Sarmacki język pierwotny

Przez wiele stuleci europejscy myśliciele zastanawiali się nad kwestią pochodzenia języków używanych przez ludzi. Mowa, język artykułowany i możliwość komunikowania się za pomocą słów – od zarania dziejów postrzegane były jako zasadnicze cechy odróżniające ludzi od zwierząt na niekorzyść tych ostatnich. Jednak z drugiej strony przewaga człowieka jako istoty mówiącej osłabiona była zróżnicowaniem języków. Biblijny motyw wieży Babel i pomieszania języków jej budowniczych przez Boga w celu osłabienia ludzkiej potęgi świadczy o tym, że już w czasach formowania się kanonu biblijnego nasi poprzednicy byli dobrze świadomi roli, jaką praktyki językowe odgrywają w życiu jednostek i zbiorowości.

Strona tytułowa dzieła Wojciecha Dembołęckiego „Wywód jedynowłasnego państwa świata”, Warszawa 1633; Biblioteka Gdańska PAN

Dawni myśliciele, nie będąc w stanie wyjaśnić powodów różnorodności języków (która skądinąd pozostaje zagadką również w naszych czasach), skupiali się bardziej na ich pochodzeniu. Problem ten przybierał najczęściej postać pytania – który z ludzkich języków jest najstarszy? Od którego pochodzą wszystkie pozostałe? Czy tym językiem mówili Adam i Ewa w raju? „Język pierwotny” w epokach dawnych często utożsamiany był z „językiem doskonałym”, to znaczy takim, w którym relacja między słowami a ich desygnatami nie była arbitralna i płynna, lecz w jakiś sposób idealna i stała, odzwierciedlając raz na zawsze naturę rzeczy w słowach, które te rzeczy określały.

W średniowieczu przyjmowano najczęściej, że językiem pierwotnym był albo hebrajski, albo też „język adamowy”, odmienny od wszystkich innych i nieznany ludziom skażonym grzechem pierworodnym. Nie było jednak jasne, w jakim języku Bóg przemawiał do Adama i Ewy – hebrajskim, „adamowym” czy jakimś jeszcze innym. Co śmielsi autorzy zwracali uwagę, że Bóg mógł też obejść się w ogóle bez artykułowanych wypowiedzi i komunikować się ze stworzonym przez siebie pierwszym człowiekiem niejęzykowo. Umberto Eco w książce Poszukiwanie języka doskonałego w kulturze europejskiej (1993) zestawił najważniejsze poglądy na ten temat. Szczególnie istotny wkład wnieśli do tych rozważań żydowscy kabaliści średniowieczni oraz trzynastowieczny franciszkanin Rajmund Lull. Oczywiście wszelkie ówczesne dociekania dotyczące genezy języków ludzkich mogły opierać się jedynie na czystej spekulacji wywodzonej z kanonu tekstów świętych i wspartej intuicjami zajmujących się nimi autorów.

Myśl nowożytna nie przestawała krążyć wokół zagadki glottogonii. Jednakże z czasem autorzy drążący tę kwestię zaczęli dołączać do repertuaru biblijno-starożytniczego nowe wątki. W Europie renesansowej pojawiła się w zalążku świadomość narodowa. Daleko jej jeszcze było do dojrzałej tożsamości etniczno-politycznej okresu romantyzmu, lecz już w XVI wieku rozpoczęły się próby dopasowania tradycyjnej historii starożytnej, wyczytywanej z Biblii i najdawniejszych znanych wtedy autorów świeckich, do rodzącego się w wielu krajach poczucia przynależności ich obywateli do konkretnych, szczególnych nacji.

Wyznacznikami tej przynależności stały się również języki, mowy narodowe. Nie tylko Polacy odczuwali coraz silniejszą potrzebę wykazania, „iż swój język mają”. Łacina jeszcze przez kilkaset lat miała pozostać językiem elit intelektualnych i (częściowo) politycznych, lecz w praktykach literackich coraz częściej dopuszczano do głosu „języki wernakularne”, jak miała je potem nazwać historia literatury.

We wczesnych odmianach nacjonalizmów europejskich widziano już język jako istotny element konstytuowania się poczucia tożsamości i przynależności narodowej. Mowa rodzima świadczyła o samodzielności intelektualnej, o samostanowieniu widzenia i doświadczenia świata w ramach wspólnoty etnicznej.

Oczywiste jest, że w miarę rozwoju tej relacji między językiem a narodem pojawiać się zaczęły również próby wykazania starożytności zarówno narodów, jak i ich języków. Antyczne początki Polski widzimy już w XII wieku u Kadłubka – chociaż spisane w łacinie. W nowszych czasach, kiedy stało się jasne, że nie da się utrzymać tezy o starożytnych etapach historii politycznej narodów europejskich wyłonionych po późnoantycznych wędrówkach ludów, spróbowano innej metody. Zaczęto łączyć języki tych narodów z domniemanym prajęzykiem. Starano się udowadniać, że ich gramatyka i słownictwo są możliwie jak najdawniejsze. Cel był jasny – im starszy jest język, tym bardziej zaszczytne (bo bliższe Stworzeniu i jego bezpośrednim następstwom) są początki mówiącego nim narodu.

