(...)

Spotkanie w Monachium: muzykalny książę Sapieha i diariusz księżnej Sapieżyny. Wątki polskie w muzycznych dziennikach Charlesa Burneya

Charles Burney (1726–1814), angielski muzyk, pisarz muzyczny, a nade wszystko jeden z pionierów muzycznej historiografii, nim zabrał się do pisania monumentalnej Powszechnej historii muzyki, odbył dwie podróże po kontynencie: w 1770 roku do Francji i Italii, w 1772 roku zaś po terenach dzisiejszych Belgii, Holandii, Niemiec, Austrii i Czech. Słuchał muzyki w pałacach i kościołach, chodził do teatrów operowych, rozmawiał z napotkanymi muzykami i teoretykami, długie godziny spędzał w bibliotekach, zbierając materiały do swego opus magnum. Ogłoszone drukiem dzienniki tych podróży pozostają do dziś jednym z najważniejszych dokumentów życia muzycznego drugiej połowy XVIII wieku.

Herb rodu Sapiehów - Lis

W drugim z nich, opublikowanym pod rzeczowym tytułem Obecny stan muzyki w Niemczech, Niderlandach i Zjednoczonych Prowincjach znajdujemy następującą notkę z pobytu autora Monachium w drugiej połowie sierpnia 1772 roku:

Książę Sapieha, polski magnat, stanął wraz ze swą księżną w tejże co i ja gospodzie Zum Golden Hirsche. Książę nader jest muzykalny i przednio gra na skrzypcach. Miałem honor nieco się z nim poznajomić, pod tym samym dachem mieszkając, Monsieur de Visme wszelako uprzejmy był wyłożyć księciu naturę mych muzycznych poszukiwań i wyjawić, jak ciekaw jestem muzyki wszelkich nacji, co usłyszawszy, jego książęca mość raczył przesłać mi słówko, pisząc, iż jeśli odwiedzę go o dziewiątej rano któregokolwiek dnia, gotów jest dać mi usłyszeć nieco muzyki swego kraju, jako że tak zawisłą jest ona «od coup d'archet»[1], iż zapis na papierze dać może jeno niedoskonałe bardzo o niej pojęcie.

Rzeczony magnat to Józef Sapieha z kodeńskiej linii Sapiehów, wojewodzic mścisławski, krajczy litewski i regimentarz generalny litewski Konfederacji Barskiej. Historia nie zapamiętała go nazbyt pochlebnie. Przystąpiwszy do konfederacji w 1769 roku, począł zawiązywać jej oddziały na Pińszczyźnie, obrany został marszałkiem wołkowyskim, a potem regimentarzem generalnym, pod naciskiem wszakże przeważających sił rosyjskich oddał dowództwo młodszemu bratu Kajetanowi i uszedł do Prus. Regimentarzem był w ocenie potomnych gnuśnym i małodusznym. Mimo oczekiwań i nacisków nie powrócił na Litwę, choć nie przeszkodziło mu to toczyć gwałtownego sporu z Michałem Kazimierzem Ogińskim o dowództwo nad resztkami litewskich oddziałów konfederacji. Ostatnim jego zrywem była nieudana próba przedarcia się do oblężonego Wawelu wiosną 1772 roku. Po upadku konfederacji książę uchodzi przez Austrię i Niemcy w kierunku Francji. W drodze zatrzymuje się między innymi w Monachium, gdzie spotyka go Burney.

Dziwnie kłóci się – a może właśnie nie kłóci? – ów obraz nieporadnego dowódcy i męża stanu z malowanym przez Burneya obrazem subtelnego muzycznego dilletante:

Dzień przed mym odjazdem z Monachium, gdym wybrał się oddać księciu me uszanowanie, ten łaskaw był przyjąć mnie najuprzejmiej i grać dla mnie niemałą liczbę polskich utworów nader wdzięcznych, które wykonał wybornie, przydając im wyrazu zarazem subtelnego i osobliwego. Miał ze sobą dwóch muzyków niemieckich, którzy mu w owych kompozycjach towarzyszyli, jeden na skrzypcach, drugi na wiolonczeli. Każdy z utworów był w takcie 3/4, z kadencją niezmiennie na drugiej miast pierwszej nucie taktu, zapytany wszakże, azali nie istnieje taka rzecz, jak polska muzyka w takcie zwyczajnym, odrzekł mi książę, iż jest nieco kozackich melodii na 4/2, głównie do tańca zażywanych, zaczym kilka z nich zagrał.

Kozak, od XVII wieku pojawiający się pomiędzy polskimi tańcami ludowymi, w 2. poł. XVIII wieku zyskał niezwykła popularność w kręgach polskiej arystokracji. Niemal każdy spośród bardziej muzykalnych magnatów trzymał przy sobie kilku muzyków ukraińskich i tancerza – czy też sam tańczył... Żywiołowy kozak, ze swymi malowniczymi przysiadami, wyrzutami nóg i skokami niewątpliwie frapował swą egzotyką, a jego popularność była swoistym rodzimym wcieleniem ogarniającej całą Europę mody na orientalizm.

