Zamach na Stanisława Augusta

W dawnych czasach podniesienie ręki na prawowitego władcę było niedopuszczalne, nawet jeśli nie cieszył się on sympatią poddanych.  Królobójstwo uznawano za czyn naganny moralnie i nieakceptowalny. Nie znaczy to jednak wcale, że władcy byli bezpieczni. Ofiarą zamachu, czy raczej porwania padł również król Stanisław August. Czynu tego dopuścili się konfederaci barscy, a spotkał się on z potępieniem całej ówczesnej cywilizowanej Europy. Informacje na temat porwania Stanisława Augusta przetoczyły się przez całą Rzeczpospolitą i urosły do rangi legendy. Warto spojrzeć na te wydarzenia oczyma współczesnych.

Stanisław August Poniatowski, mal. F.P. Molitor, II poł. XVIII w., z kolekcji Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie; fot. Z. Reszka

Numer 92 „Wiadomości Warszawskie” z soboty 16 listopada 1771 roku poświęcił wydarzeniu duży tekst zatytułowany Opisanie Zasadzek na Króla Jegomości Dnia 3 Listopada Roku 1771 roku. „Wiadomości” informowały o tym, że wieczorem 3 listopada 1771 roku udał się król z wizytą do chorego kanclerza wielkiego litewskiego księcia Czartoryskiego i nie zabrał ze sobą zazwyczaj towarzyszącej mu ochrony ułańskiej. Wracał następnie na zamek między godziną 21.00 a 22.00 ul. Miodową (Kapucyńską) i został napadnięty przez 40 konnych, z których jedni na Kapitulnej, drudzy na Koziej, pod Zygmuntem udając Kozaków taili się. Do ataku doszło między pałacami księdza biskupa krakowskiego i hetmana Branickiego. W trakcie krótkotrwałej utarczki zastrzelono jednego z towarzyszących królowi hajduków a drugi został ciężko zraniony szablą. Kula przeszyła również futro, w które był ubrany Stanisław August, a nawet został on lekko zraniony szpadą w głowę, następnie zaś pozbawiony szabli i uprowadzony. Zmuszono go także do wejścia na konia bez kapelusza i butów, ubranego tylko w trzewiki i jedwabne pończochy. W trakcie ucieczki koń, na którym jechał król, złamał nogę, a więc musiał on przesiąść się na drugiego. W zamieszaniu zgubił futro, a potem także trzewik. Porywacze mieli wpaść w panikę i rozpierzchnąć się, w wyniku czego pozostało ich tylko siedmiu. Nie wiedzieli, co mają dalej robić, domagali się od swego przywódcy rozsiekania króla. Wreszcie zdecydowali się udać w kierunku wsi Buraków. Król przestrzegł ich, że znajduje się tam rosyjski posterunek, więc podążyli ku Wiśle. Przeciwko temu oponował Stanisław August twierdząc, że nie może nadal iść w jednym bucie, dali mu więc drugi. Ostatecznie król wraz ze swymi ciemiężycielami znalazł się w lasku bielańskim, gdzie 4 konfederatów zbiegło, a dwóch zagubiło się w bagnistym terenie. Król pozostał jedynie z ich hersztem.

Porwanie Stanisława Augusta postawiło na nogi całą Warszawę. Początkowo niedowierzano, że coś takiego mogło sie wydarzyć. Na poszukiwanie króla udali się gen. podolski książę Czartoryski, i podkomorzy koronny książę Poniatowski, a za nim pośpieszył również pisarz koronny Ożarowski, pułkownik korpusu kadetów Radomski i adiutant króla, gen. Poniatowski, który znalazł też futro należące do Stanisława Augusta. Tymczasem król był już w położonym milę od Warszawy klasztorze bielańskim. Jego ciemiężyciel zaczął mieć wątpliwości, czy słusznie zrobił podnosząc rękę na swojego władcę. Stanisław August perswadował mu, że przysięga, na mocy której zobowiązał się porwać króla, jest nieważna, gdyż to jemu przede wszystkim ślubował wierność. Obiecał także darować mu winy. Trafili do Marymontu, a potem udali się do położonego między Marymontem a Burakowem młyna, gdzie gospodarz udzielił Stanisławowi Augustowi gościny, choć ten nie zdradził mu swoich personaliów. Król poinformował o miejscu swego pobytu pułkownika gwardii pieszej koronnej gen. Coccey listem (wysłanym za pośrednictwem parobka młynarza). Młynarka ofiarowała tajemniczemu gościowi pościel i król zasnął, a towarzyszący mu porywacz stał na warcie.

Gdy Coccey przybył do młyna, król zabronił krzywdzić porywacza. Coccey ofiarował Stanisławowi Augustowi swoje ubrania, poinformowano też rodzinę króla o ocaleniu władcy. Na zamku witano Stanisława Augusta ze łzami w oczach. Przez pół godziny król opowiadał w swoim gabinecie o całym zajściu, a następnie postanowił spocząć. Jak donosiły „Wiadomości Warszawskie” herszt był oficerem w partii konfederackiej Kazimierza Pułaskiego, który miał namówić go do tego, aby porwał i zabił króla. Wyznaczono też do tego zadania 3 oficerów oraz 37 podkomendnych, którzy mieli przedostać się do Warszawy w ubiorach chłopskich, a broń ukryto w sianie, znajdującym się w worach ze zbożem. Herszt miał pochodzić z województwa krakowskiego i nazywać się Kosiński, choć w rzeczywistości występował pod fałszywym nazwiskiem i pochodził z Wołynia. Kosińskiego zamknięto w celi, gdzie miał wszelkie wygody, a jego pomocników, to jest niejakiego Strawińskiego i Łukaskiego, nie udało się schwytać. Oczywiście nieprawdą jest to, o czym donosiły „Wiadomości”, że Pułaski kazał zabić króla, choć rzeczywiście uczestniczył w spisku dotyczącym jego porwania. Ta legenda ciągnęła się za nim przez całe lata, co sprawiło, że po zakończeniu konfederacji barskiej nie było dla niego już miejsca w Rzeczypospolitej. Los zawiódł go aż do Ameryki Północnej i postawił w gronie bohaterów walki o niepodległość Stanów Zjednoczonych. Warto też zauważyć, że „Wiadomości” starały się wskazywać na dobrotliwe serce króla oraz ubolewały nad tym, że jego porywacze nie ponieśli kary za swój czyn.