Z gołąbkiem pokoju zamiast z groźbą wojny – turecka misja Dziebałtowskiego z mołdawskim akcentem

Władysław IV, planując w połowie lat 40. XVII w. wszczęcie wojny z Turcją, zaangażowanej w konflikt z Wenecją, przewidywał współdziałanie chrześcijańskich lenników sułtana: księcia siedmiogrodzkiego oraz hospodarów mołdawskiego i wołoskiego. Siedmiogrodzki Jerzy I Rakoczy nie był takim pomysłem zgoła zachwycony, jednakże mołdawski Bazyli Lupul i wołoski Mateusz Basarab odpowiedzieli pozytywnie na apel króla. Wiosną 1646 r. obaj zaczęli szykować się do wojny z Osmanami. Niestety, Turcy mieli dobre informacje – również z Siedmiogrodu – i już latem 1646 r. zaczęli podejrzewać obu hospodarów o zdradę. Dla sprawdzenia ich wierności zażądali więc wcześniejszego niż zazwyczaj zapłacenia haraczu.

Władysław IV, mal. nieokreślony pod wpływem P.P. Rubensa, I poł. XVII w., ze zbiorów Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie; fot. Z. Reszka

Pozbywanie się pieniędzy w przededniu planowanej wojny nie było zdaniem Bazylego Lupula dobrym pomysłem i w pierwszej chwili odprawił nawet przysłanego po nie agę tureckiego z niczym. Na radzie hospodarskiej wystąpił jednak Teodor Petryczejko ze zdaniem: „ja tak mówię, ażebyśmy nie wstrzymywali daniny aż nie zobaczymy, że Polacy przeszli Dunaj”. Jak zanotował kronikarz Miron Costin, hospodar przyznał rację bojarowi i zawrócił Turka z drogi, po czym wypłacił mu należny sułtanowi haracz.

Znany z przebiegłości hospodar i tym razem rozegrał dobrą partię. Już bowiem we wrześniu 1646 r. na sejmie w Krakowie królewskie plany wojny z Turczynem zostały pogrzebane przez pokojowo usposobioną szlachtę. Król musiał rozpuścić poczynione – nielegalnie zresztą – zaciągi wojskowe i publicznie wyrzec się swych wojennych zamysłów. Gdyby więc hospodar zdeklarował się wcześniej przeciw Osmanom, wątpliwe, czy udałoby mu się z tego wywinąć. Teraz musiał „tylko” udowodnić, że zawsze był wierny Turkom. Ci zaś postanowili to wykorzystać – i zażądali od hospodara, by w dowód swej wierności wykorzystał swe znajomości w Polsce i skłonił króla do wysłania poselstwa do Stambułu. Miałoby ono potwierdzić traktat pokojowy i odsunąć od Osmanów groźbę wojny u północnych granic. W zamian wielki wezyr Salih pasza kusił hospodara zgodą na powrót jego młodszej córki Rozandy, przebywającej jako zakładniczka w Stambule.

Bazyli Lupul znalazł się między młotem a kowadłem, jako że doskonale znał wojenne plany króla i nie wątpił, że nie zgodzi się on na wysłanie pokojowego poselstwa do Turków. Stary lis poradził sobie jednak i w tej sytuacji. Poprosił mianowicie króla o wysłanie nad Bosfor gońca, który wstawiłby się u Turków za hospodarem i wyjednał zwolnienie jego córki. Jak można się domyślać, jej powrót do Jass ułatwiłby Bazylemu Lupulowi dalszą współpracę z Polakami. Z poparciem hetmana Mikołaja Potockiego hospodar uzyskał zatem zgodę króla na taką misję dyplomatyczną.

Tak oto jesienią 1646 r. wyruszył do Turcji jako goniec niejaki Dziebałtowski – figura tak mało znaczna, że nie znamy nawet jego imienia. Około 2 października był już u hospodara w Jassach. Goniec miał co prawda potwierdzić wolę dotrzymania przez Polskę układu pokojowego – po zwinięciu wojska póki co nie byliśmy gotowi do planowanej wojny – ale i zaprotestować przeciw najazdom tatarskim. Obok tego zlecono mu wystarać się o zwolnienie córki Lupula.

Hospodar natychmiast wykorzystał przyjazd gońca propagandowo i rozgłosił w Stambule, że wskutek jego starań nadjeżdża poseł polski, który zażegna groźbę wojny. Jak to bywa w polityce, deklaracje te były co najmniej lekko „podkoloryzowane”. Niska ranga gońca i brak stosownych – a nieodzownych na Wschodzie – bogatych darów rychło zdemaskowałyby hospodara. Ten jednak nie zamierzał na to pozwolić. Skłonił zatem gońca, by przyjął kosztowne prezenty, które następnie miał przekazać sułtanowi i dygnitarzom osmańskim rzekomo w imieniu króla polskiego. Hospodar dodał też posłowi własnego przedstawiciela i dopiero należycie przygotowawszy „oprawę” misji, wysłał Dziebałtowskiego w dalszą drogę. Ten zjawił się w Stambule i 4 listopada otrzymał posłuchanie u wielkiego wezyra. Nakłoniony – a może i przekupiony – przez hospodara, goniec polski zachowywał się uprzejmie i nie szczędził pokojowych deklaracji. Te zaś, poparte prezentami, wprawiły Turków w doskonały nastrój. Wojna z Polską, przy niemrawo toczącym się konflikcie z Wenecją, nie była im bowiem do niczego potrzebna. Traktowali więc gońca polskiego z najwyższą rewerencją i hojnie obdarowawszy, 25 listopada 1646 r. odesłali do Warszawy.

Sam hospodar wydawało się, że niewiele w sumie zyskał, bo Turcy odmówili wydania mu córki. Również na dworze królewskim w Warszawie doszło do burzy, gdy z początkiem 1647 r. wyszedł na jaw prawdziwy przebieg poselstwa. Król mógł się jednak gniewać na hospodara do woli – ważne było, że sułtan rozgrzeszył go z propolskich konszachtów i zatwierdził na tronie. Tak to bystrość umysłu, podstęp i zdecydowane działanie uratowały skórę Bazylemu Lupulowi.