Tańce na 3/4, z kadencją przypadającą na drugą miast pierwszą miarę taktu – to oczywiście polonezy. Co ciekawsze, książę Sapieha, udzieliwszy Burneyowi kilku dalszych informacji o muzyce w Rzeczpospolitej:

zagrał wdzięcznego menueta i dwa lub trzy polonezy własnej kompozycji, gdym zaś wyraził swoje uznanie, zechciał mi je ofiarować, polecił też, by przepisano dla mnie najlepsze z utworów, które grał poprzednio, zaczym przesłał mi je wieczorem razem z owym okazem muzyki kozackiej.

Niestety, póki co nie odnaleziono żadnych kompozycji księcia Sapiehy... Co natomiast ciekawsze, księciu Józefowi towarzyszyła w podróży małżonka, Teofila Strzeżysława z Jabłonowskich Sapieżyna (1742–1816), kobieta wykształcona i ambitna, biorąca czynny udział w politycznych działaniach męża, którego zdaje się pod niejednym względem przewyższała (Burney nazywa ją „damą rozumną i wykształconą, jak powiadała mi osoba, co po kilkakroć mówiła z nią”). Otóż księżna Sapieżyna pozostawiła nam szczegółowy dziennik z lat 1771–1773, wydany w 1914 roku przez Władysława Konopczyńskiego pod tytułem Z pamiętnika konfederatki księżnej Teofili z Jabłonowskich Sapieżyny (1771-3). Pod datą 18 sierpnia 1772 roku znajdujemy w nim notatkę następującą:

Tegoż dnia [książę Sapieha] ekstraordynaryjną dawał muzykę dla niejakiegoś pana de … który dosyć osobliwej doskonałości nabywszy w tej sztuce, wizytuje wszystkie dwory europejskie, egzaminując moc i delikatność w sztuce muzycznej. Chwalił bardzo instrument, powszechnie gambą-viola zwany, a więcej jeszcze sposób grania przez samego elektora, który w rzeczy samej gra z rzadką szybkością i melodyą. Tenże pan de … uprosił od męża mego kopie różnych tańców polskich i kozackich dla egzaminowania kombinacyj taktu polskiego.

Mamy więc pierwszy i jedyny zapewne ślad podróży Burneya w pamiętnikarstwie polskim... Wspomniany książę elektor Bawarii Maksymilian III Józef Wittelsbach rzeczywiście był znakomitym gambistą, czego bardziej szczegółowe świadectwa znajdziemy w dzienniku Burneya. Nas tutaj jednakże bardziej zainteresują dalsze koincydencje obu diariuszy, dotyczące dnia 16 sierpnia. Burney pisze:

Dzień po mym przybyciu miałem przyjemność jeść obiad w kompanii Guadagniego, Rauzziniego i Ravanniego, włoskiego kontratenora na służbie dworu, po obiedzie zaś słuchałem ich śpiewających tria, boską zaiste sztuką. Wieczorem zaś szedłem z nimi na operę komiczną w małym teatrze, byli tam elektor, elektorowa, elektorowa saska wdowa, margrabia Badenii i księżna bawarska; utwór miał tytuł «l'Amore senza Malizia», muzykę układał «signor» Ottane z Bolonii, «Padre» Martiniego uczeń, wzmiankowany w mej włoskiej podróży muzycznej. (...) Po operze w tejże samej wieczerzałem kompanii, w której obiad jadłem, i ponownie uraczon zostałem triami, śpiewanymi w sposób, którego próżno szukać byłoby na występach publicznych, a i na prywatnych nie tak łatwo byłoby napotkać.

Księżna zaś:

Przed wieczorem trzech «virtuoso», dwóch elektorskich, trzeci saski, to jest Raverini, Guardiani i Ravani mieli dość grzeczności, jak śpiewać u nas kilka sztuk głosem wolno naturalnym, nie żenowanym przez próżne muzyki reguły. Taki koncert rzadki jest nader, bo rzadka nader okazja, aby trzech, a to jeszcze sławnych «virtuoso» w jedno zebrali się miejsce dla produkowania tem osobliwszego i milszego, im naturalniejszego trio. Wieczorem byłam na operze buffa. Produkcya jej reprezentacji i gra aktorów dość była mierna, ale muzyka cale regularna i dobrze ułożona.

