Wesz – „zawżdy my z nią w boju”. O permanentnej wojnie biologicznej naszych przodków

Stan higieny w dawnej Rzeczpospolitej, która w tym względzie nie odbijała bynajmniej od standardów europejskich, urągał wszelkim obowiązujących dziś standardom. Zwłaszcza wszy ludzkie i mendoweszki (wszy łonowe) dawały się naszym przodkom we znaki. Ich codzienna dokuczliwość była na tyle dolegliwa, że wypowiadano im walkę na różne sposoby. Dzieje tej wojny warte byłyby osobnej pracy z zakresu historii higieny i obyczaju.

Moda na chodzenie w perukach z pewnością nie wpływała korzystnie na higienę skóry głowy. Fragment szklanicy z karykaturami z kolekcji Muzeum Pałacu w Wilanowie. Fot. Z. Reszka.

Dokuczliwe były już wszy we włosach. Z rodzajowego malarstwa holenderskiego znamy sceny iskania dziecięcych czupryn przez matki. Doraźny zabieg nie na długo pomagał. W rozmówkach polsko-niemieckich z 1612 r. gdański nauczyciel zapisał taki dialog między strojącą się dla chłopców dziewczyną a jej służącą:

– Ba, patrz, jaka tu wesz siedzi!

– Zabijże ją, a nie poczwaruj się .

Ba, i warkocze twoje pełne są gnid!

Nie wiem, skąd się te wszy bierzą. Wszak się cieszę mało nie każdy dzień i każę sobie wyiskać głowę. Strupów też na głowie nie mam, a przecię nie mogę się im odjąć. Nie wiem, jako się mam ich pozbyć albo zagubić.

Tu niedaleko mieszka niewiasta, co je może zagubić. Ma maść jakąś osobliwą, co od niej zginą.

Dokuczliwość insektów sprawiała, że usilnie poszukiwano na nie skutecznego środka.

Stefan Falimirz w traktacie O ziołach i mocy ich (1534) pisał: „Nalepsze lekarstwo, aby pchły nie kąsały, piołynem na każdy wieczór mało pocierać tak, sorowo albo nawarzywszy go z oliwą. Wodą z ostu gdy po domu kropią, pchły giną. Takoż i woda z rutą ważona pchły zabija”. Tyle fachowiec. Popyt sprawiał jednak, że handlarze bez trudu naciągali łatwowiernych na cudowne środki. Stąd dużym powodzeniem cieszyła się w staropolskiej poezji anegdota o proszku na wszy. Znamy ją z wiersza tzw. Anonima Protestanta z XVI w. (Na pchły trucizna), Adama Władysławiusza z początku XVII w. (Lekarstwo na pchły) czy Wacława Potockiego (Proszek na pchły): będący w potrzebie kupuje proszek do tępienia pcheł, po zapłaceniu przypomina sobie, że nie zapytał, jak go stosować. Okazuje się wówczas, że trutka jest niezawodna, trzeba tylko najpierw złapać pchłę: „Której nasypiesz w pyszczek, zaraz zdechnie”.

„Pchłą” lub „Płeszką” nazywano nie tylko wesz ludzką, ale także wesz łonową (mały rozmiar, od 1,5 do 3 mm, i podobna dokuczliwość w pełni tłumaczyła to utożsamienie). Te były dużo bardziej dokuczliwe, m.in. skutecznie utrudniając sen. Nic dziwnego, że rychło zawędrowały też na karty staropolskiej poezji. Zbigniew Morsztyn na przykład do dokuczliwych insektów zwraca się z taką apostrofą:

            Pchły, o wy pchły niecnotliwe,

            Takieście nielutościwe,

            Że pono nigdy nie śpicie,

            A i w nocy widzicie;

            Niejedneż to piękne ciało

            Od was męki wycierpiało.

Uciążliwość to dotykała przede wszystkim nasze praprababcie, ale nie tylko. We wspomnianych rozmówkach polsko-niemieckich Nicalusa Volckmara jedna z kwestii rozmówki Gdy rano wstają brzmi:

Wszy, pchły, pluskwy mię kąsały. Bez mała mię nie zjadły. Wiem zapewne, żem ich całą kopę ułapił (ułapiła).

Godziłbyś (Godziłabyś) się być myśliwcem!

Tu również walka była z góry skazana na przegraną, choć pomysłowość ludzka nie zna granic. Museum für Kunst und Kulturgeschichte w Lubece posiada w swych zbiorach nieduży obły przedmiot porcelanowy z całą masą kanalików prowadzących do środka. Okazuje się, że jest to... pułapka na wszy łonowe, którą przyszywało się na odpowiedniej wysokości pod suknią (majtki były przez niewiasty używane jedynie, gdy chwycił mróz). Do wnętrza wkładano środek wabiący, zaś lejkowaty przekrój kanalików pozwalał na wejście mendoweszek do środka, uniemożliwiając zarazem im wyjście.

Na co dzień starano się uciekać do prostszych sposobów, acz ich stosowanie często było uwarunkowane sankcjonującymi je lokalnymi kryteriami stosowności. Spanie w tej samej koszuli czy letniku, który za dnia służył jako bielizna, nie sprzyjało utrzymaniu czystości. Wielce wymowny jest zapis niekłamanego zdumienia Jana Chryzostoma Paska, który w 1658 r. wraz z towarzyszami broni znalazł się w Danii. Z zacięciem godnym etnografa przyglądał się on tamtejszym zwyczajom. Zwłaszcza Dunek: „Nago sypiają, tak jako matka urodziła, i nie mają tego za żadną sromotę, rozbierając się i ubierając jedno przy drugiem, a nawet nie strzegą się i gościa, ale przy świecy zdejmują wszystek ornament. A na ostatku i koszulę zdejmie i powiesza to wszystko na kołeczkach, i dopiero tak nago [...] wlezie spać. Kiedyśmy im mówili, że to tak szpetnie, u nas tego i żona przy mężu nie uczyni, powiedały: „[...] Ma dosyć za swe koszula i inszy ubiór, co mi służy przez dzień i okrywa mię [...]. Co mi po tym robaki, pchły brać z sobą na nocleg do łóżka i dać się im kąsać, mając od nich w smacznym spaniu przeszkodę!”. Różne niecnoty wyrabiali im nasi chłopcy, ale przecię nie przełamano zwyczaju”.

Widać niewybredne dowcipy polskich żołnierzy były mniej dokuczliwe od swędzenia towarzyszącego żerującym mendoweszkom.