Poetyckie nagrobki weszki

Największy rozkwit literackich epitafiów przypada w polskiej literaturze na wiek XVII. Powstaje wówczas szereg rozbudowanych cykli nagrobków, a eksploracja możliwości gatunku prowadzi do nowych odkryć, jak epitafium zwierzęcego. Łączące w sobie cechy nagrobka i bajki zwierzęcej, ocierające się często o parodię epitafijnego gatunku, znane były już poezji antycznej, ale do polskiej literatury przenikały raczej opornie. Wśród licznych nagrobków Fraszek Jana Kochanowskiego znajdujemy tylko dwa epitafia zwierzęce, Nagrobek kotowi oraz Nagrobek koniowi. Ale już w 1614 r. typograf drukarni Akademii Zamoyskiej dołączył do edycji Sielanek Szymona Szymonowica cały zbiór epitafiów zwierzęcych pt. Nagrobki zbieranej drużyny: „Mniemam, że się samy, bez zalecenia mego, każdemu zalecą, albo przynamniej z bajkami Ezopowymi pod jedną cenę pójdą”.

Srebrny kałamarz, ilustracja z Dictionnaire de l'ameublement et de la décoration depuis le XIIIe siècle jusqu'à nos jours Henry Havard, Paris, 1887-1890.

Nie pomylił się drukarz. Nagrobki zbieranej drużyny stale towarzyszyły Sielankom, rychło też doczekały się naśladowców. Dziesięć nagrobków zwierzęcych napisał Zbigniew Morsztyn, a Jan Gawiński epitafia Szymonowica dopełnił swoimi. Z apokryfów Gawińskiego uwagę przykuwa najobszerniejszy nagrobek cyklu, paradoksalnie poświęcony zwierzęciu najmniejszemu – upolowanej na dziewczęcym łonie mendoweszce.

    Ona-m ja płeszka, raczej malutu perniuchny

            Robaczek, proszek czarny, skoczek wyborniuchny.

            Gdy w pościałce panieńskiej wędrówkę i skoki

            Wyprawuję, na żywe napadam obroki.

            [...]

            Lecz się nie kontentując tym smacznym obrokiem,

            Do łonka się obracam, choć poniewidokiem,

            Łonka, które natura wstydem ogrodziła,

            Tam żądełko, w tym miejscu swoje-m utopiła

            Do żywego w kąciku tym kiedym dojęła,

            Że aż się z głębokiego snu panna ocknęła,

            Namacawszy w swoim mię przyrodzonym saczku,

            W paluszkach mię rozgniotła w śmierć aże do znaczku.

Nagromadzenie zdrobnień w pożegnalnej mowie wygłaszanej przez wesz łonową nie tylko sugestywnie oddaje mikroskalę polowania, ale też odbiera całą powagę tragicznej śmierci w intymnych zakątkach panieńskiego ciała.

Gawiński opracował jedynie popularny temat (w pełni autorski był tylko pomysł, by pannie odebrać radość z wygranej przestrogą: „Jedna płeszka zginie, / A tysiąc w pomstę w jednej zrodzi się godzinie”). Znamienne, że inne epigramaty O płeszce „skaczą” też między barokowymi autorami i nie do końca jesteśmy pewni, kto je właściwie napisał. Pierwszy nie jest epitafium – pchełce udało się bowiem ujść z życiem (chyba – tekst bowiem nie do końca w tym zakresie jest jednoznaczny):

            Pannę pchła ukąsiła w słabiznę pod brzuszek,

            Wnetże ją panna spłoszy; pchła skoczy w kożuszek.

            Panienka nogi stuli od wielkiego strachu,

            Ona pchła musiała wleźć do ciasnego gmachu.

            Próżno to ma strach oczy; choć nie wpadło w ręce

            Panieńskie te to pacholątko, przecię było w męce.

            A słusznie ją Bóg skarał, tę pchłę niewstydliwą,

            Śmiała w smaczny kęs szczypać panienkę cnotliwą

Wierszyk wydrukował w swym zbiorze około 1615 r. autor ukrywający się pod pseudonimem Baltyzer z Kaliskiego Powiatu, ale w obiegu rękopiśmiennym zachował się wśród utworów Hieronima Morsztyna. Drugi wierszyk znajdujemy pośród fraszek zdolnego poety schyłku XVI w., Jana Smolika:

            W smaczny kąsek panience płeszka ugodziła,

            A przez włosiany gaik w brzeg ją zakąsiła.

            Czuje, że gonić miano, kęs niżej uskoczy,

            Ale próżno! Panienka namaca, choć w nocy,

            Bo wnet jej na udzie swym srogą śmierć zadała,

            Której Wenus nagrobek taki napisała:

            „Płeszka tu jest zabita. Ma być pogrzebiona

            W mogile, w której mało nie jest uchwycona”.

Ten sam utwór wydał jako swe dzieło wydał w 1609 r. Adam Władysławiusz. Jego waga polega na tym, iż pokazuje, że temat był importem z zachodniej poezji neołacińskiej. Jest to bowiem udatny przekład epigramu De pulice wywodzącego się z Palermo Hieronima Angeriano (kilka w jego wierszy przełożył Jan Andrzej Morsztyn, co najlepiej dowodzi uznania, jakim Angeriano cieszył się wśród polskich autorów).

Wszystkie trzy polskie teksty o „pchełce” opierają się na tym samym zespoleniu śmierci i erotyki. Wesz, przyłapana przez dziewczynę, kiedy kąsa ją „w słabiznę pod brzuszek”, ponosi śmierć lub przynajmniej doświadcza męczarni. Eros i Tanatos, choć w mikroskali, łączą się tu w doskonałych proporcjach. Właśnie dlatego insekt miał takie powodzenie u dawnych twórców. Śmierć poniesiona w dziewczęcym łonie była obiektem zazdrości kolejnych poetów, którzy z upodobaniem eksploatowali wątek.