Taaaka ryba!

Osobliwości natury i niezwykłe zjawiska zawsze przyciągały uwagę ludzi. Nie inaczej było i w przypadku Bernarda O’Connora, nadwornego medyka króla Jana III Sobieskiego. Wśród cudów przyrody występujących w Rzeczypospolitej na pierwszym miejscu umieścił gigantycznych rozmiarów ryby słodkowodne. Rok przed jego przyjazdem do Polski, w Sanie złowiono „barbel fish”, która miała ponad osiem stóp długości i ponad trzy stopy szerokości – dwa i pół metra długości i metr szerokości! Odpowiednia do rozmiarów była waga – co najmniej 200 kilogramów. W rzece San nie było to nic nadzwyczajnego. Przy innej okazji wyciągnięto z niej rybę tego samego gatunku, w żołądku której znaleziono szkielet mężczyzny oraz nóż wraz z pochwą. Ciekawe czy nóż należał do mężczyzny i czy próbował się bronić?

Łowienie ryb, ilustracja z dziełaJana Amosa Komenskiego „Orbis Sensualium Pictus”, 1667; Biblioteka Kórnicka PAN

Kolejną osobliwością ryby był brak łusek. Rybacy znad Sanu mieli wyjątkowo bujną wyobraźnię i długie ręce. „Barbel fish” to po polsku brzana, przedstawiciel rodzaju karpiowatych. Jest to duża ryba, ale jej maksymalna długość wynosi 120 centymetrów a waga 10 kilogramów. Natomiast na Litwie występowała ryba, która po wrzuceniu do butelki wydawała „rodzaj piszczącego dźwięku”, zapowiadając w ten sposób zmianę pogody. Na tym nie koniec „taaakich ryb”. Ulryk von Werdum, który odwiedził Rzeczypospolitą kilkanaście lat przed wizytą O’Connora, pisał o rybie, „która jest tak żywa, że kiedy ją kaczka połknie, przeciśnie się niebawem przez jej wnętrzności i wyjdzie znów żywa na wierzch, a zrobi to, choćby ją kaczka 6, 7 i więcej razy tuż po sobie połknęła”. 

Największym dziwolągiem były jednak ptaki-ryby. Na Ukrainie miał żyć „rodzaj jaskółek oraz jerzyków”, którego przedstawiciele pod koniec jesieni nurkowali w głębinach rzek, spędzając pod wodą całą zimę. Wraz z nadejściem wiosny ptaki wypływały na powierzchnię, rozkładały skrzydła i odlatywały. Niestety, złapane zimą w sieci przez rybaków umierały i pewnie tylko dlatego nie dotrwały do naszych czasów. Wśród zwierząt żyjących na lądzie szczególną uwagę O’Connora przyciągnął „wild ox”. Zwierzę było w stanie wyrwać drzewa „o wielkiej średnicy”, z łatwością podrzucało w powietrze konia wraz z jeźdźcem a między jego rogami mogło usiąść trzech mężczyzn. O’Connor, który korzystał z relacji Fulwiusza Ruggieri, nuncjusza papieskiego, który odwiedził Rzeczypospolitą w 1565 r., pomieszał opowieść o żubrze i turze, co zdarzało się dość często. Zwracał na to uwagę już w pierwszej połowie XVI wieku poseł cesarski Zygmunt Herberstein. O’Connor stwierdził, że „wild ox” występuje powszechnie w Rzeczypospolitej, ostatnia samica tura padła w 1627 roku, jednak opis zwierzęcia bardziej przypomina tura niż żubra.

O’Connora interesowały także niezwykłe opowieści dotyczące ludzi. Pomijając poruszony już wątek dzieci wychowywanych przez niedźwiedzice na Litwie, opinię publiczną na Zachodzie karmiono tą opowieścią od 1663 r., wspomniał także o „dziecku ze złotym zębem”. W 1670 r. w Wilnie urodził się chłopiec, który miał złoty ząb. Próbę złota mieli przeprowadzić wszyscy miejscowi „lekarze, chirurdzy i złotnicy” a nawet biskup wileński. Niestety, w wieku trzech lat dziecko zachorowało i ze złotego zęba zrobił się zwykły ząb. To się nazywa pech. O’Connor nie bardzo wierzył w prawdziwość tej historii, ale uznał ją za tak interesującą, że umieścił ją w swoim dziele. 

Nie tylko on szukał ciekawostek. Nawet Jan Długosz poświęcił osobliwościom natury nieco miejsca, pisząc o dwóch wsiach w Polsce, w których „rodzą się w łonie ziemi garnki, same z siebie, wyłącznie sztuką przyrody”, archeolodzy bardzo by się ucieszyli, oraz o oddzielonych od pnia kawałkach drzewa sosnowego, które w ciągu kilku lat zamieniają się w krzemień, wydając jak ten kamień iskry. Długosz przynajmniej nie zmyślał, po prostu nie umiał znaleźć wytłumaczenia dla obydwu zjawisk. Inni autorzy nie mieli takich oporów, pisząc między innymi o żabach wielkości krokodyli, które, stosownie do swoich rozmiarów, pożerały podróżnych. Jedną z historii, które zrobiły furorę na Zachodzie była opowieść Marcina Kromera o leczniczym działaniu kopyt łosia. Kromer zalecał zestruganie lekarstwa z zadnich nóg żywego zwierzęcia wczesną jesienią. Opowieść żyła własnym życiem. W pierwszej połowie XVII francuski dyplomata Karol Ogier przedstawił nowy sposób pozyskiwania leku: „Tę racicę [prawą, lewa nie nadawała się] odcina myśliwiec zaraz, gdy strzałem z rusznicy położy potwora, a moc jej leczenia jest największa, jeśli potwór padnie w czasie parzenia się albo w każdym razie podczas rykowiska”. Biedne zwierzęta.

Mieszkańcy Rzeczypospolitej także interesowali się światem zewnętrznym. Stąd, powtarzane za autorami starożytnymi, opowieści o pół-ludziach, pół-zwierzętach: „Cynocephalus, po polsku psigłów, jest zwierz w egipskich puszczach na kształt człeka, ale głowę psią mający”, czy, wskazująca na daleką od doskonałości znajomość geografii: „W Ameryce na wyspie Madagaskar znajduje się pewny rodzaj ptactwa takiej wielkości i mocy, że słonia w szpony porwawszy na powietrze wynosi i z rozbitego na ziemię pastwę sobie sprawuje”. Nie zabrakło i specyficznych rad: „Weźmij w aptece halinitrum, salem armeniacum, vitriolum romanum i kopciu spod kotła, to jest sadzy do kotła przylegającej, każdego po równej części; wlej wody i przedestyluj w alembiku, którą wódką, gdy człowieka umyjesz, będzie jak Murzyn czarny, ale”, tu uwaga, „już więcej nie odmyje się”.

Dla O’Connora tego typu opowieści były jednak czymś więcej niż ciekawostkami. Powtarzał je, ale równocześnie próbował zweryfikować ich prawdziwość. Historię o dzieciach wychowywanych przez niedźwiedzice zawarł w swoim dziele po ustnych zapewnieniach od samego króla, senatorów i liście, jaki otrzymał od ambasadora Zjednoczonych Prowincji w Londynie. Powołał się także na relację Krzysztofa Hartknocha. W  jego wypadku ciekawości towarzyszył sceptycyzm – ważny element oświeceniowej umysłowości.