrego w którymkolwiek z nich. Słabowitego zdrowia, był także najzwyczajniej brzydki. Swą brzydotę i łysinę krył pod olbrzymią peruką. Taki właśnie wizerunek władcy widzimy na dwudukacie elbląskim. Co jest jeszcze zadziwiające, że ten monarcha, bijący niewiele monet, przystrajał się na nich w wieniec laurowy. Co prawda, zgodne było to z modą, ale miało się nijak do jego wojennych dokonań.

Złotówka koronna Michała Korybuta Wiśniowieckiego, awers. Fot. W. Kalwat.

Król prawie nie bił monet koronnych, nie licząc krótkich serii monet bydgoskich. Działały za to mennice miejskie w Elblągu, Gdańsku i Toruniu. W tej ostatniej mennicę dzierżawił Hans Dawid Lauer. Produkował w niej wyłącznie monety szelężne, które, podobnie jak niesławne boratynki, zalały rynek pieniężny Prus Królewskich. Były one wykonane niestarannie i zamiast królewskiego popiersia posiadały jedynie monogram władcy „MR” (Michael Rex – Michał król). Te bite z lichego srebra pieniądze, wywołały protesty miast pruskich. Na nic się one zdały. Lauer prowadził swoją działalność nawet po śmierci Wiśniowieckiego.

Monety Lwa Lechistanu

Zwycięstwo pod Chocimiem otworzyło hetmanowi wielkiemu koronnemu Janowi Sobieskiemu drogę do tronu. Ciągłe zmagania z Turcją nie sprzyjały uporządkowaniu spraw monetarnych. Jednak galimatias pieniężny, kursowanie w obiegu różnorakiej monety polskiej – głównie tymfów i boratynek, zagranicznej – w tym podwartościowych talarów holenderskich, zwanych lewkowymi, oraz masy fałszywek, wymógł na królu i jego otoczeniu uregulowanie spraw monetarnych. Nie bez znaczenia były tu także wojenne potrzeby państwa. W 1677 roku sejm zezwolił na otwarcie mennic i oszacował także cenę pieniądza. Dukat miał kosztować 12 złp w szelągach, zaś talar 6 złp w „monecie szelężnej”. Ustalono także wzajemne relacje pomiędzy pieniądzem srebrnym a miedzianym. 100 zł w monecie srebrnej miał kosztować 170 złp w szelągach. Wkrótce jednak cena wzrosła do 200 złp w szelągach.

W 1677 roku podskarbi wielki koronny, Jan Andrzej Morsztyn, uruchomił mennicę w Bydgoszczy. Tam najprawdopodobniej wyprodukowano również niezwykle rzadkie dzisiaj talary. Na monetach tych król został przedstawiony w stroju rzymskim, z wieńcem laurowym na głowie. Dwa lata później w Krakowie rozpoczęła pracę druga mennica dzierżawiona przez Tytusa Liwiusza Boratiniego, stąd też na krakowskich monetach Jana III widnieją litery „TLB”. Powierzenie Boratiniemu zarządu mennicą było formą spłaty długów Rzeczpospolitej wobec Boratiniego. Po jego śmierci, zarząd wytwórnią krakowską przechodzi w ręce spadkobierców Włocha. W 1683 roku Morsztyn, za nadużycia, ale także w ramach rozgrywek stronnictw, zostaje pozbawiony swej funkcji i ucieka do Francji. Na urzędzie zastąpił go Marcin Zamoyski, który wypowiada dzierżawę mennicy krakowskiej i wraz z mennicą bydgoską przekazuje w zarząd kasztelanowi brzesko-kujawskiemu Spytkowi Pstrokońskiemu. Po paru latach, mennice zostały jednak zamknięte, ponieważ nie przynosiły spodziewanego profitu.

Sześciogroszówka Jana III Sobieskiego, awers. Fot. W. Kalwat.