Rękoczyny na sejmach

Na dawnych sejmach co bardziej krewcy posłowie w wyrażaniu swojego niezadowolenia często nie poprzestawali tylko na wrzaskach i wyzwiskach, niejednokrotnie podczas obrad dochodziło do szarpanin i rękoczynów. Gdy na sejmie warszawskim w 1570 roku posłowie dobijali się do izby, w której obradował król z senatorami, marszałek nadworny zmuszony był odepchnąć laską zbyt natarczywego posła litewskiego. Zajście to wywołało w izbie poselskiej wielkie oburzenie. W czasie obrad sejmu walnego w 1592 roku „Pan Szemot insimulował Pana Nakielskiego, że mówić miał, że z upraktykowanym Marszałkiem przyszli, na co mu Pan Nakielski pod pokrywką zadał falsitatem; także i P. Szemot jemu, za czym Pan Nakielski przegrażac mu począł i porwali się do siebie”. Miało to miejsce od razu pierwszego dnia obrad. Następnego dnia znów „przyszło do karczemny i do powabiania”. Bardziej porywczy sięgali nawet po broń, z którą, ku niezadowoleniu króla i senatorów, posłowie przybywali na sejm.

Bójka szlachty w kościele, akwaforta z druku „Gedoppelter polnischer Sack – Spiegel oder merckwürdige Vorbildung des ehemahl", 1734; Biblioteka Narodowa

Bardzo wielu wiadomości o bójkach na sejmie dostarcza diariusz sejmu elekcyjnego z 1587 roku. Autor opisuje w nim nie tylko wydarzenia mające miejsce podczas obrad, ale również juz po nich, w zajazdach, karczmach i na mieście. Już na samym początku pojawia się informacja, że posłowie „armate jako na wojnie” chodzą, a wojewoda poznański przyjeżdża nawet z prywatną armią – „samych jezdnych usarzów, rajtarów i kozaków 586, a piechoty 500. Dział wielkich dziesięć, hakownic sześćdziesiąt”. Również marszałek nadworny przyjechał w otoczeniu zbrojnych. Także zwykli posłowie przybywali na obrady uzbrojeni, zazwyczaj byli jednak zawracani autorytetem senatu.

Autor tego diariusza wspomina też o licznych rannych, a nawet o zabitych. Można wręcz odnieść wrażenie, że traktuje te ofiary jako coś zgoła normalnego, czego przykładem może być ta notatka: „Tegoż dnia w Kole dwu postrzelono, acz snać causaliter [nie bez przyczyny]”. Innym razem wspomina o śmierci ośmiu osób w ciągu jednego dnia, z których siedem zostało zabitych na mieście, ósma natomiast zginęła w wyniku własnych, oryginalnych ekscesów: „Połotyński pijany, prze zdrowie P. Wjdy Wileńskiego, chcąc za nim na koniu płynąć przez Wisłę, gdy się wiózł tegoż dnia utonął”. Jedno z kół rycerskich musiało zmienić miejsce obrad, ponieważ poprzednie nie dość, że zostało spalone, to jeszcze splamiono je krwią dwóch ofiar.

Niewiele brakowało, by swoje zachowanie na sejmie przypłacił życiem również poseł, który nieopatrznie obraził przedstawicieli szlachty mazowieckiej, nazywając ich grabarzami. „Stał się huk, potem jęli się buntować, owa mało mu jeden nie dał stołkiem, drugi siekierką, aż panowie niektórzy wywiedli go zakrywszy”.