Warszawskie popołudnie dwieście lat temu

Równie dokładnie jak przedpołudnia opisuje Witowski również popołudniowe zajęcia warszawiaków żyjących na początku XIX wieku. Jak widać, ogrody i parki miejskie odgrywały dużą rolę w życiu ówczesnych mieszkańców miasta.

Fryderyk Dietrich, Pałac w Wilanowie, ok. 1820 r., rycina ze zbiorów Biblioteki Narodowej

Koło południa ulice Warszawy wyludniały się, nieliczni przechodnie szukali cienia w Ogrodzie Saskim. Park ten, otwarty dla publiczności w 1727 roku, był ulubionym miejscem odpoczynku warszawiaków, korzystać z niego mógł każdy, kto był porządnie ubrany. Spacerowicze mogli posiedzieć na ławkach wzdłuż wysadzanych żywopłotami alejek, odwiedzić znajdujące się w zachodniej stronie parku domki z lodami i zimnymi napojami lub skorzystać z usług małych sprzedawców bułek i świeżej wody do picia.

Warszawa i okolice były pełne zieleni. W felietonie pt. Ogrody Witowski wymienia wszystkie godne uwagi warszawskie i podwarszawskie parki ogrody, do których można się było udać na przejażdżkę lub spacer. Oprócz wspomnianego już bardzo modnego ogrodu Saskiego można więc było przejechać się powozem do Królikarni lub do Łazienek. Na Żoliborzu znajdowało się obserwatorium astronomiczne otoczone dużym ogrodem, a będące własnością prywatną Ogrody Wilanowskie również były otwarte dla publiczności. „Istotne powaby tego ogrodu od strony wioski idąc ku Warszawie, czynią go jednym z najpiękniejszych w Polsce”. Można też było udać się do lasku na Marymoncie albo do pełnego rzadkich roślin ogrodu botanicznego Uniwersytetu Warszawskiego. Na romantyczną przejażdżkę można się było wybrać do Młocin, skąd rozciągał się piękny widok na Łomianki, Marymont i Wawrzyszew.

Jeśli obiad jedzono w restauracji, siadano do niego o godzinie czternastej, jeśli w domu – o piętnastej. O godzinie szesnastej rozpoczynało się składanie wizyt. Były to pory zwyczajowe, ale niekoniecznie ściśle przestrzegane. „Jeden z naszych kuzynów, przybyły z Podlasia, tylko co w Warszawie nie umarł z głodu, dla tego że nie mógł natrafić nigdzie na właściwą godzinę jedzenia – pisał felietonista – U was, mówi, każdy ma inne chwile, inne godziny do wszystkiego: tam nie jadłem obiadu żem przyszedł za wczas, tu znowu żem przyszedł za późno. Chciejcież się porozumieć i zgodzić raz na jedno”.

O godzinie siedemnastej ulice ożywiały się na nowo. Nawet bogatsi rzemieślnicy wyjeżdżali na spacery własnymi powozami, co Witowski uznał za szczególnie godne podkreślenia. Nieliczne osoby powracały dopiero na proszony obiad z przejażdżki do Wilanowa lub do Młocin. Jednak te proszone obiady, jak sądzić można z opisów Witowskiego, musiały być dość nudne, jedyną rozrywką były plotki i ukryte pod „grubą warstwą lukru” złośliwości.

Godzina dziewiętnasta – „wszyscy jadą na spacer”. Niektórzy udawali się do Łazienek, inni na Marymont. Ożywiały się piwiarnie i kręgielnie. „Tłum rzemieślników wraca z roboty [...] idą na tańcach przepędzić resztę wieczora. Nie znuży ich dwugodzinny mazur: wszakże oni przyzwyczajeni są do pracy”. O tej porze rozpoczynały się też przedstawienia teatralne.