Wyprawa bukowińska 1685 r.

Po niepowodzeniach kampanii roku 1684 Jan III Sobieski w planie kontynuowania wojny uwzględnił konieczność większego współdziałania sojuszniczych armii Ligi Świętej. Już w grudniu 1684 r. przedstawił zamiar przeprowadzenia bardzo odważnej operacji, w ramach której należało porzucić plan żmudnego oblegania, a tym samym dość powolnego zdobywania twierdz i przerzucić wojska polskie oraz austriackie jak najdalej nad Dunaj, by wedrzeć się głęboko w terytorium Imperium Osmańskiego. Niestety propozycje te napotkały opór ze strony cesarza i przed rozpoczęciem wyprawy, po długich międzynarodowych konsultacjach, zostały poważnie zredukowane. Wobec braku możliwości, a raczej chęci ze strony habsburskiej do połączenia sił sprzymierzonych na Węgrzech, a jednocześnie nie wierząc w wielkie możliwości militarne sił polskich, zbyt słabych, monarcha ograniczył plan działań na rok 1685 do kolejnej próby opanowania Mołdawii. Rozczarowany postawą sojuszników oraz wyczerpany problemami zdrowotnymi Jan III zrezygnował z osobistego dowodzenia i przekazał je w ręce hetmana wielkiego koronnego Stanisława Jabłonowskiego.

Buńczuk turecki i strzała, pamiątki po Janie III Sobieskim; grafika ze zbiorów Biblioteki Narodowej

Mimo skromnych sił zatwierdzonych przez sejm mobilizacja wojska przebiegała sprawnie. Na przełomie lipca i sierpnia skoncentrowana w okolicy Glinian armia wyruszyła w kierunku Dniestru. Jabłonowski pod swoim dowództwem wiódł około 16-18 tys. żołnierzy, z czego 12 tys. wojsk koronnych, 2-3 tys. Litwinów z hetmanem polnym litewskim Józefem Bogusławem Słuszką oraz ok. 2-3 tys. Kozaków pułkownika Palija. Działania Jabłonowskiego w pierwszym okresie wyprawy determinowane były napływającymi z Mołdawii informacjami o ruchach wojsk przeciwnika. Na wieść o obecności Tatarów na terenie Mołdawii i koncentracji pod Cecorą piętnastotysięcznej armii tureckiej Solimana paszy, która zapewne miała dostarczyć zaopatrzenie do Kamieńca, hetman wielki nakazał przekroczenie Dniestru i wejście na Pokucie. Stąd wojska Rzeczpospolitej dotarły do Śniatynia i w jego pobliżu przekroczyły granicę z mołdawską Bukowiną. Dalej, poprzez bukowińskie lasy, siły polskie kierowały się ku wsi Bojan.

W tym czasie tureckie dowództwo podjęło decyzję o zmianie planów militarnych i zamiast kierować się ku Kamieńcowi zwróciły się w stronę nadchodzącego od zachodu nieprzyjaciela. Do starcia doszło w pobliżu wsi Bojan. 1 października siły turecko-tatarskie zaatakowały polskie jednostki, ale mimo ich liczebnej przewagi bitwa pozostała nierozstrzygnięta. Duża w tym zasługa samego hetmana wielkiego, który w najważniejszych momentach walki podejmował odważne i – jak się okazało – słuszne decyzje.

Następne dni pod Bojanem nie przyniosły już walk w otwartym polu, gdyż siły polskie przeszły do działań obronnych w ziemnych umocnieniach. Te walki również nie trwały długo. W obawie przed całkowitym okrążeniem wojska i wzięcia polskiego obozu głodem, hetman wydał jedyny słuszny w tej sytuacji rozkaz odwrotu przez bukowińskie lasy. Bitwa pod Bojanem była największą bitwą nie tylko w czasie wyprawy 1685 r., ale także całych zmagań z Turkami w okresie powiedeńskim.

Rozpoczęty w nocy z 9 na 10 października odwrót nie przebiegał spokojnie. Przeciwnik próbował zahamować marsz polskich wojsk atakując zarówno od czoła, jak i z tyłu. Rozciągnięte siły Jabłonowskiego cało wyszły z lasów Bukowiny już 11 października. Było to zasługą m.in. generała artylerii koronnej Marcina Kątskiego, który dowodząc polską ariergardą sprawnie osłaniał wycofujące się siły główne.

Opuściwszy leśny teren polska armia dotarła do umocnień tzw. Wału Trajana w pobliżu wsi Zuczka. Tam, jeszcze 11 października doszło do starcia z nieprzyjacielem. Było ono krwawe i obie strony poniosły spore starty. Po tej bitwie armia Jabłonowskiego skierowała się ku polskiej granicy i nie niepokojona przez przeciwnika powróciła do kraju. Co prawda na wieść o ciężkim położeniu polskiego wojska na Bukowinie król wraz z hetmanem Potockim zorganizowali wsparcie, które miało ułatwić Jabłonowskiemu przekroczenie Prutu, ale wobec rezygnacji nieprzyjaciela, ta swoista odsiecz nie była konieczna.

Kolejna wyprawa mołdawska nie przyniosła spodziewanych rezultatów. Nie zmienił się zatem układ sił na polsko-tureckim froncie wojny. Trzeba tutaj jednak podkreślić, iż wyprawa bukowińska mogła zakończyć się znacznie gorzej. Strona polska decyzją o wkroczeniu jej sił na teren Mołdawii nie zaskoczyła skoncentrowanych tam sił turecko-tatarskich, które sprawnie i szybko przeszły do działań zaczepnych wobec wychodzącego z lasów Bukowiny przeciwnika. Gdyby nie zdolności przywódcze hetmana Jabłonowskiego, podejmowanie przez niego właściwych decyzji oraz sprawne wykonywanie jego rozkazów przez oficerów i żołnierzy, wysłane do Mołdawii siły Rzeczpospolitej mogłyby na zawsze pozostać w bukowińskich lasach. Właśnie za to, za zdecydowaną postawę i wyprowadzenie wojsk z „cieśni bukowińskich”, podziękował później hetmanowi król. Jan III nie rezygnował jeszcze ze swoich planów wobec księstw naddunajskich.

Te niepowodzenia mołdawskiej polityki odbijały się na opinii, jaką o możliwościach militarnych Rzeczypospolitej mieli jej sojusznicy. Nie docenili oni jednak tak istotnego faktu, iż wyprawa bukowińska wymusiła na sułtanie rezygnację z udziału w walkach na terenie Węgier ok. 20 tysięcy Tatarów, którzy zaangażowani zostali do działań przeciwko Polakom.