W dziejach kultury polskiej mamy do czynienia z bardzo radykalną realizacją takiego założenia. Żyjący w latach ok. 1575-1645 franciszkanin Wojciech Dembołęcki (nazwisko pisane bywa też w formie „Dębołęcki”), prowincjał zakonu, pisarz, kompozytor, człowiek o wielostronnych zainteresowaniach, napisał dzieło zatytułowane Wywód jedynowłasnego państwa świata (pierwodruk w roku 1633). Dowodził tam, że język polski jest najstarszym językiem ludzkości i że wszystkie języki starożytne wywodzą się z polszczyzny. Ta teza – wykazywana szczegółowo przy pomocy szaleńczych (dla nowoczesnego humanisty) niby-etymologicznych wywodów, opartych na podobieństwach zapisu i wymowy słów greckich, łacińskich i polskich – stanowiła dla Dembołęckiego podstawę do twierdzenia, jakoby najstarsze państwa w historii ludzkości były państwami stworzonymi i rządzonymi przez przodków Polaków, Sarmatów. Fakt, że wynajdywane przez niego podobieństwa słowne były albo najzupełniej przypadkowe, albo pozorne, albo też wynikały z arbitralnego przekształcania postaci różnych słów, nie miał znaczenia ani dla niego, ani dla jego współczesnych, należy bowiem pamiętać, że działalność Dembołęckiego przypada na czasy daleko poprzedzające powstanie nowożytnej nauki o języku. Dopiero w półtora wieku po jego śmierci Sir William Jones zwrócił uwagę świata na rzeczywiste podobieństwo zachodzące między klasyczną greką a sanskrytem – i w ten sposób położył fundament pod nowoczesne językoznawstwo historyczne i porównawcze. Na nieszczęście dla duchowych potomków Sarmatów w świetle osiągnięć tych nauk językiem naprawdę bardzo archaicznym okazał się nie polski, lecz litewski.

Aby zrozumieć, a przynajmniej odczuć specyfikę stylu i myśli Dembołęckiego, trzeba zakosztować choćby w niewielkiej dawce jego własnych słów. Przytoczmy więc akapit kończący wstęp do Wywodu, w którym autor objaśnia rzeczywiste znaczenie terminów związanych ze starożytnym plemieniem Scytów: „Te słowa Scythia, Scytha i Scytyckie Królestwo szczycącym się nam Polakom nie jeno Scytem abo Setem, synem Jadamowym, ale też i Szczyćcem, synem i sukcesorem Polachowym, nie tak by trzeba po polsku pisać. Iż jednak te słowa cudzoziemskie nie są nam w polszczyźnie zwyczajne, dlatego zdało się raczej z łacińska je pisać dla łacniejszego zrozumienia. Właśnie tedy ma się zwać po polsku Scythia regia – Szczyciocha, a vulgaris (za Donem) – Szczytocha, Scytha regius – Szczycioch, a vulgaris Szczytak. Scyticum, jeżeli co Regiorum Scytharum, szczyciońskie, a jeżeli vulgarium, to szczytackie”.

Leksem „Scyta” przekłada Dembołęcki na leksem „szczyt” i łączy z fikcyjnymi postaciami prehistorii europejskiej, co pozwala mu jednocześnie przypisać nazwie starożytnego plemienia znaczenie pozytywne z punktu widzenia użytkownika polszczyzny, jak i powiązać to plemię z postulowanymi przez siebie starożytnymi dziejami przodków Polaków. Bazą tych operacji jest zasób językowy. Jest w tym szaleństwie metoda, i to, wbrew pozorom, dobrze ugruntowana. Dembołęcki, który wie, że nie można już, wzorem Kadłubka, po prostu ekstrapolować narracji dziejowej wstecz w arbitralnym łączeniu „faktów” czy imion, albo – jak to się działo w średniowieczu w innych państwach feudalnych – w tworzeniu genealogii dynastycznych sięgających Cezara i Aleksandra Wielkiego lub Thora i Odyna, stara się ugruntować tę mityczną ekstrapolację przez konstruowanie pseudorelacji leksykalnych. Tę metodę stosuje on w obrębie całego swojego dzieła.

Najlepszy obecnie znawca życia i dzieła Dembołęckiego, Radosław Sztyber, w obszernej monografii poświęconej Wywodowi zrekonstruował zaplecze intelektualne tego utworu. Dembołęcki nie wymyślał swoich etymologii z niczego. Opierał się na całkiem sporym zasobie wiedzy o historii ludów i języków europejskich – takim, jaki mógł być dostępny w jego czasach. Jeśli Wywód jest przykładem wczesnonowożytnej ideologii nacjonalistycznej, to jest to przykład intelektualnie bardzo zaawansowany.

Bez odpowiedzi musi natomiast pozostać pytanie o obieg czytelniczy dziełka Dembołęckiego w XVII i XVIII stuleciu. Nie mamy świadectw jego znajomości ani u scholarów, ani tym bardziej u szlachty polskiej, której chwałę miało podbudowywać. O ile uczeni polscy doby przedrozbiorowej mogliby czytać i rozumieć Wywód, a nawet spierać się z nim, to przeciętny polski szlachcic raczej nie miałby szans na przeniknięcie skomplikowanych i erudycyjnych rozumowań księdza Dembołęckiego. Czy było tak z pożytkiem dla Rzeczypospolitej Obojga Narodów, czy ze szkodą – to już temat na inny szkic.

Literatura:

Umberto Eco, Poszukiwanie języka doskonałego w kulturze europejskiej, przeł. Wojciech Soliński, Warszawa 2013.

Radosław Sztyber, „Skądże to zbłaźnienie świata?”. Wojciecha DembołęckiegoWywód jedynowłasnego państwa świata” (studium monograficzne i edycja krytyczna), Zielona Góra 2012.