Polskie poselstwa w Stambule

Misje dyplomatyczne do Turcji budziły sporo emocji wśród ich uczestników. Wiązało się to z ciekawością poznania wielkiego imperium, jego stolicy, o której krążyły legendy, ludzi i ich zwyczajów, nie mówiąc już o zobaczeniu sułtana i możliwości wzbogacenia się na sprowadzanych stamtąd przy okazji towarach. Nic dziwnego, że wyprawy te – poza wagą, jaką do nich przywiązywały kręgi rządzące – cieszyły się wielkim zainteresowaniem społeczeństwa.

Oficerowie janczarów, niemiecka rycina z XVII w.

Poselstwa przemierzały państwo tureckie dwoma szlakami: morskim i lądowym. W XVI w., kiedy delegacje nie były zbyt liczne, bardzo często przyłączano się do karawany kupieckiej i razem z nią podróżowano lądem bądź na statkach regularnie pływających z Akermanu do Stambułu. Zresztą sam orszak poselski trochę przypominał karawanę kupiecką, gdyż każdy z delegatów wiózł w swoich sakwach przedmioty, które zamierzał sprzedać lub kupił w stolicy imperium. Karawana zapewniała bezpieczeństwo posłowi i jego ludziom, a on sam w zamian starał się, dzięki oficjalnym kontaktom z lennikami sułtańskimi i miejscową administracją, uchronić kupców przed opłatami celnymi. Sytuacja zmieniła się w XVII w., kiedy misje dyplomatyczne zaczęto powierzać magnatom. Oni podróżowali już znacznie bardziej okazale i w odpowiednio licznej asystencji, co gwarantowało bezpieczną podróż. Kwestia bezpieczeństwa zależała także od stosunków między obydwoma państwami. W XVI w. polscy posłowie nie musieli się niczego obawiać, ale w następnym stuleciu sytuacja się zmieniła. Co prawda nie groziło im więzienie czy zesłanie na galery, ale od czasu do czasu mogli zostać osadzeni w areszcie domowym (tak jak przydarzyło się to Hieronimowi Radziejowskiemu), a ich mienie mogło zostać rozgrabione. Mogło dojść nawet do zamachów skrytobójczych – taki przypadek miał miejsce tylko raz i spowodowany był szpiegowskim charakterem misji Jakuba Podlodowskiego oraz wyznaczonym mu zadaniem skupywania koni arabskich, na co Turcy patrzyli z niechęcią i podejrzliwością.

Droga przez terytorium osmańskie przebiegała szybko, tym bardziej że posłowie chcieli jak najszybciej naleźć się w Stambule. Poselstwo zbliżywszy się do jego murów było witane w imieniu Porty przez specjalnego wysłannika sułtana – czausz paszę – a czasami nawet przez dragomana, czyli wielkiego tłumacza (zdarzyło się to przy witaniu posła cesarskiego). Czasem miało to miejsce na ostatnim postoju przed murami miasta, a czasem w jakieś odległości od nich. Wysłannikom tureckim towarzyszył zawsze kolorowy orszak złożony ze spahisów, albo nawet janczarów, który asystował później polskiemu poselstwu podczas wjazdu do Stambułu i podróży do kwater. Jednym z powtarzających się w opisach misji elementów było popisywanie się tureckiej asysty sztuką miotania dzirytów. Wszystko to trwało często bardzo długo, jak w przypadku wjazdu poselstwa Wojciecha Miaskowskiego w 1640 r., kiedy to poseł po kilkugodzinnej paradzie dotarł na miejsce pobytu ok. godz. 20. Oczywiście wszystkie te elementy nie były darmowe, po zakończeniu ceremonii królewscy wysłannicy musieli opłacić wszystkich członków orszaku, poczynając od dygnitarzy, a skończywszy na koniuchach. Skarżono się na ten obyczaj, który potrafił nadszarpnąć kasę poselstwa. W XVII w. pojawił się też rytuał wysyłania po posła konia ze stajni sułtańskich, a powitanie przed murami często kończyło się poczęstunkiem ze „słodkościami, kawą, wódką i kurzeniem według zwyczaju”, jak zapisał w 1699 r. Rafał Leszczyński.