W przeciwieństwie do Burneya księżna zanotowała nazwiska śpiewaków z błędami (lub też, co bardziej chyba prawdopodobne, błędy popełnił Konopczyński, odczytując rękopis księżnej). Mowa tu o słynnym Gaetano Guadagnim (1728–1792), włoskim kastracie mezzosopranowym, który wykonywał partię Orfeusza w premierowym przedstawieniu Orfeusza i Eurydyki Glucka w Wiedniu w 1762 roku, dalej Venanzio Rauzzinim (1746–1810), włoskim śpiewaku (sopran) i kompozytorze, który niedługo po podróży Burneya osiedlił się w Anglii (dla niego napisał Mozart motet Exultate, Jubilate), wreszcie Gaetano Ravannim (1744–1812, alt). Trudno powiedzieć, czy Burney i Sapiehowie słuchali trzech śpiewaków przy tej samej okazji – Burney pisze, iż jadł z nimi obiad, ale nie wiadomo gdzie, księżna zaś notuje, iż śpiewali „u nas”. Biorąc pod uwagę fakt, że Buney i Sapiehowie mieszkali w tym samym zajeździe, mogło być zarówno tak, jak i inaczej – choć wydawałoby się, że gdyby Burney jadł obiad w towarzystwie Sapiehów, raczej by o tym wspomniał.

Co natomiast może budzić zaciekawienie, to słowa księżnej o „głosie wolno naturalnym, nie żenowanym przez próżne muzyki reguły”. Należałoby chyba przyjąć, iż Burney – jako fachowiec i znawca – nie omieszkałby wspomnieć, gdyby w śpiewie trzech Włochów rzeczywiście było coś niezwykłego i wartego odnotowania. Skoro zaś poprzestaje na najwyższych pochwałach kunsztu śpiewaczego tria, można by wnioskować, iż księżna, po raz pierwszy słysząc śpiewaków tej klasy, zwróciła uwagę przede wszystkim na różnicę pomiędzy zmanierowaniem dotąd przez nią słyszanych śpiewaków mniejszego formatu a naturalnością włoskich mistrzów. Ale to tylko przypuszczenie. Mogło być i tak, że muzycy po prostu inaczej śpiewali w warunkach „prywatnych” (i w małej sali), inaczej zaś na deskach teatru (do tego mogłaby się odnosić uwaga kończąca przytoczony fragment dziennika Burneya), księżna zaś pierwszy raz znalazła się na domowym koncercie z udziałem równie wyśmienitych śpiewaków. Trudno natomiast o wątpliwości co do tego, iż Burney i Sapiehowie byli na tym samym przedstawieniu opery bolońskiego kompozytora Bernarda Ottaniego.

Relację ze spotkania z Sapiehą zakończył Burney, notując: „Gdym zaś odchodził, łaskaw był [książę] rzec mi, iż bardzo rad będzie napotkać mnie ponownie w trakcie mej podróży, a także wszelką pomoc zapewnić, jaka będzie w jego mocy”. Nie wydaje się wszakże, by mogło dojść do powtórnego spotkania. Burney z Monachium popłynął flisacką tratwą z biegiem Izary i Dunaju do Wiednia, gdzie czekały nań spotkania z Johannem Adolfem Hassem, Chrisophem Willibald Gluckiem i Pietrem Metastasiem, Sapiehowie pojechali zaś dalej na zachód, zatrzymując się w końcu w Strasburgu, gdzie spędzili kilka lat, bezskutecznie starając się o uzyskanie od rządu Francji środków stabilizacji życiowej i finansowej. Ostatecznie wrócili do kraju w 1779 lub 1784 roku. Książę dożył swoich dni w wołyńskim majątku w Lachowcach – jeśli utwory grane Burneyowi w Monachium pozostały w zamkowej bibliotece, a później, jak większa jej część, trafiły do zbiorów ordynacji Zamoyskich, najprawdopodobniej spłonęły w Warszawie w 1944 roku. Księżna opuściwszy męża zamieszkała w niedalekim Czołhaniu, nazwanym przez nią Teofilpolem, gdzie dożyła roku 1816, prowadząc coraz bardziej nierentowną gospodarkę, folgując zamiłowaniem literackim i, jak się zdaje, nieco dziwaczejąc. Hodowała ponoć papugi i białe mopsy. Utrzymywała kontakty z Franciszkiem Karpińskim – głównym motywem ich znajomości była pożyczka udzielona niezbyt gospodarnej księżnej przez bardziej gospodarnego poetę, a właściwie mozolne starania tego ostatniego, by pożyczone pieniądze odzyskać. Karpiński ze swego pobytu w Tefilopolu w pierwszych latach XIX wieku zapamiętał głównie osobliwe obyczaje księżnej, która ponoć w nocy się bawiła, a w dzień spała, oraz wyśmienitą muzykę graną przez 15-osobową kapelę.

Bibliografia:

Charles Burney, Obecny stan muzyki w Niemczech, Niderlandach i Zjednoczonych Prowincjach, przeł. Jakub Chachulski, w przygotowaniu do wydania w Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie na podstawie tekstu oryginalnego: Charles Burney, The Present State of Music in Germany, the Netherlands, and United Provinces, London 1773.
Z pamiętnika konfederatki księżnej Teofili z Jabłonowskich Sapieżyny (1771–3), przypisami opatrzył i wydał Władysław Konopczyński, Kraków 1914.
Roman Soból, Ze studiów nad Karpińskim, Wrocław 1967.