Szlachta mazowiecka – dzieje niezwykle żywotnego mitu

W niemal każdym kraju epoki nowożytnej szlachta miała upatrzoną w swoim stanie ofiarę drwin i anegdot. Najczęściej była to grupa z ubogiego regionu, oddalonego od centrów kulturalnych i politycznych, której przywary chętnie wytykano. Mieli więc Francuzi swoich Gaskończyków, czego odzwierciedleniem są choćby liczne szykany, których z powodu swego pochodzenia doznawał w Paryżu kawaler D’Artagnan. Z kolei Hiszpanie mieli oddaloną od centrów Galicję, której szlacheckim mieszkańcom nie szczędzono drwin, choćby z powodu języka. W Niemczech natomiast jeszcze w XIX w. Otto von Bismarck zapytany, co zrobiłby na dzień przed końcem świata, odpowiedział bez wahania, że przeniósłby się na Pomorze Przednie (niem. Vorpommern), bo tam wszystko jest sto lat później. Nie inaczej było i wśród szlachty Królestwa Polskiego. Ta za ofiarę wybrała sobie grupę szlachetnie urodzonych mieszkańców Mazowsza, zwanych wówczas powszechnie Mazurami.

Grafika wg rysunku Antoniego Zaleskiego z książki Jerzego Laskarysa: Przygody Jana Chryzostoma Paska według jego pamiętników, Warszawa 1882; Biblioteka Narodowa

Katalog przywar i wad Mazurów, wyartykułowany już w czasach staropolskich, jest tyleż długi, co efektowny i nawet bardziej lakonicznym autorom trudno się powstrzymać od przywoływania prześmiewczych anegdot i powiedzonek. Ot choćby opisu Mazowsza: górka, na górce lasek, a za laskiem piasek, dalej zaś górka… itd. To o słabych mazowieckich gruntach. Ubóstwa Mazowszan dotyczyło stwierdzenie, że kiedy na Mazowszu pies położy się na polu, to ogon ma na jednej posesji, tułów na drugiej, a głowę na trzeciej. Skłonności do alkoholu i awantur podkreślał Bartosz Paprocki, pisząc, że Mazurzy: „pić, bić pomogą radzi”. Słabe wykształcenie i powszechną ciemnotę miał podkreślać fakt, że Mazurzy mieli rodzić się ślepi, a innego języka niż gwara mazowiecka nie rozumieli i uważali za cudzoziemczyznę. Do tego dochodzić jeszcze miały spryt i przewrotność karierowiczów, bo – jak mawiano – kiedy Mazur przybywał do Warszawy, najpierw zostawał stajennym, jednak już po roku miał stajnię, a po dwóch latach piastował urząd królewskiego koniuszego. I wreszcie do tego wszystkiego dochodzić miał fanatyzm religijny, bo ponoć Mazur wolał kogoś zabić, niż złamać post. Taki mniej więcej katalog mazowieckich przywar zdefiniowali Sebastian Petrycy, Bartosz Paprocki, Jędrzej Święcicki, Jan Chryzostom Pasek (choć sam Mazur!) i wielu innych, często anonimowych autorów broszur, satyr i ulotnych pism. Nie wyjaśnia to jednak w żaden sposób zasadniczych pytań: dlaczego to właśnie Mazurów aż tak nie lubiano i dlaczego osąd ten jest w zasadzie obecny do dziś w wielu poważnych naukowych publikacjach i z rzadka tylko podlega próbom weryfikacji.

Już polscy myśliciele w epoce oświecenia, piętnujący wady ustroju Rzeczypospolitej i charakteru samej szlachty jako narodu w sensie politycznym, chętnie sięgali po egzemplifikację swych racji w osobach Mazurów. Licznie rozrodzona szlachta mazowiecka faktycznie stanowiła pewną cześć tzw. gołoty, którą pozbawiono praw politycznych. Jednakże pojawiający się nawet wcześniej zarzut istotnego wpływu Mazurów na życie polityczne nie znalazł odzwierciedlenia w nowszych badaniach. Twórca historiograficznego mitu o szlachcie mazowieckiej Władysław Smoleński (nota bene sam szlachcic z dawnej ziemi ciechanowskiej) uważał, że już sam liczny udział Mazowszan w elekcjach, powodowany bliskością Warszawy, wzbudzał zawiść u mieszkańców odleglejszych ziem. Sami zaś Mazowszanie swą przewagą liczebną mieli wpływać na wynik elekcji. Badania przeprowadzone przez Jana Dzięgielewskiego dowiodły jednak, że ani udział szlachty mazowieckiej w elekcjach nie był tak liczny, jak kiedyś sądzono, ani też jej wpływ na podejmowane przez elektorów decyzje nie był dominujący.

Do dnia dzisiejszego funkcjonuje przekonanie o niskiej, wynikającej z ciemnoty tutejszej szlachty, kulturze politycznej Mazowszan. Jest przy tym faktem znamiennym, że oprócz pracy Józefa Gierowskiego o generalnym sejmiku mazowieckim (Sejmik Generalny Księstwa Mazowieckiego na tle ustroju sejmikowego Mazowsza, 1948), wydanej ponad pół wieku temu, żaden sejmik mazowiecki nie doczekał się nowoczesnej, odrębnej monografii. Dopiero praca Jolanty Choińskiej-Miki (Sejmiki mazowieckie w dobie Wazów, wyd. 1998) dowiodła, że sejmiki mazowieckie nie odbiegały poziomem od większości sejmików Rzeczypospolitej, a nawet miały swą „specjalizację” w postaci spraw pruskich.

Wydaje się, że można też przynajmniej częściowo zweryfikować dziś tezę o fanatyzmie religijnym Mazowszan. Słane do Rzymu przez biskupów płockich Wojciecha Baranowskiego czy Stanisława Łubieńskiego relacje zdają się przeczyć temu stanowi rzeczy. Duszpasterze utyskują bowiem na burdy w świątyniach, szantażowanie księży grożących ekskomuniką itp. Granica utożsamiania się z Kościołem katolickim kończyła się na pewno w miejscu, gdzie zaczynał się interes ekonomiczny. Dobitnie pokazują to spory o dziesięciny, kiedy to sejmiki mazowieckie kilkakrotnie odgrażały się, że jeśli nadal nakładane będą ekskomuniki za nieopłacanie dziesięcin, wówczas poprą konfederację warszawską. Jeśli zaś idzie o nikłe postępy reformacji, to warto się również przyjrzeć skali powiązań ekonomicznych ubogiej szlachty z dobrze uposażonymi duchownymi.

Utarło się również przekonanie, że masowy zaciąg do wojska był skutkiem ubóstwa i znacznego rozrodzenia szlachty mazowieckiej. Pogląd ten dowodzony jest zaś na przykładzie… Jana Chryzostoma Paska. Nikt wszak Mazurów w wojskach Rzeczypospolitej nie policzył i nikt nie poświęcił problemowi temu choćby obszerniejszego artykułu. Natomiast badania Marka Adamczewskiego o nad XV-wieczną piechotą zaciężną czy Marka Wagnera nad kadrą oficerską w 2. poł. XVII w. nie wskazują, by zjawisko to miało choćby znamiona charakteru masowego.                                                    

Dlaczego więc mit ów trwa do dziś? Po pierwsze, brak jest jeszcze wystarczająco pogłębionych badań, by go wreszcie obalić, choć przesłanki po temu są coraz liczniejsze. Po drugie wreszcie – jak każdy mit, upraszcza i ułatwia myślenie, no i jest to mit niezwykle efektowny!