Podczas wjazdu obie strony starały się zrobić odpowiednie wrażenie. Leszczyńskiego poprzedzała orkiestra, oddział wojska i orszak towarzyszącej posłowi szlachty. Prowadzono zapasowe konie w bogatych uprzężach, dalej jechały karety i wozy poselstwa wraz z personelem, a także zbrojna ochrona. Nie wszystkie wjazdy były aż tak okazałe jak ten wojewody łęczyckiego, wszystko zależało od funduszy prywatnych danego posła. Po uroczystym wjeździe orszak udawał się do przydzielonej mu gospody. Czasem przydzielano mu jeden z pałaców – zrujnowany i niewygodny, jeśli chciano wyrazić niezadowolenie z polskiej polityki.

Kolejnym, obowiązkowym punktem programu tzw. wielkiego, czyli oficjalnego, poselstwa była audiencja u najważniejszych dostojników Wysokiej Porty według ściśle określonej przez osmańską ceremonię kolejności. Najważniejsza była wizyta u wezyra, która miała bardzo oficjalną formułę. Poseł znów uroczyście był przeprowadzany ze swojej kwatery do siedziby sułtańskiego dostojnika przez liczny orszak turecki. Tam wraz z częścią orszaku wprowadzano go do sali audiencjonalnej, gdzie po chwili zjawiał się wezyr. Obie strony wygłaszały mowy, po czym następowało ubranie królewskich wysłanników w kaftany, stosowne do rangi obdarowanych osób. Ten bogato zdobiony ubiór był bardzo pożądany przez polskich przybyszów. Następnie orszak opuszczał rezydencję odprowadzany przez mniej uroczystą asystencję, którą także należało obdarować. Po tych oficjalnych wizytach rozpoczynały się dni wytężonej pracy, która polegała na nieformalnych spotkaniach z dostojnikami tureckimi, już bez wspomnianych ceremonii.

Najważniejszą częścią misji była oficjalna audiencja u sułtana. Również i w tym wypadku poseł i jego orszak byli uroczyście, w ceremonialnej procesji, jeszcze bardziej okazałej niż wcześniejsze, odprowadzani z kwatery do bram sułtańskiego pałacu. W ściśle określonym przez ceremoniał miejscu zsiadali z koni i szli dalej pieszo. W wielkiej sali audiencjonalnej czekali już dostojnicy tureccy, do których po zjawieniu się posła dołączał wezyr. Zanim rozpoczęła się właściwa część audiencji, następowała seria wydarzeń mających odpowiednio wpłynąć na postawę zagranicznych gości: wypłata żołdu janczarom, by wykazać potęgę państwa osmańskiego czy wydawanie wyroków sądowych. Po zakończeniu tych czynności następował krótki poczęstunek, a następnie całe zgromadzenie udawało się w całkowitym milczeniu przed oblicze sułtana. Wcześniej poseł i jego orszak znów byli ubierani w kaftany (w XVI w. odbywało się to już po spotkaniu), obdarowywano ich bogatymi prezentami, takimi jak konie, naczynia i broń, a po audiencji znów ceremonialnie odprowadzano do kwatery.

Początkowo obdarowywanie wysłanników kaftanami i podarunkami było symbolem zadowolenia Wysokiej Porty z efektów misji. Później kaftan zmienił swoją funkcję. Wręczany był przed właściwą częścią audiencji, aby pokazywać, że cały świat barbarzyński, czyli niemuzułmański, przyjmuje osmański ceremoniał, a ubiór cywilizuje z definicji źle ubranego barbarzyńcę.

Oczywiście pobytu nad Bosforem nie wypełniały jedynie wizyty u sułtana czy wysokich urzędników. Oczekiwanie na audiencję trwało niekiedy tygodniami, a spotkania z wezyrem nie były zbyt częste. Stąd też naturalne stało się, że polscy dyplomaci podczas wielomiesięcznych niekiedy pobytów w Stambule oddawali się zaspokajaniu swojej ciekawości i zwiedzali miasto, przyglądając się jego budynkom i ludziom. Z chęcią odwiedzano wielki bazar, gdyż misja była też okazją do wzbogacenia się na sprzedaży w kraju zakupionych w Stambule produktów, często ze znacznym zyskiem. Szczególnym zainteresowaniem cieszyły się stroje, materiały, broń, kosztowności, naczynia, a przede wszystkim konie. Były one cenione przez szlachtę i sprowadzane przez magnatów do ich wielkich, ukrainnych stadnin, gdzie hodowano konie także dla wojska. Kupowano więc (bądź otrzymywano w darze) dla siebie lub aby z zyskiem odsprzedać w kraju. Równie chętnie dzielono się wrażeniami z podróży, pozostawiając liczne zapiski i relacje, by dać świadectwo niezwykłym wydarzeniom, które towarzyszyły misjom polskich dyplomatów.