Polacy łupią Prusaków: wojna chocimska

Szok spowodowany klęską pod Cecorą i śmiercią kanclerza i hetmana wielkiego koronnego Stanisława Żółkiewskiego (tudzież niewolą hetmana polnego koronnego Stanisława Koniecpolskiego) skłonił obradujące na sejmie jesienią 1620 r. stany do zgody na zaciągnięcie niespotykanej dotąd liczby 36 tys. żołnierzy na obronę przed Turkami. Tak liczną armię trzeba było odpowiednio wyekwipować przed wysłaniem do walki, to kosztowało zaś zarówno czas, jak i pieniądze. Podobnie jak było to w przypadku poprzednich konfliktów, także teraz zarówno część polskich i litewskich dygnitarzy, jak i wielu dowódców wojskowych uznało, że o pomoc można zwrócić się do lennika pruskiego. Szło przy tym głównie o dwie rzeczy – pomoc w pieniądzu i sprzęcie wojennym oraz tzw. stacje wojskowe, czyli wyżywienie oddziałów, gromadzących się na kampanię turecką.

Mapa Prus Książęcych Gerarda Mercatora, 1611; Biblioteka Narodowa

Przykład szedł z najwyższego szczebla. Oto sam Zygmunt III już w maju 1621 r. zlecił wojewodzie chełmińskiemu Janowi Wejherowi, aby wystarał się u nadradców pruskich – zastępujących w zarządzie krajem przebywającego w Brandenburgii księcia – aby wyznaczyli niedaleko Działdowa stanowiska dla 500 jazdy polskiej na jeden tydzień. Zapewniano przy tym ochronę miejscowej ludności oraz szybki wymarsz wojska na Ukrainę. Niestety, prośba została odrzucona.

Podobnie Prusacy potraktowali petycję kanclerza wielkiego litewskiego Lwa Sapiehy, który w kwietniu 1621 r. zwracał się do samego księcia elektora Jerzego Wilhelma o zgodę na zakup wyposażenia wojskowego w Prusach. Swoje prośby już to o zaopatrzenie wojska, już to o zgodę na jego przemarsz przez Prusy kierowali do Królewca także wojewodowie malborski Stanisław Konarski i pomorski Samuel Żaliński – najczęściej z miernym skutkiem.

Jak widać, zarówno książę elektor, jak i zastępujący go nadradcy nie kwapili się do pomocy Polakom i Litwinom w nadciągających zmaganiach z Półksiężycem. Nie było w tym nic dziwnego, zważywszy na poprzednie negatywne doświadczenia Prusaków wyniesione z – najczęściej przymusowych – kontaktów z polskim żołnierzem. Tym bardziej nie dziwi też, że sami żołnierze polscy, nie oglądając się na wstawiennictwo wyższych dygnitarzy, wyciągali od Prusaków odpowiednie zaopatrzenie. I czynili to dużo sprawniej i skuteczniej, nie krępując się zbytnio międzynarodowymi układami ani nie bawiąc w dyplomatyczne konwenanse.

Podobnie jak było to wcześniej – i będzie później – pułkownicy, rotmistrzowie i porucznicy oddziałów polskich pisali do pogranicznych starostów pruskich, domagając się zaopatrzenia dla swoich żołnierzy, będących na służbie króla i cierpiących różne niedostatki w zubożałych powiatach mazowieckich. Oczywiście listy były utrzymane z reguły w przyjaznym tonie – chodziło wszak o uzyskanie konkretnych korzyści – niemniej nietrudno było dopatrzyć się w tych suplikach zawoalowanej groźby w duchu „kup pan cegłę”. Przeszłość doskonale zresztą pouczała w tym Prusaków, iż niespełnienie próśb żołnierzy polskich może skończyć się złupieniem okolicy, przy czym szukanie sprawiedliwości w polskich czy litewskich sądach było sprawą i kosztowną, i długotrwałą. Krótko mówiąc – zwykle lepiej było się zgodzić, niż ryzykować, że żołnierze sami wezmą to, o co proszą.

Dla ilustracji podamy tylko kilka przykładów. Oto w marcu 1621 r. rotmistrz piechoty Wacław Bazyli Życzewski wydobył od pisarza piskiego Daniela Gessla zaprowiantowanie dla swego oddziału zmierzającego do Grodna. Prusak, zgadzając się, wyrażał zarazem nadzieję, że Życzewski „jako rycerski człowiek” nie będzie ciemiężyć ludzi powiatu piskiego, co zresztą niemało uraziło rotmistrza. Takoż w marcu Pisz opłacił się rotmistrzowi Andrzejowi Śladkowskiemu, wysyłając 20 zł na wino i beczkę miodu (dla porównania – trzymiesięczny żołd husarza wynosił wtedy 41 zł). Zygmunt Niszczycki, formujący 200-konną chorągiew husarską w Łomży, zażądał dla niej zaprowiantowania w końcu kwietnia od starostów ełckiego i piskiego. Z kolei rotmistrz Jan Fogarach wyliczył potrzeby swoich żołnierzy na 100 jałowic, 500 połci mięsa, 100 miednic (czyli 3600 litrów) masła, 100 kop serów i 300 beczek owsa. Dodał przy tym, że jeśli nie otrzyma żądanego zaopatrzenia, będzie musiał pozostać kilka tygodni w powiecie wraz ze swymi żołnierzami. Jego oficerowie odebrali w powiatach ełckim i oleckim 250 zł, a już trzy dni później znów zażądali stacji. Nie dano ich im, prezentując w zamian podpisany kwit i podejmując poczęstunkiem. To nie powstrzymało Polaków od zrabowania koni chłopom z pogranicznej wioski.

Przykład Fogaracha, na którego Prusacy skarżyli się do sądu w Grodnie, wprowadza w tematykę polskich nadużyć i rabunków. Skargi na swawolnych żołnierzy zaczęły się wczesną wiosną 1621 r., nasilając się w maju. Starosta olecki Baltazar Fuchs skarżył się na żołnierzy rotmistrza Adama Glinki, grasujących w powiatach oleckim i ełckim i wybierających stacje w pieniądzach. Pisarz olecki Wilhelm Kreytner relacjonował w końcu marca urzędnikom litewskim „wielkie i nieznośne szkody, gwałty, najazdy na wsie powiatu oleckiego od różnego żołnierstwa JKMci poczynione”. Skarżąc się Zygmuntowi Niszczyckiemu w maju, Prusacy w pięciu wsiach naliczyli zabranych 17 koni i 4 woły od różnych gospodarzy. A nie był to odosobniony przypadek.

Oto w marcu żołnierze z roty Mikołaja Kossakowskiego poturbowali burmistrza oleckiego. W czerwcu podkomendni Jana Schwarzhofa splądrowali wsie Markowskie i Krupina, pobili ludzi i zabrali konie, woły i owce. Znany nam Fogarach został oskarżony o groźby spalenia Gołdapi, na co zresztą odpowiadał, żaląc się, że to jego ludzie, wybierając w tej okolicy stacje, stali się celem ataku miejscowej ludności. Ogółem Prusacy wyliczyli wydane Polakom stacje na ponad 50 stronach, wyszczególniając imiennie rotmistrzów oraz ile i co dano z określonych miejscowości.

Oczywiście w skali całych Prus Książęcych poczynione przez Polaków zniszczenia i wymuszone stacje nie były wielkim nieszczęściem. Niemniej dotkliwie odczuły je pograniczne powiaty pruskie, które chcąc nie chcąc zapłaciły za organizację obrony kresów wschodnich przed najazdem tureckim.